Przygoda
Historia Stefana, ur. 1945
To było latem tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku, zaraz po tym, jak Gagarin poleciał w kosmos, a my – z moją warszawską paczką – czuliśmy, że i nam urosły skrzydła, choć nasze ambicje sięgały wtedy zaledwie do rogatek stolicy. Miałem szesnaście lat i po raz pierwszy w życiu udało mi się odłożyć trochę grosza z dorywczej pracy przy rozładunku wagonów na towarowej Woli. Razem z Heńkiem i Markiem postanowiliśmy zrobić coś szalonego: uciec na weekend nad morze, bez wiedzy rodziców.
To nie była wyprawa ekspresem „Kaszub”. Nasza podróż to był majstersztyk kombinatorstwa. Spakowałem do starego, pożyczonego chlebaka dwie kromki chleba z cukrem, zapasowy podkoszulek i – co najważniejsze – moją jedyną dumę: aparat „Druh”, który kupiłem w komisie za oszczędności.
Wyślizgnęliśmy się z domu o świcie, mówiąc matkom, że idziemy na biwak nad Wisłę do Wilanowa. Zamiast tego, wylądowaliśmy na Dworcu Gdańskim. Nie było nas stać na pełne bilety, więc obraliśmy strategię „na peronówkę”. Prześlizgnęliśmy się do pociągu osobowego, który jechał do Gdyni wieczność, stając na każdej najmniejszej stacyjce.
Pamiętam ten strach, gdy przez wagon przechodził konduktor. Chowaliśmy się wtedy w toalecie – trzech wyrośniętych chłopaków w pomieszczeniu metr na metr, wstrzymujących oddech, gdy metalowe drzwiczki szczękały pod palcami sprawdzającego. Kiedy pociąg ruszył z Malborka, Heniek wyciągnął skradzionego ojcu papierosa „Sporta”. Zapaliliśmy go na trzech w otwartych drzwiach wagonu, patrząc na uciekające pola. Czułem wtedy, że Warszawa została gdzieś w innym wszechświecie, a ja jestem odkrywcą.
Gdy w końcu, po dziesięciu godzinach, wysiedliśmy w Sopocie, uderzył mnie zapach. To nie był zapach kurzu i mazutu, do którego przywykłem. To był zapach wolności, soli i smażonej ryby. Nie poszliśmy na molo, bo nie mieliśmy na wstęp. Poszliśmy wzdłuż plaży, tam, gdzie piasek był jeszcze dziki.
Nigdy wcześniej nie widziałem morza. Stałem na brzegu w moich jedynych butach, które już dawno powinny wylądować na śmietniku, i patrzyłem na horyzont. „Chłopaki, to się nie kończy!” – krzyknął Marek. Pamiętam, że wyciągnąłem mojego „Druha”. Ręce mi drżały. Chciałem zrobić to jedno idealne zdjęcie, które pokazałbym potem w szkole. Ustawiłem ostrość na oko, słońce akurat zachodziło, malując wodę na kolor miedzi. Trzask migawki – to był moment, w którym poczułem się dorosły.
Nie stać nas było na nocleg, więc spaliśmy w lesie, w ruinach starego niemieckiego bunkra gdzieś między Sopotem a Gdynią. Było zimno, beton oddawał chłód, a my mieliśmy tylko jedną starą kocankę. Głodni jak wilki, dzieliliśmy ostatnią bułkę. Heniek zaczął opowiadać o tym, że jak skończymy szkołę, to zaciągniemy się na statek i popłyniemy do Ameryki.
W nocy obudził nas patrol WOP-u (Wojsk Ochrony Pogranicza). Ich latarki cięły mrok jak miecze. „Co tu robicie, szczeniaki?” – huknął żołnierz. Myślałem, że umrę ze strachu. Widziałem już oczami wyobraźni ojca, który pasem wybija mi z głowy podróże. Ale Marek, który zawsze miał „gadane”, zaczął kłamać jak z nut, że jesteśmy harcerzami, że zgubiliśmy grupę i szukamy drogi do obozu. Żołnierz popatrzył na nasze wychudzone twarze, na aparat przewieszony przez moją szyję i tylko splunął. „Wynocha stąd o świcie, bo was zamkniemy w areszcie”.
Wróciliśmy do Warszawy w poniedziałek rano, brudni, głodni, ale z oczami pełnymi blasku. Matka czekała w drzwiach z miną, która nie wróżyła nic dobrego. Dostałem „szlaban” na wychodzenie wieczorami przez miesiąc i musiałem wyszorować wszystkie podłogi w mieszkaniu.
Ale tydzień później odebrałem wywołane zdjęcia. To jedno, znad morza, wyszło idealnie. Widać było na nim bezkres wody i małą, czarną sylwetkę kutra na horyzoncie. Przyniosłem je do szkoły i pokazałem Krysi, tej dziewczynie, o której Ci opowiadałem. Popatrzyła na zdjęcie, potem na mnie i powiedziała: „Stefan, ty to naprawdę masz odwagę”.
To była moja pierwsza prawdziwa przygoda. Nauczyła mnie, że świat jest większy niż moje podwórko na Woli i że czasem warto zaryzykować „szlaban” i głód, żeby zobaczyć coś, co zostanie pod powiekami na zawsze. To wtedy, nad tym bałtyckim brzegiem, obiecałem sobie, że kiedyś tu wrócę na stałe. I jak wiesz – dotrzymałem słowa.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię