Zdjęcie na gorącym kaloryferze
Historia Danuty, ur. 1966
Kartka była miękka, wilgotna od łez i tak cienka, że bałam się, iż rozpadnie mi się w palcach, zanim zdążę ją wyjąć z albumu. To było zdjęcie ślubne rodziców tej starszej pani, ale nie takie, jakie powinno być. Zamiast uśmiechniętych twarzy, patrzyłam na rozmazane plamy, na których pan młody wyglądał jak duch, a suknia panny młodej straciła swój kształt, rozpływając się w brązowawej mgle. Album przyniosła do zakładu starsza pani, trzęsącymi się rękami podając mi go przez ladę. Mówiła, że woda dostała się do piwnicy, a jej synowa, chcąc dobrze, rozłożyła album na gorącym kaloryferze. „Chciała uratować, a ja teraz mam tylko to…” — szepnęła, a jej głos załamał się tak, że nie trzeba było więcej słów. To było w dziewięćdziesiątym siódmym, pamiętam, bo wtedy właśnie mieliśmy w Płocku sporo opadów i wiele piwnic stało pod wodą.
W pracowni pachniało wtedy klejem kostnym, który gotował się w kącie na małej maszynce, i starą, suchą bibułą. Zapach był ciepły, znajomy. Ale tego dnia czułam w nim gorycz. Położyłam album na dużym, czystym stole, podkładając pod niego biały arkusz. Każde otwarcie okładki wydawało cichy, niepokojący trzask — klej wyschnięty gorącem kaloryfera zesztywniał i pękał. W środku panował chaos. Zdjęcia pozlepiały się ze sobą, tworząc bezkształtne, grube bryły. Inne przywarły do przezroczystych folii zabezpieczających i odrywały się z nich z cichym szelestem, zostawiając ślad swojej podłożonej tektury. A jeszcze inne, te na wierzchu, wyblakły i pokurczyły się.
Pierwsze, co zrobiłam, to odsunęłam na bok nożyce i nóż introligatorski. Do takiej pracy nie nadawały się żadne ostre narzędzia, tylko cierpliwość. Wzięłam do ręki cienką, drewnianą szpachelkę, którą zazwyczaj odklejałam naddatki, i zaczęłam od najlżejszego, najbardziej zniszczonego zdjęcia. To była właśnie ta kartka ślubna. Szpachelkę wsuwałam milimetr po milimetrze pod jej róg, gdzie odkleiła się sama, i delikatnie, z największą ostrożnością, odrywałam ją od sąsiedniej strony. Palce miałam zimne, mimo że w pracowni było ciepło. Bałam się, że za mocno przycisnę, że papier pęknie.
Mój mistrz, pan Wacław, podszedł wtedy cicho, stanął za moim plecami i nie mówiąc ani słowa, położył obok mnie paczkę nowych, chłonnych bibuł. To były te szare, miękkie, które wchłaniają wilgoć jak gąbka. Skinął tylko głową i poszedł dalej. Ta jego cisza była lepsza niż jakiekolwiek słowa. Wiedział, że muszę się skupić.
Zdjęcie udało się oddzielić w całości, ale było mokre i wygięte. Położyłam je na bibule, przykryłam kolejną warstwą i przycisnęłam czystą, suchą tekturką. Nie mogłam go prasować, nie mogłam niczym przyciskać z góry — mogło się tylko suszyć, oddychać. I tak z każdą kolejną kartką. Niektóre były łatwiejsze, inne to była walka o każdy centymetr kwadratowy. Kiedy trafiłam na zdjęcie, na którym mały chłopiec w krótkich spodenkach stał przy rowerze, serce ścisnęło mi się tak mocno, że musiałam na chwilę przystanąć. To musiał być syn albo brat tej pani. Uśmiechał się szeroko, a teraz jego twarz była prawie niewidoczna, zalana brązową plamą.
Pracowałam tak kilka godzin. Ciszę przerywało tylko ciche syczenie maszynki z klejem i odgłosy z ulicy dochodzące przez otwarte okno. Słońce przesuwało się po stole, oświetlając kolejne stosy ułożonych na bibule zdjęć. Żeby nie poddawać się przygnębieniu, zaczęłam nucić. Cicho, pod nosem. Nie żadną piosenkę, tylko taką bezsensowną melodię, która sama mi przyszła do głowy. „La-la-la, la-la…” — to był mój rytm. Z każdym „la” szpachelka posuwała się odrobinę dalej, z każdym „la” kolejne zdjęcie lądowało bezpiecznie na swojej bibule.
Najtrudniejsze były te, które przywarły do tektury podkładowej tak mocno, że stanowiły z nią jedno. Tam trzeba było decydować: ratować zdjęcie, ryzykując, że podkładka zostanie zniszczona, czy ratować całość, ale ze śladami zniszczenia. Wybierałam zdjęcia. Podkładki można było dorobić nowe, a tych twarzy, tych chwil – nie. Przy jednej takiej rozdzielanej kartce, gdzie widniała grupa ludzi na tle jakiegoś domu, nagle spod warstwy papieru wyłonił się niewidoczny wcześniej napis odręczny: „Wakacje, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty drugi, Mikołajki”. Pismo było eleganckie, atrament wyblakły, ale czytelny. To był znak, że te zdjęcia wciąż chcą opowiadać.
Kiedy już wszystko było rozłożone, stół był cały przykryty szarymi arkuszami. Pod każdą warstwą bibuły leżało zdjęcie, susząc się w swoim tempie. Niektóre, te mniej zniszczone, mogłam już po kilku godzinach delikatnie przenieść na nowe, czyste podkładki. Inne musiały czekać do następnego dnia, a nawet dłużej. Pani, która przyniosła album, dzwoniła do zakładu następnego ranka. Głos miała pełen niepewności. „Proszę się nie martwić — powiedziałam, starając się, żeby zabrzmiało to pewnie. — Dużo udało się rozdzielić. Suszą się. Proszę przyjść za dwa dni.”
Gdy przyszła, ułożyłam na ladzie to, co udało się uratować. Nie było tego wiele, może jedna trzecia całego albumu. Ale wśród tych ocalonych była kartka ślubna, zdjęcie chłopca z rowerem i ta z napisem „Mikołajki”. Oczywiście, ślady zniszczenia pozostały — te brązowe zacieki, lekkie falowania papieru, miejscami utracone fragmenty. Ale twarze były widoczne. Uśmiechy, choć nieco zamazane, wracały.
Pani wzięła do ręki zdjęcie ślubne. Patrzyła na nie długo, a potem po jej policzkach popłynęły ciche łzy. Nie płakała głośno, tak jak wtedy, gdy przynosiła zniszczony album. To były łzy zupełnie inne. Podniosła wzrok na mnie. „Dziękuję — wyszeptała. — Dziękuję. Myślałam, że już wszystko stracone. A tu… oni są.”
Wtedy poczułam to dziwne ciepło w klatce piersiowej. To nie była tylko duma z dobrej roboty. Przez te dwa dni nie naprawiałam tylko papieru i kleju. Przywracałam komuś twarz syna, tamte wakacje, kształt sukni ślubnej.
Po jej wyjściu stałam jeszcze chwilę przy ladzie. Zapach kleju i bibuły wydawał się teraz łagodniejszy. Pan Wacław przeszedł obok, klepiąc mnie lekko po ramieniu. „Widzisz — mruknął tylko. — Nie tylko okładki się oprawia.” I poszedł dalej.
Wieczorem, wracając do domu, szłam nad Wisłą. Zapach rzeki, ten mokry, chłodny, zawsze mnie uspokajał. Tego dnia czułam go wyraźniej. Myślałam o tych wszystkich książkach, które oprawiam, o dokumentach. Są trwałe, mają twarde grzbiety. A najdelikatniejsze są właśnie takie zwykłe, papierowe pamiątki, które ludzie chowają w szufladach. I może właśnie dlatego ich ratowanie, choćby jedno zdjęcie, było takie ważne.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię