Klamka od portierni
Historia Jana, ur. 1934
Trzymałem ją w dłoni, a ona była zimna. Nie taka zwykła, metalowa chłodu, tylko głęboki, wilgotny chłód, który wchodził do kości. To była klamka od drzwi wejściowych na portiernię. Stałem tak może z minutę, patrząc na swoje palce owinięte wokół tego mosiężnego łuku. Za mną huczało miasto, a raczej ta jego część, która już się obudziła – turkot wozów konnych, dalekie terkotanie autobusu, głosy ludzi idących do pracy. A ja stałem i nie mogłem przekręcić tej klamki. Pierwszy dzień. Stała praca. Portier w Zakładach.
Wcześniej to były tylko dorywcze roboty. Przenosiło się skrzynie, liczyło worki, stało na mrozie przy jakimś płocie i pilnowało, żeby nikt nie wyniósł desek. Praca na godziny, za którą płacili, kiedy chcieli, i zawsze z duszą na ramieniu, że jutro może już nie być. A tu – stała posada. Z książeczką, z przepustką, z konkretnymi godzinami. Mój stary powiedział tylko: „Trzymaj się tego, jak tonący brzytwy”. I ja się trzymałem, tylko że teraz, przed tą drzwiami, nagle wszystko we mnie zastygło.
W końcu nacisnąłem. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem i wpuściły mnie do środka. Zapach uderzył od razu. Mieszanina starych drewnianych mebli pokrytych ciemnym lakierem, wilgotnej farby olejnej, dymu z papierosów i czegoś jeszcze – może proszku do podłóg, może stęchlizny z grzejników. Światło było przygaszone, padało z jednej żarówki pod abażurem na biurku. Za biurkiem siedział mężczyzna w takim samym, szaro-granatowym mundurze, jaki ja dostałem wczoraj. Podniósł głowę. Miał twarz pomarszczoną, jakby z drewna, i bardzo spokojne oczy.
– Janek? – zapytał, a głos miał niski, ochrypły od papierosów. – Tak, melduję się – powiedziałem, a słowa jakoś dziwnie mi się rozsypały. Chciałem coś dodać, ale tylko stanąłem na baczność, tak głupio. – Spokojnie, spokojnie. Nazywam się Witek. Będziesz ze mną przez ten miesiąc, póki nie ogarniesz. Zdejmij płaszcz, powieś tam.
Wskazał na wieszak obity ciemnym filcem. Zawiesiłem swój jesienny płaszcz, ten sam, który nosiłem do wszystkich dorywczych robót, i poczułem, jak bardzo jest wytarty przy jego nowym mundurze. Podeszłem do biurka. Leżała na nim gruba księga w szarej okładce, otwarta na środku. Kolumny: godzina, nazwisko, numer przepustki, cel wizyty, godzina wyjścia. Pismo Witka było drobne, kanciaste, ale równiutkie.
– To jest święta księga – powiedział Witek, klepiąc dłonią po okładce. – Tu się wszystko zapisuje. Każdy, kto wchodzi i wychodzi. Nie ma „znam pana”, nie ma „wczoraj pan był”. Ma być wpis. Jasne? – Jasne – przytaknąłem. – A to – ciągnął, otwierając szufladę – to są przepustki. Stałe i jednorazowe. Jak ktoś ma stałą, sprawdzasz zdjęcie, sprawdzasz nazwisko w ewidencji, które tu masz – pokazał drugą, mniejszą księgę – i wpuszczasz. Jak ma jednorazową, to musi mieć podpis kierownika wydziału, do którego idzie. I też wpis do księgi. I nie wpuszczasz nikogo bez.
Słuchałem, starałem się zapamiętać. Witek mówił powoli, metodycznie, jakby wygłaszał litanię. Potem wstał i pokazał mi całą portiernię. Była mała. Biurko, dwa krzesła, szafa na mundury, mały piecyk kaflowy w kącie, który ledwo grzał, i okno wychodzące na bramę wjazdową. Za oknem widać było już szarą taflę pierwszego budynku zakładu, z rzędami identycznych okien.
– Twoja robota – mówił Witek – to pilnować tego przejścia. Tu wchodzą tylko pracownicy biurowi i goście. Robotnicy idą od drugiej strony, przy hali. Ty masz spokojniej, ale musisz mieć oczy dookoła głowy. Bo czasem ktoś spróbuje wejść na skróty. Albo wyjść ze swoim. Rozumiesz?
Rozumiałem. Pilnować. Kontrolować. Nie przepuścić. To brzmiało prosto, ale czułem ciężar tej prostoty. To nie było jak pilnowanie desek. Tu szło o porządek, o system. O coś większego.
Pierwsze godziny minęły jak w jakimś śnie. Stałem przy oknie, a Witek siedział za biurkiem, poprawiał wpisy, czasem coś mruknął. Ludzie zaczęli przychodzić. Pukali, otwierali drzwi, pokazywali przepustki. Mężczyźni w płaszczach, kilku w mundurach podobnych do naszego, jedna kobieta w jasnym berecie. Witek kiwał głową, a ja starałem się zapamiętywać twarze. Niektóre były roztargnione, inne uśmiechnięte, jeszcze inne patrzyły gdzieś przez ciebie. Każdemu Witek mówił „dzień dobry”, każdemu sprawdzał przepustkę, choć pewnie większość znał na pamięć.
Potem Witek kazał mi usiąść za biurkiem. – Spróbuj sam. Ja będę stał z boku.
I znów to uczucie, że wszystko się ścina. Pierwszy samodzielny wpis. Mężczyzna w średnim wieku, wytarty granatowy płaszcz. Podaje przepustkę. Ręka mi drży, gdy biorę tę tekturową kartkę. Zdjęcie się zgadza. Szukam nazwiska w ewidencji. Litery skaczą mi przed oczami. W końcu znajduję. Kowalski. Stała przepustka, wydział transportu. – Proszę – mówię, oddając przepustkę. Głos mi się trochę załamał. – Dziękuję – mówi mężczyzna i uśmiecha się lekko, jakby wyczuł moje zdenerwowanie. Biorę pióro. Atramentowe, z metalową końcówką, ciężkie. Zanurzam w kałamarzu. Wpisuję godzinę, nazwisko, numer przepustki. Pismo mam nierówne, trochę pochyłe. Obok równych, kanciastych liter Witka moje wygląda jak bazgranina dziecka. Wstyd mi. – Nic się nie stało – mówi Witek spokojnie. – Nauczysz się. Ważne, żeby było czytelne.
Kolejni, kolejni. Z każdym było trochę lepiej. Ręka przestawała drżeć. Uczyłem się, żeby najpierw spojrzeć na twarz, potem na zdjęcie. Żeby nie gapić się za długo. Żeby mówić „dzień dobry” wyraźnie, ale bez przesady. To była dziwna nauka. Nie chodziło o żadną wielką sztukę, tylko o taki codzienny, drobiazgowy rytuał. O zwykłą ludzką uwagę.
W południe Witek wyjął z szafy dwa aluminiowe kubki i termos. – Herbaty się napijesz? – zapytał. – Dziękuję. Nalał gęstej, ciemnej herbaty do kubków. Zapachniało liściastą gorzkością i czymś jeszcze, może maliną. Siedzieliśmy w milczeniu. Przez okno wpadało blade, listopadowe światło. – Nie przejmuj się – powiedział nagle Witek, nie patrząc na mnie. – Wszyscy tak mieli na początku. Człowiek myśli, że to nic takiego, a tu nagle cały świat się zwęża do tej klamki i tej księgi. Ale to dobra robota. Spokojna. I potrzebna. Jak tu nikogo nie ma, to i porządku nie ma.
Spojrzałem na niego. Palce miał popękane, z wbitą głęboko czarną ziemią, której nie dało się zmyć. Pracował tu podobno od samego początku, od kiedy tylko postawili pierwsze baraki. – A pan… a ty długo już tu jesteś? – zapytałem. – Od samego początku – powiedział, tak jakbym zgadł. – Jak jeszcze tu trawa rosła i wiatr hulał. Teraz to już miasto w mieście.
Popijał herbatę małymi łykami. Cisza między nami nie była niezręczna. Była po prostu. Jak ten cały poranek – pełna skupienia, ale bez naprężenia.
Po południu przyszło coś, czego się nie spodziewałem. Młody chłopak, może niewiele starszy ode mnie, w skórzanej kurtce. Szybkim ruchem pokazał mi przepustkę, ale gdy sięgałem po nią, cofnął rękę. – Spieszę się, kolego – powiedział. – Znamy się, prawda? Wczoraj rozmawialiśmy. Nie rozmawialiśmy. Nigdy go nie widziałem. Spojrzałem na jego twarz – była gładka, uśmiechnięta, ale oczy biegały nerwowo. – Przepraszam, muszę sprawdzić – powiedziałem, a głos brzmiał dziwnie obco, twardo. – No weź, nie rób problemów – chłopak próbował wejść, lekko odsuwając mnie ramieniem. Wtedy zza moich pleców rozległ się głos Witka. Cichy, ale taki, który przecinał powietrze. – Panie Marku. Przepustkę proszę pokazać. I podpis kierownika. Chłopak zamarł. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Przez chwilę patrzył to na mnie, to na Witka. W końcu mruknął coś pod nosem, wyjął z kieszeni zmiętą jednorazówkę. Był na niej podpis. Witek skinął głową. Ja wpisałem go do księgi, ręką, która znowu drżała, ale tym razem z zupełnie innego powodu. – Proszę – powiedziałem. Chłopak wszedł, nie patrząc na nas. Gdy drzwi się zamknęły, odetchnąłem. Serce waliło mi jak młotem. – Widzisz? – Witek znów usiadł za biurkiem. – Zawsze się znajdzie taki, co myśli, że jest sprytniejszy. Ty musisz być spokojny. Jak się zdenerwujesz, to on już wygrał. Spokój i procedura. To twoja broń.
Zostało jeszcze parę godzin do końca zmiany. Słońce zaszło za hale, światło w portierni stało się żółte od żarówki. Ludzie wychodzili, żegnali się, życzyli dobrej nocy. Wpisy w księdze rosły. Moje pismo powoli, bardzo powoli, stawało się bardziej stanowcze, mniej niepewne.
Gdy wybiła godzina, Witek zamknął księgę, wstał i przeciągnął się. – No to koniec. Jutro to samo, o siódmej. Nie spóźnij się. – Nie spóźnię – obiecałem. Załóż płaszcz. Znów wziąłem do ręki tę klamkę. Teraz nie była już taka zimna. Albo to ja się przyzwyczaiłem. Przekręciłem, drzwi się otworzyły. Wieczorne powietrze było ostre, pachniało dymem i nadchodzącym mrozem. – Do zobaczenia, Witek – powiedziałem. – Do zobaczenia, Janku. Idź już, odpocznij.
Szedłem przez ciemniejące miasto. W kieszeni miałem swoją nową przepustkę, tę na stałe. Dotykałem jej co chwila, tekturowego rogu. W głowie wciąż kołowały mi twarze, numery, wpisy. I ta jedna scena z tym chłopakiem. Czuję jeszcze ten lekki nacisk jego ramienia na moje, ten uśmiech, który nie sięgał oczu.
Wszedłem do domu. W kuchni paliła się lampa, pachniało ziemniakami. Maria odwróciła się od kuchenki. – No jak? – zapytała. – Jak było? – Było – powiedziałem tylko. I usiadłem na krześle, nagle bardzo zmęczony. Ale to było dobre zmęczenie. Takie, po którym czuje się, że dzień nie poszedł na marne. Że coś się zrobiło. Że się jest w jakimś miejscu, które, choćby przez te osiem godzin, jest twoje. Wyjąłem przepustkę, położyłem na stole. Leżała tam, ta mała tekturowa kartka ze zdjęciem i pieczątką. Patrzyłem na nią i myślałem o tej zimnej klamce, o zapachu herbaty z termosu, o równych literach w szarej księdze. I wiedziałem, że jutro znów tam pójdę. I pojutrze. I że to już nie będzie ta sama, zimna klamka.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię