Pierwsze trudne praktyki w szpitalu
Historia Antoniego, ur. 1936
Pamiętam jeden dzień z praktyk w klinice. To było jeszcze na studiach, już nie na samym początku, tylko później, kiedy człowiekowi się wydaje, że coś tam wie, a potem nagle wychodzi, że jednak nie bardzo.
Oddział był jak zwykle pełen ludzi. Ktoś coś niósł, ktoś pytał, ktoś się spieszył. Ten zapach też był jak zawsze: mydło, coś do odkażania, pościel z pralni. I te kroki na korytarzu, raz szybkie, raz wolniejsze, bo jedni biegli, a inni stali przy drzwiach i gadali półgłosem.
Ja byłem spięty. Tak zwyczajnie, jak przed czymś, czego nie da się cofnąć. Niby człowiek stoi z boku, ma się uczyć, nie przeszkadzać, ale i tak w środku wszystko pracuje. Widzisz pacjenta, widzisz twarz, słyszysz oddech i to już nie jest ćwiczenie.
Przyszedł starszy lekarz, ten, co nie musiał podnosić głosu. Wchodził i robiło się trochę ciszej. Spojrzał na mnie krótko, tak jakby chciał sprawdzić, czy ja w ogóle patrzę, czy tylko stoję. I zaraz było, że jest pacjent z raną do szycia. Rana nie była mała, tyle powiem. I mnie od razu ścisnęło w brzuchu, bo co innego oglądać, a co innego podejść i coś zrobić.
Lekarz powiedział: „No dobrze, Antoni, spróbujesz?” I ja przez chwilę miałem ochotę się wykręcić, że może jeszcze popatrzę, że może ktoś inny. Ale zanim zdążyłem to ułożyć w głowie, już powiedziałem: „Tak”. Do dziś nie wiem, czy to była odwaga, czy upór, czy głupota. Chyba wszystko po trochu.
Pani pielęgniarka podała narzędzia. Metal był zimny, aż mnie to zdziwiło, bo ręce miałem ciepłe i mokre. Włożyłem rękawiczki i od razu poczułem, że palce są jakieś takie nie moje, grubsze, mniej pewne. Człowiek niby wie, że tak jest, ale jak przychodzi co do czego, to przeszkadza.
Lekarz stał obok, blisko. Nie wyrywał mi nic z rąk, tylko mówił spokojnie, co mam robić. To mi pomagało, bo ja w środku byłem roztrzęsiony. Słyszałem własny oddech pod maską, za szybki. Słyszałem też pacjenta, jak oddychał, i nawet jak ktoś na korytarzu przesunął coś cięższego, to mi się to wbijało w ucho.
Najgorszy był ten pierwszy moment z igłą. Na ćwiczeniach to co innego. Tu było ciało, żywe. Pacjent patrzył gdzieś w bok, jakby nie chciał widzieć, co się dzieje. A ja miałem wrażenie, że on i tak czuje, że ja się boję. I wtedy mi przeszło przez głowę, że lepiej, żeby tego po mnie nie było widać.
Ręce mi drżały. Nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, żeby mnie to wściekało. Oparłem dłonie mocniej, złapałem oddech. Zapach środka do odkażania uderzył mnie mocniej, aż mnie w nosie zaszczypało. Lekarz powiedział tylko: „Spokojnie. Nie śpiesz się. Rób równo”. To „równo” zapamiętałem, bo ja miałem odruch, żeby przyspieszać, żeby mieć to już za sobą.
Zacząłem szyć. Ruch po ruchu. W teorii nic wielkiego, a ja miałem wrażenie, że wszystko mi idzie za wolno i za szybko naraz. Pilnowałem kąta, żeby nie szarpać, żeby nie dokładać bólu. Czułem pot na plecach, chociaż w sali nie było gorąco.
W którymś momencie pacjent jęknął cicho. I mnie to zatrzymało. Spojrzałem na lekarza, a on tylko kiwnął głową, że mam robić dalej, tylko delikatniej. Pani pielęgniarka odezwała się do pacjenta spokojnie, tak normalnie, po ludzku, że zaraz będzie lepiej, że już chwila. To mi się jakoś wbiło w pamięć, bo w tym wszystkim, w tych narzędziach i poleceniach, to jedno zdanie brzmiało najzwyczajniej.
Potem już szło. Z każdą chwilą ręce drżały mniej. Człowiek się skupia i jakby reszta przestaje istnieć. Nie powiem, że nic nie słyszałem, ale mniej. Była rana, igła, nić, i tyle.
I głupie, bo akurat wtedy przypomniał mi się dom. Nie wiem czemu. Może przez to, że człowiek się łapie czegoś znajomego. Przyszło mi do głowy, jak ojciec coś naprawiał i zawsze marudził, że jak już robić, to porządnie, a nie byle jak. I ja też, przy tym szyciu, miałem jedną myśl: żeby tego nie zepsuć, żeby nie robić byle szybciej.
Jak skończyłem, dopiero wtedy poczułem, że mogę odetchnąć. Byłem zmęczony, serio, jak po noszeniu worków, chociaż to przecież tylko dłonie pracowały. Palce miałem jak z ołowiu. Rękawiczki były w środku mokre, aż nieprzyjemnie. Zdjąłem je i od razu poczułem ulgę.
Lekarz obejrzał to, co zrobiłem. Nie było żadnych wielkich słów. Powiedział krótko, że jest dobrze, że równo. I dodał, żebym jak nie jestem pewny, to pytał, a nie udawał. To mi zostało, bo ja wtedy miałem w sobie taką ambicję, żeby nie wyjść na tego, co nie umie. A on jakby mi powiedział: tu nie ma miejsca na popisy.
Po wszystkim pacjent spojrzał na mnie. Twarzy nie pamiętam dokładnie, tylko to spojrzenie, takie zmęczone, ale spokojniejsze. I ja poczułem ciężar, nie taki, że mnie przygniótł, tylko taki, że wiesz, że to nie jest zabawa.
Wyszedłem na korytarz i dopiero tam zeszło ze mnie napięcie. Nogi miałem miękkie. Oparłem się na chwilę o ścianę, tak żeby nikt nie zwracał uwagi. Zrobiło mi się słabo, ale to nie było od widoku krwi, tylko jakby organizm dopiero teraz zauważył, co się działo.
Minął mnie jakiś student i rzucił: „No i jak?” A ja tylko wzruszyłem ramionami, bo co miałem powiedzieć. Że mi ręce latały? Że się bałem? Nie umiałem tego wtedy ubrać w słowa.
Później próbowałem coś czytać, bo zawsze było coś do ogarnięcia, ale kartki mi się rozjeżdżały. Ciągle widziałem ten pierwszy moment z igłą i słyszałem to „równo”. I jeszcze wieczorem, jak już byłem sam, miałem na dłoniach zapach mydła i tego szpitalnego odkażania. Myłem ręce porządnie, a i tak jakby to siedziało w skórze. I tylko tyle. Pamiętam salę, zimny metal w dłoni, spokojny głos lekarza obok i to, że na początku ręce drżały, a potem jakoś przestały.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię