Wędka na glinianych nogach
Historia Jana, ur. 1934
Siedziałem na tym pniu, co zawsze leżał przy ścieżce, i wyciągałem nogi z błota. Buty były ciężkie, zimne, a skarpety przykleiły się do stóp jak druga skóra. Wyglądało to tak, jakbym miał na nogach dwa gliniane garnki. Próbowałem zdjąć jednego, pociągnąłem za cholewę, ale but ani drgnął. Siedział mocno. A w środku było takie zimno, że aż parzyło. Odłożyłem wędkę obok siebie na trawę, żeby mieć wolne ręce. To była ta moja pierwsza, z leszczyny, z żyłką od sąsiada. Leżała teraz bezradnie, a haczyk z kawałkiem chleba tkwił w wodzie gdzieś tam dalej. Nie miałem już siły na nią patrzeć.
Wszystko zaczęło się od tego, że chciałem podejść bliżej trzciny. Tam, mówili chłopaki, biorą większe. A ja miałem tylko małe płotki, takie wielkości palca. Wstałem z mojego miejsca przy brzegu, gdzie zwykle siadałem, i poszedłem wzdłuż wody. Grunt wydawał się twardy, porośnięty trawą. Zrobiłem może ze trzy kroki w stronę tej gęstwiny, kiedy nagle ziemia przestała istnieć. Stopa poszła w dół, potem druga, i znalazłem się po kolana w czymś, co nie było już wodą, ale też nie ziemią. Czarne, gęste, zimne błoto. Zamarłem na chwilę, bo to było niespodziewane. A potem spróbowałem się wycofać. To był błąd. Zamiast wyjść, zacząłem się zapadać głębiej. Czarna maź sięgała mi już do połowy łydek i ciągnęła w dół, jakby miała swoje własne zamiary.
Serce zaczęło mi walić. Nie z przestrachu, chociaż trochę też, ale bardziej z wściekłości na siebie. Głupio jest tak utknąć. Rozejrzałem się szybko. Nikogo nie było widać, tylko wodę, trzciny i niebo, które robiło się już szare, bo dzień miał się ku końcowi. Zacisnąłem zęby i spróbowałem jeszcze raz, wolno, przenosząc ciężar ciała. Udało mi się wyciągnąć jedną nogę, ale but został. Wyciągnąłem gołostopą nogę z tego zimnego uścisku i postawiłem na kępie twardszej trawy obok. Druga noga tkwiła w błocie po kostkę, ale but był w nim po cholewę. I tak zostałem, na jednej nodze, jak bocian, trzymając się równowagi, żeby nie wpaść całkiem.
Wtedy właśnie usiadłem na tym pniu. Ostrożnie, żeby nie stracić równowagi. I tak oto tu byłem. Bez jednego buta, z drugim uwięzionym w błocie, i z wędką, która łowiła sama sobie gdzieś tam dalej. Pomyślałem, co powie matka, jak wrócę do domu w jednym bucie i z przemoczonymi portkami. Buty były dobre, skórzane, jeszcze po starszym bracie, ale dopasowane. A tu jeden gdzieś w mule wiślanym. W głowie już układałem, co będę mówił. Że się poślizgnąłem. Że but mi się rozsznurował i wpadł do wody. Wszystko wydawało się lepsze niż przyznanie, że wszedłem jak głupi w bagno, żeby złowić większą rybę.
Zacząłem się grzebać ręką wokół uwięzionej nogi. Woda była lodowata, a błoto śmierdziało stęchlizną i gnijącymi roślinami. Dotarłem palcami do cholewy, chwyciłem i pociągnąłem. Nic. Pociągnąłem mocniej. But ani drgnął. To błoto trzymało go jak w imadle. Westchnąłem. Nie było rady, musiałem go zostawić. Zdjąłem z nogi mokrą skarpetę, wykręciłem ją, a potem, ostrożnie, bosą stopą dotykając zimnej ziemi, podszedłem do brzegu czystej wody i opłukałem nogę z czarnej mazi. Była blada, pomarszczona od zimna. Wróciłem do pnia, zdjąłem drugi but i drugą skarpetę. Zostawiłem je na pniu. Zostałem w samych portkach, bosy, z jedną nogą czystą, a drugą jeszcze oblepioną ciemnymi smugami.
Wstałem. Trzeba było jakoś wracać. Wziąłem wędkę. Zwinąłem żyłkę, ale haczyk z chlebem już gdzieś zniknął, pewnie ryba go ściągnęła. Nie miałem siły się tym przejmować. W jedną rękę wziąłem but i mokre skarpety, w drugą wędkę. I tak, bosy, ruszyłem ścieżką w stronę domu. Ziemia była chłodna, pełna kamyków i gałązek. Co jakiś czas stawałem, bo wbijał mi się w stopę ostry kamień albo szyszka. Szło się wolno, uważnie. Myślałem, że ta droga, którą rano przebiegałem w kilka minut, teraz nigdy się nie skończy.
Kiedy już wyszedłem z nadrzecznych zarośli na polną drogę, zrobiło się trochę lepiej. Piasek był miękki i ciepły od całego dnia słońca, które teraz chowało się za drzewa. Ale dalej było asfaltem iść, a tam już zimno przenikało do kości. Zatrzymałem się na skraju, niepewny. Wtedy usłyszałem turytanie motoru. To był pan Władysław, sąsiad, jechał swoim motocyklem z koszem. Zatrzymał się przy mnie, wyłączył silnik.
– Janek? A ty co, na bosaka? – zapytał, patrząc na moje stopy i na ten jeden but, który trzymałem w ręce.
– But mi wpadł do wody – powiedziałem szybko, trzymając się wersji, którą wymyśliłem wcześniej.
– Do wody? A drugi gdzie? – spojrzał na moje ręce.
– Ten… ten też. Ale jeden wyłowiłem, a drugi poszedł z prądem – skłamałem, czując, jak robi mi się gorąco na twarzy, chociaż nogi miałem lodowate.
Pan Władysław pokiwał głową, ale w jego oczach widziałem, że nie do końca wierzy. – Wsiadaj, podwiozę cię do rogu. Nie możesz tak iść po szosie, pokaleczysz się.
Wsiadłem do kosza. To było dziwne uczucie, jechać motorem, mając bose, brudne nogi. Wiatr owiewał je, było jeszcze zimniej. Ale trwało to tylko chwilę. Podwiózł mnie prawie pod sam dom, a właściwie pod naszą uliczkę. Podziękowałem i wysiadłem. Kiedy odjechał, stałem przez chwilę, zbierając się w sobie. Dom był niedaleko. W kuchni paliło się światło. Widziałem przez okno cień matki, krzątającej się przy kuchni.
Otworzyłem furtkę, cicho, jak tylko mogłem. Przeszedłem przez podwórko, starając się stąpać na palcach, żeby nie rozbłotać się jeszcze bardziej. Dotarłem do drzwi wejściowych. Były uchylone. Weszłem do sieni. Czułem pod stopami chłodną, cementową podłogę. Zostawiłem wędkę w kącie, a but i skarpety postawiłem cicho na drewnianej ławce. Chciałem się przemknąć do pokoju, żeby znaleźć jakieś inne spodnie i może wytrzeć nogi.
– To ty, Janek? – dobiegł głos matki z kuchni. – Gdzie byłeś tak późno?
– Nad wodą – odpowiedziałem, starając się, żeby głos brzmiał normalnie.
Wyszła do sieni, z ścierką w rękach. Spojrzała na mnie, potem na moje bose, ubłocone stopy, na spodnie przylepione do nóg, na ten jeden, samotny but na ławce. Jej wzrok zatrzymał się na tym bucie. Potem popatrzyła na mnie.
– A gdzie drugi? – zapytała spokojnie.
– No… wpadł do wody. W błoto. – Nie mogłem już kłamać. Stałem przed nią, mokry, zmarznięty, z opuszczoną głową.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. A potem westchnęła. To było takie głębokie, zmęczone westchnienie. – Idź do kuchni. Jest ciepła woda w garnku. Weź miednicę i umyj nogi. A te portki zdejmij, zaraz je wypiorę.
Nie powiedziała nic więcej. Nie krzyczała. Nie pytała, jak to się stało. Po prostu kazała się umyć i dała suchą ścierkę do wytarcia. Poszedłem do kuchni. Postawiłem blaszaną miednicę na podłodze, nalałem ciepłej wody z garnka. Kiedy włożyłem do niej stopy, najpierw poczułem piekący chłód, a potem powoli, powoli, zaczęło przenikać ciepło. Siedziałem na niskim stołku i patrzyłem, jak woda w miednicy robi się brązowa od błota. Myłem nogi, starannie, między palcami. Były czerwone od zimna i od chodzenia.
Matka weszła, wzięła moje mokre portki i wyszła. Po chwili wróciła z parą starych, lnianych spodni, trochę za dużych, i położyła je obok. – Załóż to. A potem zjedz kolację.
Zjadłem chleb z marmoladą i wypiłem gorzką herbatę. Siedziałem przy stole, a matka kończyła zmywać. Cisza w kuchni nie była zła. Była taka zwykła. Czułem, jak ciepło z pieca powoli rozchodzi się po całym ciele. Nogi, już czyste i owinięte w suchą szmatę, przestawały marznąć.
– Jutro pójdziesz i poszukasz tego buta – powiedziała nagle matka, nie odwracając się od zlewu. – Jak wyschnie błoto, to może będzie płytsze. Weźmiesz kij, będziesz grzebał.
– Dobrze – odpowiedziałem cicho.
– I następnym razem, jak pójdziesz nad wodę, patrz pod nogi. Wisła to nie jest kanał. Ona ma swoje dziury.
– Wiem.
– No to wiesz.
I na tym się skończyło. Po kolacji poszedłem do swojego pokoju. But stał na parapecie, wyglądał samotnie. Leżąc w łóżku, słyszałem, jak matka w sieni szoruje moje portki na tarce. Regularny, szorstki dźwięk. Myślałem o tym błocie, o tym, jak zimna była woda, i o tym, że jutro znowu tam pójdę, z kijem. Zasnąłem, zanim skończyła prać.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię