Zgubiony kolczyk w przedpokoju Magdy
Historia Teresy, ur. 1977
„Mamo, ja nie mam jednego!” — Magda stała w przedpokoju, już w kurtce, z włosami jeszcze ciepłymi po suszarce, i trzymała ucho w palcach, jakby mogła tym ruchem przywołać brakujący kolczyk. W mieszkaniu pachniało lakierem do włosów i proszkiem do prania. Na podłodze w przedpokoju leżały rozrzucone rękawiczki, czapka, jeden but przekręcony bokiem.
Stałam z kluczami w ręku i czułam takie zmęczenie w karku, że aż mnie ciągnęło. To było wyjście na czas, takie, że człowiek już w głowie ma rozpisane, co po kolei. Magda była już duża, a jednak jak coś ginęło, to od razu robiła się mała w środku, tylko udawała, że nie.
„Spokojnie” powiedziałam, ale wyszło mi ostrzej, niż chciałam. W głowie miałam autobus, zakupy, swoje sprawy, a Paweł od rana coś kręcił nosem. I ona nagle z tym kolczykiem. Drobiazg, a człowiek od razu staje jak wryty.
Magda zaczęła przetrząsać kieszenie kurtki. Szelest podszewki, stukanie paznokci o zamek. „Był. Przysięgam, był. Wzięłam oba.” Oczy jej się zrobiły wilgotne, choć minę miała taką, że niby nic.
Wzięłam oddech, odłożyłam klucze na półkę i kucnęłam przy wycieraczce. Była już wytarta, w rogach miała piasek z klatki. Przejechałam dłonią po podłodze, tak odruchowo, jak się szuka czegoś małego. Było chłodno od paneli. W ciszy buczała lodówka z kuchni, a z klatki dochodził pogłos, jak ktoś zamykał drzwi.
„Gdzie go miałaś ostatnio?” zapytałam, już normalniej. Magda burknęła, że na toaletce, przy lustrze, że włożyła i poszła. I dodała, uparcie: „Mamo, ja bez tego nie wyjdę.”
Zajrzałam pod szafkę na buty. Tam zawsze coś leżało: zakrętka, guzik, moneta. Pachniało kurzem i pastą do butów, bo Andrzej jak czyścił, to potem wszystko tym przechodziło. Przesunęłam ręką, wyczułam coś twardego, ale to był kamyk.
Magda stała nade mną i oddychała szybko. „Może Paweł wziął?” rzuciła nagle, już z pretensją, jakby to było oczywiste. A mnie od razu weszło to matczyne zmęczenie, że zaraz trzeba będzie rozdzielać. „Nie mieszaj Pawła” powiedziałam. „Najpierw poszukamy.”
Poszłyśmy do jej pokoju. Ona widziała bałagan, ja od razu widziałam, gdzie coś może wpaść: przy dywanie, przy listwie, w fałdzie narzuty. Światło z okna było takie blade, jak to bywa w dzień, kiedy niby jasno, ale bez słońca. Na parapecie stał kubek po herbacie, czuć było cytrynę. Na toaletce leżały gumki, szczotka, krem, i między tym wszystkim zapinka od kolczyka. Sama.
Magda ją zobaczyła i syknęła. „No właśnie! Jest zapinka, a nie ma kolczyka!” Ręce jej zaczęły chodzić, przerzucała rzeczy na blacie, jakby miała go z tego wydłubać. Złapałam ją za nadgarstek, nie mocno, ale tak, żeby przestała. „Nie rób tak, bo tylko zrzucisz więcej” powiedziałam.
Uklękłam przy dywanie i zaczęłam palcami przeczesywać brzeg. Ten dywan zbierał wszystko. W tym momencie usłyszałam, jak gdzieś dalej Paweł coś mówi, niewyraźnie, przez ścianę. Magda odkrzyknęła: „Nie teraz!” Tak ostro, że aż mi się ścisnęło w brzuchu.
Szukałam powoli. Bez pośpiechu, bo jak się człowiek spieszy, to tylko przesuwa i potem jest gorzej. Magda w końcu usiadła na łóżku. Już nie przerzucała. Patrzyła w podłogę i przełykała ślinę.
„Mamo, ja go dostałam…” zaczęła i urwała. Zostawiłam to. Widziałam, że to nie jest moment na pytania.
Wsadziłam rękę pod łóżko. Było chłodniej, kurz od razu na skórze, paproszki. Najpierw trafiłam na skarpetę, potem na jakieś pudełko. I nagle poczułam taki cienki opór, jakby coś zahaczyło o palec. Zatrzymałam się od razu. Wsunęłam rękę głębiej, ostrożnie, i pod palcami był metal. Mały, gładki.
Wyciągnęłam dłoń i na zakurzonej skórze błysnął kolczyk.
Magda podskoczyła z łóżka. „Jest?!” Głos jej się załamał na końcu, tak jak u dzieci, choć ona już nie chciała być dzieckiem. Podałam jej go bez gadania, a ona wzięła ostrożnie, jakby jej miał uciec.
Stanęła przy lustrze i zaczęła wkładać do ucha. Ręce jej się trzęsły, zapinka spadła raz na blat i stuknęła o drewno. Pomogłam jej zapiąć, nachyliłam się blisko. Pachniała szamponem i lakierem, aż mnie w nosie zakłuło. Przez chwilę była cicha.
„Zdarza się” powiedziałam. „Każdemu.”
Spojrzała na mnie w lustrze i od razu jakby zeszło z niej to napięcie. „Przepraszam” powiedziała cicho.
„Nie przepraszaj” odpowiedziałam szybko. „Po prostu… no, szkoda nerwów.” I tyle. Nie chciałam jej mówić, co ma czuć, bo i tak czuła swoje.
Z pokoju dobiegł głos Pawła: „To już?!” A Magda odkrzyknęła: „Już!” Wzięła torebkę, poprawiła kurtkę i jeszcze raz spojrzała w lustro, już normalnie, jak zawsze.
Otrzepałam rękę z kurzu, ale i tak został mi pod paznokciami. W przedpokoju Magda stanęła przy drzwiach, zapięła kurtkę do końca, wciągnęła powietrze i powiedziała: „Mamo, ja się bałam, że go zgubiłam na zawsze.”
„No” mruknęłam. „Chodź, bo nam ucieknie autobus.”
Wyszłyśmy na klatkę. Uderzył chłód i ten zapach betonu, wilgotny, zmieszany z czyimś obiadem z dołu. Gdzieś ktoś miał włączone radio, przytłumione, jak zawsze w blokach. Magda zbiegła szybciej po schodach, a ja za nią wolniej, bo już się w życiu nabiegałam po tych schodach, z siatkami i z dziećmi.
Na półpiętrze odwróciła się jeszcze i dotknęła ucha, taki szybki, sprawdzający gest. Uśmiechnęła się do siebie, krótko, jakby wstydziła się, że przed chwilą była taka rozklejona.
Na dole drzwi trzepnęły, zaciągnęło zimnym powietrzem. Magda już była przy wyjściu, a ja jeszcze na schodach i patrzyłam na jej plecy, na ten jej szybki krok, jak ona zawsze, do przodu.
Kiedy wróciłam do mieszkania, w przedpokoju dalej leżała czapka i rękawiczki, jakby nic. Podniosłam je i odłożyłam. Klucze nadal były na półce. W powietrzu wciąż stał lakier do włosów. Usiadłam na chwilę na krześle i popatrzyłam na palce, te od kurzu. Potem wstałam, bo w kuchni coś tyknęło i od razu przypomniało mi się, że jeszcze jest cały dzień do ogarnięcia.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię