0:000:00

Piernikowe szaleństwo

Historia Barbary, ur. 1956

Na stole leżał zeszyt, otwarty na stronie z przepisem, a w powietrzu unosił się zapach świeżo pieczonego ciasta. W kuchni było ciepło, ale nie duszno – takie idealne ciepło, które sprawia, że chce się zostać tam na dłużej. Dzieci biegały po podwórku, a ja starałam się skupić, bo miałam w głowie nowe pomysły na ciasta, które chciałam zrobić na nadchodzące święta.

To były czasy, kiedy wszystko było bardziej skomplikowane, a jednak prostsze jednocześnie. Wydawało mi się, że w powietrzu czuć radość. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i w mojej głowie kłębiły się myśli o zapachu cynamonu, wanilii i orzechów. Wspólnie z dziećmi zbierałyśmy składniki, a ja czułam radość, że mogę przekazać im część moich pasji.

Nagle do kuchni wbiegł Piotr z kluczykiem od kredensu, który ukradł Magdzie. „Mamo, zobacz! Ktoś mi oddał”, roześmiał się, a jego twarz była tak promienna, że aż mi się serce wypełniło. Magda, z kolei, stała z boku, nieco zniecierpliwiona, bo miała inne plany na wieczór. Chciała porozmawiać z koleżankami przez telefon. Miałam wrażenie, że to moje ciasto nie do końca ją interesowało.

Ale ja nie dawałam za wygraną. Pomyślałam, że może zrobimy coś wspólnie, żeby ich zachęcić. „A może zrobimy pierniki? Możecie pokroić kształty, a potem polukrujemy je razem”. W tym momencie od razu ich zainteresowanie wzrosło. Zaczęliśmy wyciągać mąkę, cukier, a ja starałam się nad wszystkim zapanować, bo gdy dzieci są zaangażowane, czasem chaos jest nieunikniony.

Mąka unosiła się w powietrzu, osiadając na naszych ubraniach. Zaczęliśmy wałkować ciasto, a dźwięk stukań wałka o stół przypominał mi, jak ja sama w dzieciństwie biegałam po kuchni z mamą, próbując jej pomóc. Nagle Piotr próbował wcisnąć mi kawałek ciasta do ust, a ja, śmiejąc się, odskoczyłam, unikając jego ataku.

„Dobrze, dobrze, ale najpierw musimy zrobić kształty”, powiedziałam, a Magda z entuzjazmem zaczęła wycinać serduszka i gwiazdki. W tym momencie zapomniałam o wszystkich zmartwieniach – o tym, że czasem trudno było związać koniec z końcem, o tym, że w pracy nie zawsze było łatwo. Liczyło się to, że w tej kuchni byliśmy razem. Ta chwila, te uśmiechy i śmiech, które rozbrzmiewały w moich uszach.

Kiedy pierniki były już gotowe, przyszedł czas na lukrowanie. Magda z zapałem malowała wzorki na ciasteczkach, a Piotr próbował zjeść więcej lukru, niż nałożyć na ciasta. Zaczęliśmy rywalizować, kto zrobi ładniejsze pierniki. Patrzyłam na ich skoncentrowane twarze i myślałam, że takie chwile są bezcenne.

Potem przyszedł Marek. Praca w porcie, jak zwykle, go wymęczyła, ale uśmiechnął się, widząc naszą twórczą chałturę w kuchni. „Co tu się dzieje, mistrzynie?” – zapytał, a ja poczułam, jak serce mi skacze. To było miłe, bo wiedziałam, że w naszym małym świecie, mimo codziennych zmartwień, jest miejsce na radość.

Po chwili siedzieliśmy już przy stole, zajadając nasze pierniki. Zapach cynamonowego lukru unosił się w powietrzu, a ja czułam, jak radość wypełnia nasze serca. Patrzyłam na dzieci, bawiące się z ojcem, a w mojej duszy rozkwitała wdzięczność za te chwile. Czasami myślę, że to właśnie takie proste, codzienne momenty składają się na nasze życie.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię