0:000:00

Żyłka

Historia Jana, ur. 1934

Świszczało. Tak, to było właśnie to słowo. Świszczało, kiedy przeciągałem żyłkę przez te małe, metalowe oczka. Siedziałem na progu naszej sieni w Płocku, plecami oparty o futrynę, a przed sobą miałem rozłożony ten kij. To była zwykła leszczyna, prosta jak struna, którą sam wybrałem nad Wisłą. Ale teraz, w moich rękach, stawała się czymś więcej. To oczko było najtrudniejsze, to najwyższe, tuż pod samą końcówką. Żyłka, szara i cienka, ciągle mi uciekała z palców. Trzeba było złapać ją między kciuk a wskazujący, zmoczyć śliną, żeby się nie strzępiła, i cierpliwie, bardzo cierpliwie, przecisnąć.

Z ulicy dochodziły odgłosy miasta podnoszącego się powoli. Turkot wozu konnego, wołanie handlarza z warzywami, daleki stukot młotka gdzieś przy odbudowywanej kamienicy. Ale ja tego wszystkiego nie słyszałem. Cały byłem w tym świstaniu. W szumie żyłki przeciąganej przez metal, w delikatnym chrzęście, kiedy nawijałem ją na kołowrotek. A właściwie to nie był jeszcze kołowrotek. To była zwykła, drewniana szpulka po niciach, którą dostałem od starszego sąsiada, pana Władka. Mówił, że jak się chce łowić, to trzeba najpierw nauczyć się szanować sprzęt. I że dobra wędka to nie taka, co kosztuje fortunę, tylko taka, którą się samemu złożyło.

Pan Władek mieszkał dwa domy dalej. Był wysoki, przygarbiony, z siwą szczotką wąsów. Pamiętałem go zawsze w tej samej, zielonej marynarce. Kiedyś podszedłem do niego, jak naprawiał płot. Stałem i patrzyłem. Po długiej chwili podniósł wzrok i spytał, czego chcę. Powiedziałem, że chcę łowić ryby. Uśmiechnął się wtedy. „No to najpierw musisz mieć czym” – mruknął. I tydzień później, kiedy przechodziłem obok jego ogródka, skinął na mnie. Wyciągnął z kieszeni marynarki tę szpulkę i kłębek szarej żyłki. „Na początek starczy” – powiedział. „A kij sobie sam znajdziesz. Nad wodą. Taki prosty, giętki. Leszczyna jest dobra”.

I tak znalazłem się na skarpie. Szukałem długo. W końcu zobaczyłem ją. Rosła samotnie, nieco dalej od innych drzew. Jej pęd był idealny. Prosty, gładki, może grubości mojego kciuka. Przez chwilę stałem i patrzyłem. Ściągnąłem ją delikatnie, czując pod palcami chłodną, gładką korę. W domu obciąłem ją scyzorykiem, zdjąłem cienką warstwę z obu końców. I wtedy zaczęła się prawdziwa robota.

Siedząc na progu, z językiem wystawionym z wysiłku, przewlekałem żyłkę. Zapach był specyficzny. Czuć było wilgoć sieni, zapach drewna z leszczyny i ten metaliczny posmak, który szedł od nowej żyłki. Dotykałem każdego oczka, sprawdzając, czy nie ma zadziorów. Kiedy już przewlekłem wszystko, przywiązałem żyłkę do szpulki solidnym węzłem, którego nauczył mnie tata. Potem zacząłem nawijać. To była medytacja. Każdy obrót szpulki musiał być równy, ciasny. Kręciłem powoli, pilnując napięcia. Świat zwęził się do ruchu moich dłoni i do tego cichego brzęczenia.

Kiedy skończyłem, uniosłem wędkę. Trzymałem ją za najgrubszy koniec, potrząsnąłem nią delikatnie. Końcówka zatrzepotała, żyłka zawirowała w powietrzu. Była lekka. Czułem się z tym dobrze. To było moje. Zrobiłem to sam. Nie kupione, nie pożyczone. To było lepsze niż dostanie gotowej zabawki.

Oczywiście, brakowało jeszcze haczyka i spławika. Haczyk dostałem od kolegi Staszka w zamian za pomoc w noszeniu węgla do piwnicy. Był malutki, błyszczący. Ukłułem się w palec, sprawdzając. Krew pokazała się od razu, jedna mała, czerwona kropla. Wyssałem ją. Spławik zrobiłem sam. Wziąłem pióro gęsie, które znalazłem na podwórku, obciąłem je. Potem zatkałem je z jednej strony kawałkiem zapałki i pomalowałem na biało farbą, którą tata malował framugę okna. Po wyschnięciu pociągnąłem czarną kreskę na czubku.

Kiedy wszystko było gotowe, nie mogłem usiedzieć w domu. Wędka stała oparta o ścianę w kącie i przyciągała wzrok. Czułem, że muszę ją wypróbować. Nazajutrz, zaraz po obiedzie, wymknąłem się. Nie powiedziałem nikomu, dokąd idę. W kieszeni miałem kawałek chleba, haczyk i spławik w pudełeczku po zapałkach, a w ręku moją leszczynę.

Szedłem szybko, omijając kałuże. Droga na nabrzeże była mi dobrze znana, ale tego dnia wydawała się inna. Każdy krok przybliżał mnie do chwili prawdy. Czy to w ogóle zadziała? Te myśli wirowały mi w głowie.

Kiedy dotarłem nad wodę, od razu znalazłem swoje miejsce. Małą, drewnianą kładkę. Było pusto. Wisła płynęła leniwie. Zapach był tutaj zupełnie inny. Czuć było wilgotny piasek, gnijące drewno pomostów i ten szeroki, rześki zapach wody.

Usiadłem na brzegu kładki, opuściwszy nogi. Drżały mi ręce, kiedy wiązałem haczyk. Udało się za drugim razem. Następnie nałożyłem spławik. Wziąłem kawałek chleba, rozgniotłem go w palcach. Nabrałem odrobinę na haczyk, ukrywając ostrze. Pan Władek mówił: „Rybka nie jest głupia. Jak zobaczy błysk, to ucieknie”.

Wziąłem głęboki oddech i zarzuciłem. Nie było to jakieś efektowne zarzucenie. Żyłka zasyczała, a spławik plusnął cicho kilka metrów od brzegu. Opadł, zakołysał się i stanął prosto. Położyłem wędkę obok siebie i wpatrywałem się w ten spławik. Nic się nie działo. Minuty ciągnęły się. Słyszałem tylko plusk wody o pale, krzyk mewy i własny oddech. Myślałem, że łowienie to ciągłe brania. A tu nic. Tylko czekanie.

I wtedy to się stało. Spławik drgnął. Ledwo dostrzegalnie. Przysiadłem niżej, wytężyłem wzrok. I znowu. Tym razem wyraźne, krótkie szarpnięcie w dół. Chwyciłem wędkę. Drewno leszczyny było ciepłe od mojej dłoni. Spławik zanurzył się i popłynął w bok. Pociągnąłem.

Opór był zupełnie inny, niż się spodziewałem. Nie było gwałtownego szarpnięcia, tylko mocne, uparte ciągnięcie. Żyłka zaterkotała o szpulkę. Wstałem, trzymając wędkę mocno, czując, jak drży. Nie widziałem ryby, tylko naprężoną żyłkę. To była walka, ale cicha. Ja na jednym końcu, a coś żywego i silnego na drugim.

Kręciłem szpulkę powoli, z trudem. Ryba nie dawała za wygraną. Pot lał mi się po plecach, ale nie czułem zmęczenia. Czułem tylko ten opór. Po kilku minutach w wodzie zamajaczyło coś srebrzystego. Płytko pod powierzchnią zobaczyłem bok ryby. Była duża. To była płotka.

Podciągnąłem ją ostrożnie, aż znalazła się tuż przy pomoście. Leżała na boku, oddychając szybko. Patrzyłem na nią, a ona patrzyła na mnie jednym, okrągłym okiem. W tym momencie całe podekscytowanie z walki nagle opadło. Zastąpiło je coś innego. To stworzenie było piękne i zupełnie bezbronne, wisząc na moim haczyku.

Schyliłem się, mokrą ręką chwyciłem ją delikatnie za tułów. Była śliska i zimna. Haczyk wbił się głęboko w pysk. Próbowałem go wyjąć palcami, ale ryba szarpnęła się, a ja bałem się, że zrobię jej jeszcze większą krzywdę. Przez chwilę tak klęczałem, trzymając ją nad wodą. A potem odwróciłem haczyk i delikatnie pociągnąłem. Wysunął się, zostawiając małą, czerwoną rankę.

Patrzyłem na tę rankę, a potem na rybę. Jej skrzela poruszały się wolniej. Powoli opuściłem dłoń z powrotem do wody. Płotka przez moment leżała nieruchomo na mojej otwartej dłoni. A potem, jednym nagłym ruchem, uderzyła ogonem, wyślizgnęła mi się z ręki i zanurzyła. Zostały tylko rozchodzące się kręgi.

Siedziałem tak jeszcze długo, z pustą wędką na kolanach. W kieszeni miałem jeszcze chleb. Mógłbym zarzucić znowu. Ale nie chciałem. Czułem się dziwnie. Nie byłem smutny, że nie mam ryby. I nie byłem też szczególnie szczęśliwy, że ją wypuściłem. To było coś pomiędzy.

Wstałem, otrzepałem spodnie. Wędka w mojej dłoni wciąż była lekka. Dotknąłem leszczyny. Drewno było teraz wilgotne od mgły. Zwinąłem żyłkę, starannie, i ruszyłem z powrotem do domu. Szedłem powoli, niosąc swoją pierwszą wędkę. I chociaż wracałem z pustymi rękami, to czułem, że zabieram ze sobą coś ważnego.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię