Dzieciństwo
Historia Stefana, ur. 1945
Nazywam się Stefan. Urodziłem się w marcu 1945 roku, dwa miesiące przed tym, jak świat podobno odetchnął z ulgą. Moim pierwszym wspomnieniem nie jest twarz matki, ale zapach. Zapach wilgotnej, zimnej cegły, zmieszany z wonią spalenizny, która unosiła się nad Warszawą jeszcze przez całe lata. Mówią, że dzieciństwo to czas sielanki, ale moje dzieciństwo było koloru gruzu.
Mieszkaliśmy na Woli. To, co nazywaliśmy domem, było w rzeczywistości ocalałym narożnikiem kamienicy, który cudem trzymał się pionu, choć sąsiednie klatki schodowe zapadły się do środka, tworząc gigantyczne góry cegieł. Nasze mieszkanie to był jeden pokój z kuchnią, w której zamiast szyb w oknach długo mieliśmy dechy i dyktę. Pamiętam, jak ojciec, który wrócił z wojny z jedną sprawną ręką i duszą poszarpaną jak jego stary płaszcz, powtarzał: „Stefek, nie biegaj pod tamtą ścianą, bo ona tylko czeka, żeby nas zabić”.
Ta ściana była symbolem naszego bezpieczeństwa – chwiejna, podziurawiona odłamkami, a jednak jedyna, która nas chroniła przed wiatrem od Wisły. Zimą woda w miednicy zamarzała na kość. Spaliśmy wszyscy razem – ja, rodzice i moja siostra Maria – pod wszystkimi pierzynami i płaszczami, jakie mieliśmy. Czułem ciepło ich ciał i słyszałem świst powietrza wdzierającego się przez nieszczelności. To był mój cały świat.
Dla chłopca w moim wieku Warszawa w latach 1945–1950 nie była miastem w budowie – była gigantycznym, fascynującym i śmiertelnie niebezpiecznym placem zabaw. Każdego ranka, gdy matka wychodziła „na cegły” (pracowała przy odgruzowywaniu), uciekałem z podwórka. Moimi zabawkami były łuski po nabojach, które zbieraliśmy do blaszanych pudełek, i „skarby” wygrzebane z piwnic, do których dorośli bali się wchodzić.
Pamiętam, jak z kolegami, Heńkiem i „Kulawym” Jankiem, bawiliśmy się w wojnę. Paradoks polegał na tym, że bawiliśmy się w nią w dekoracjach, które ta wojna właśnie stworzyła. Skakaliśmy po kikutach ścian, udając, że to twierdze. Raz znaleźliśmy w jednej z piwnic skórzany but, w którym wciąż była stopa. Nie przestraszyliśmy się – po prostu zakopaliśmy go głębiej i poszliśmy dalej. Śmierć była dla nas naturalnym elementem krajobrazu, jak kurz osiadający na włosach.
Największą frajdą było jednak śledzenie wozów konnych wywożących gruz. Czasami woźnica pozwolił nam wskoczyć na chwilę na wóz. Patrzyłem wtedy na Warszawę z góry – widziałem morze ruin, z których gdzieniegdzie wystawały kominy, jak palce topielca wyciągnięte do nieba.
Głód był moim stałym towarzyszem. Nie takim, który boli przez chwilę przed obiadem, ale takim, który staje się częścią twojej osobowości. Pamiętam smak chleba z UNRRA – biały, niemal słodki, który wydawał się ciastem z innego wymiaru. Najczęściej jednak jadło się pajdę razowca posmarowaną marmoladą z buraków albo – jeśli był dobry dzień – smalcem ze skwarkami, który matka przynosiła w słoiku.
Kiedyś matka przyniosła do domu pomarańczę. Miałem wtedy może sześć lat. Nie wiedziałem, co z tym zrobić. Patrzyłem na ten jaskrawy kolor, który tak bardzo nie pasował do szarości naszej ulicy. Pachniała tak intensywnie, że kręciło mi się w głowie. Dzieliliśmy ją na czworo, każda cząstka była celebrowana jak świętość. Skórkę matka potem wysuszyła i trzymała w szafie, żeby „pachniało państwem”.
W 1952 roku poszedłem do szkoły. Budynek był nowy, pachniał świeżym tynkiem, co było miłą odmianą od stęchlizny piwnic. Ale w szkole zaczęła się inna tresura. Pani nauczycielka, zawsze w ciasno upiętym koku, kazała nam recytować wiersze o Stalinie. Na ścianie wisiał jego portret – patrzył na nas tymi swoimi wąsatymi oczami, a ja czułem do niego dziwny lęk, bo ojciec w domu, gdy tylko padało to nazwisko, od razu milkł i zaczynał nerwowo palić skręta z najgorszego tytoniu.
W 1953 roku, kiedy Stalin zmarł, kazali nam stać na apelu w całkowitej ciszy. Pamiętam, że bardzo chciało mi się wtedy siku, ale bałem się poruszyć. Niektórzy dorośli płakali, a ja patrzyłem na buty mojego nauczyciela – miały dziury w podeszwach. Pomyślałem wtedy, że skoro ten wielki wódz nie żyje, to może w końcu dostaniemy nowe buty. To była brutalna, dziecięca logika przetrwania.
Najtrudniejszym momentem mojego dzieciństwa był rok 1954. Wtedy właśnie nasza kamienica, ta, która miała nas chronić, zaczęła „pracować”. Pewnej nocy obudził nas huk, jakby znowu zaczęły się bombardowania. Ojciec zerwał się z łóżka, chwycił mnie pod pachę, matka Marię. Wybiegliśmy na zewnątrz tak, jak staliśmy – boso, w koszulach.
Patrzyliśmy, jak sypie się frontowa ściana naszego „domu”. Kurz osiadł na naszych twarzach, tworząc białe maski. Nie płakaliśmy. W Warszawie tamtych lat nikt nie płakał z powodu walących się ścian. Po prostu przenieśliśmy się trzy ulice dalej, do kolejnej rudery, gdzie w oknach była jeszcze gorsza dykta, ale za to dach nie przeciekał tak bardzo.
Dorastanie na powojennej Woli uczyło twardości. Jeśli nie umiałeś się bić, nie miałeś prawa do swojej części chodnika. Ja byłem chudy, ale szybki. Moim atutem było to, że potrafiłem wspiąć się tam, gdzie inni się bali. Dostarczałem starszym chłopakom papierosy „Sporty”, które podkradałem ojcu, w zamian za ochronę.
Pamiętam historię z moim psem, Reksem. To był kundel znaleziony w ruinach, miał jedno ucho odgryzione, pewnie przez szczury. Reks był moim jedynym powiernikiem. Kiedyś sąsiad z parteru, człowiek o mętnych oczach, który pewnie widział za dużo na froncie, chciał go zabić, bo pies szczekał w nocy. Stanąłem przed nim z kawałkiem pręta zbrojeniowego w ręku. Miałem dziewięć lat i trząsłem się ze strachu, ale wiedziałem jedno: w tym mieście, jeśli oddasz pole, znikniesz. Sąsiad popatrzył na mnie, splunął krwią i poszedł sobie. To była moja pierwsza lekcja godności.
Rok 1955 był końcem pewnego etapu. Warszawa zaczynała wyglądać inaczej. MDM, Pałac Kultury i Nauki – te gigantyczne budowle wyrastały na naszych oczach. My, dzieciaki z ruin, patrzyliśmy na ten nowy świat z niedowierzaniem. Nie pasowaliśmy do tych czystych elewacji.
Pamiętam, jak matka zabrała mnie na spacer w okolice Placu Defilad. Pałac Kultury wydawał mi się górą, która zaraz nas przygniecie. „Patrz, Stefek” – powiedziała wtedy, poprawiając chustkę na głowie. „To już nie jest wojna. Teraz musisz się uczyć, żebyś nie musiał całe życie nosić cegieł”.
Moje dzieciństwo skończyło się właśnie wtedy, gdy zniknęły ostatnie góry gruzu pod naszymi oknami, a na ich miejscu zaczęto sadzić pierwsze, rachityczne drzewka. Miałem dziesięć lat, serce starego człowieka i jedyną parę porządnych butów, które dostałem na komunię. Wiedziałem, że najgorsze mam już za sobą, choć nie miałem pojęcia, że życie w „nowej Polsce” będzie wymagało zupełnie innego rodzaju siły niż ta, która pozwalała mi przeżyć wśród ruin Woli.
Kurz osiadł, ale w moich płucach i w mojej pamięci został na zawsze. Byłem Stefanem, dzieckiem Warszawy, która nie chciała umrzeć – i ja, tak samo jak ona, nauczyłem się trzymać pionu, mimo że fundamenty były popękane.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię