0:000:00

Niebieska miska

Historia Alicji, ur. 1977

Grzebałam w tej mące po łokcie, a ona i tak wszędzie była. Na blacie, na podłodze, na mojej koszulce w paski, którą tak lubiłam. Nawet we włosach czułam ten pył, suchy i lekki. Mama zawsze mówiła, że dobre ciasto trzeba wyrobić rękami, żeby poczuć jego życie. Ja w tej chwili czułam tylko lepką, oporną masę, która nie chciała się ze mną zaprzyjaźnić.

To był mój własny pomysł. Miałam z szesnaście, może siedemnaście lat, już po technikum, czekałam na wyniki jakichś papierów do szpitala. W domu było cicho, rodzice w pracy, brat gdzieś z kolegami. Nagle taka mnie ochota wzięła, żeby upiec chleb. Nie byle jaki, tylko taki prawdziwy, na zakwasie, jak mama robiła. Ona zawsze piekła w sobotę, cały rytuał. Ja nigdy nie próbowałam sama. Myślałam, że skoro widziałam to sto razy, to nic trudnego.

Znalazłam w szafce słoik z tym czymś, co mama nazywała „duszą chleba”. Zakwas pachniał kwaśno, intensywnie, jakby całe życie było zamknięte w tym szklanym naczyniu. Wsypałam mąkę do wielkiej miski, tej emaliowanej, niebieskiej z białymi kropkami. Dodałam wodę, sól, trochę cukru. I zaczęłam mieszać. Najpierw łyżką, ale ciasto było za gęste. Więc wsadziłam ręce.

I tu się zaczęło. To nie było takie jak u mamy. U niej ciasto było gładkie, elastyczne, żywe. Moje kleiło się do wszystkiego. Do palców, do paznokci, do brzegów miski. Im bardziej mieszałam, tym bardziej się buntowało. Próbowałam dodawać mąki, ale wtedy robiło się twarde i szorstkie. Próbowałam dolać wody, ale wtedy zamieniało się w rzadką, kleistą papkę. Stałam w kuchni, spocona, z mąką na czole, i czułam, jak we mnie rośnie złość. Głupia złość. Na to ciasto, na siebie, na cały ten pomysł.

W końcu uznałam, że dość. Uformowałam z tej masy jakąś nierówną, pokiereszowaną kulę, obtuliłam ją ściereczką i wsunęłam pod kaloryfer. Niech rośnie. Poszłam się umyć. Patrzyłam w lustro na swoje zaczerwienione, obsypane białym pyłem odbicie i miałam ochotę się rozpłakać. Taka prosta rzecz. Tyle razy widziałam. A nie potrafię.

Godzinę później zajrzałam pod ściereczkę. Ciasto w ogóle nie urosło. Leżało takie samo, przygnębione, z parę pęknięciami na wierzchu. To już był koniec. Miałam to gdzieś. Wzięłam blaszkę, wysmarowałam ją masłem, wyłożyłam to nieudane dzieło. Wyglądało jak wielki, blady kamień. Poszłam rozpalić w piecu. U nas w domu był jeszcze ten stary, kaflowy, opalany drewnem. To też był cały ceremoniał. Podpaliłam gazetę, potem drewienka, potem większe polana. Zapach dymu i rozgrzewającego się kamienia wypełnił kuchnię. Normalnie ten zapach mnie uspokajał. Teraz tylko podkreślał moją porażkę.

Wsadziłam blachę do pieca, trzasnęłam drzwiczkami. Niech się piecze. Nie obchodziło mnie, co z tego wyjdzie. Usiadłam w salonie z książką, ale nie mogłam się skupić. Co chwilę zerkałam na drzwi do kuchni. Po jakimś czasie poczułam zapach. Ale to nie był ten wspaniały, głęboki zapach świeżego chleba, który pamiętałam z dzieciństwa. To był zapach… przypieczonej mąki. Suchy, trochę gorzki.

Kiedy w końcu uznałam, że czas minął, otworzyłam piec. Dym buchnął mi w twarz, szczypiąc w oczy. Wyciągnęłam blachę. To, co na niej leżało, nie było chlebem. To była jakaś forma przejściowa między chlebem a cegłą. Bochenek był niski, zbity, o spękanej, ciemnobrązowej, prawie czarnej skorupie. Wyglądał, jakby przeżył katastrofę. Ostygł twardy jak kamień.

Stałam i się na to gapiłam. I nagle, nie wiem czemu, zaczęłam się śmiać. Cicho najpierw, potem coraz głośniej, aż oparłam się o blat i trzęsłam się z tego śmiechu. Łzy płynęły mi po policzkach, ale nie były to łzy smutku. To była czysta, absurdalna radość z tej kompletnej klęski. Wyglądało to tak komicznie, tak beznadziejnie, że nie mogłam przestać.

W tej właśnie chwili weszła mama. Wróciła z pracy, zmęczona. Stanęła w progu, popatrzyła na mnie targaną śmiechem, potem na ten „chleb” na blasze. Jej zmęczona twarz też się rozjaśniła. Podeszła, dotknęła palcem skorupy. Wydała suchy, twardy dźwięk.

– O rany, Alicjo – powiedziała, a w jej głosie też zadrżała wesołość. – Co ty tu zrobiłaś? Cegłę na obiad?

To dobiło mnie zupełnie. Siedziałyśmy potem obie przy kuchennym stole, a ten mój twór stał między nami jak pomnik nieudolności. Mama pokroiła go nożem do mięsa, z wielkim trudem. Kromki były ciężkie, wilgotne w środku, gumowate. Spróbowałam. Smakowało… dziwnie. Kwaśnawo, mącznie, bez tego pięknego, lekko słodkawego posmaku chleba mamy.

– No – mruknęła mama, przeżuwając z namysłem. – Zakwas jest dobry. Za mało go wyrobiłaś. I za krótko rosło. Ale pomysł był.

Patrzyłam na jej spokojną twarz, na te dłonie, które potrafiły zamienić mąkę i wodę w coś cudownego. Zrozumiałam wtedy, że między patrzeniem a robieniem jest ogromna różnica. Że te jej sobotnie rytuały to nie była magia, tylko wiedza zaklęta w ruchach, w wyczuciu, w cierpliwości. Czułam się głupio, ale już nie złościłam się na siebie. Tę cegłę zjedliśmy z masłem i solą, bo mama powiedziała, że jedzenia się nie wyrzuca. Gryzło się ciężko, ale śmiałyśmy się przy tym cały czas.

Ten kamień w bochenku stał potem przez kilka dni na kredensie. Mama nie pozwoliła go wyrzucić. Mówiła, że to moje pierwsze dzieło i trzeba je uszanować. Czasem, przechodząc, dotykałam jego twardej skorupy. Przypominało mi, że nie wszystko przychodzi od razu. Że nawet z kompletnej katastrofy można się śmiać, a potem wziąć głęboki oddech i spróbować jeszcze raz. Tylko następnym razem zapytać o pomoc. Zapach spalonej mąki i dźwięk tego suchego śmiechu zostały ze mną na długo. Dziś, kiedy sama piekę chleb, zawsze o tym myślę. I zawsze dodaję odrobinę więcej cierpliwości.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię