Makowiec
Historia Barbary, ur. 1956
Zaraz po śniadaniu, jeszcze w piżamie, zaserwowałam sobie kawę z mlekiem. Słońce wdzierało się przez okno, a ja czułam, jak przyjemnie grzeje. Nastał piękny, wiosenny dzień, idealny na pieczenie. Na osiedlu znów organizowaliśmy zawody w pieczeniu ciast. To była tradycja, która co roku zbierała w kuchni sąsiadów, a ja zawsze brałam w tym udział. W tym roku postanowiłam upiec mój znany makowiec. Czasami w taki sposób czuję, że mogę pokazać coś z siebie, coś, co zostaje w pamięci innych.
Zaczęłam od wyciągnięcia mojego starego zeszytu, w którym zapisywałam przepisy. Przewracałam kartki, a na każdej czekały na mnie plamy po mące i odrobiny masła. Zatrzymałam się przy przepisie na makowiec, wciąż pamiętałam, jak mama go piekła na święta, a ja kręciłam się wokół, podjadając surowe makowe nadzienie. W tym roku musiał być wyjątkowy, tak jak w tamtych czasach.
Zabrałam się za mak. Wcześniej namoczyłam go w wodzie, a teraz musiałam go zmielić. W moim małym młynku zapach maku unosił się w powietrzu, przypominając mi o dzieciństwie. Gdy tylko zmieliłam, dodałam miód, orzechy i skórkę cytrynową. Myślałam o tym, jak ten makowiec wypełni kuchnię zapachami, które przyciągną sąsiadów.
Masa była gotowa, a ja wzięłam się za ciasto. Użyłam starego przepisu, który zawsze wychodził. Gdy wyrabiałam ciasto, czułam, jak mięśnie rąk pracują, a w myślach snułam plany, kto przyjdzie, kto przyniesie swoje ciasto. Pomyślałam o Marii, która zawsze piekła wspaniałe serniki, a o Zofii, która znała wszystkie tajniki szarlotki. Każda z nas miała swój styl, ale też swoje sekrety.
Kiedy ciasto się piekło, w kuchni krążył zapach, który sprawiał, że było mi miło. Czekałam z niecierpliwością, aż będzie gotowe. Kiedy czas minął, otworzyłam piekarnik i mój makowiec wyglądał idealnie, ładnie się zrumienił. Zostawiłam go na chwilę w piekarniku, by się schłodził, a ja mogłam zająć się dekorowaniem.
Zrobiłam lukier z cukru pudru i cytryny, a potem delikatnie polałam nim ciasto. Gdy to robiłam, uśmiechnęłam się do siebie. Uwielbiałam ten moment, kiedy wszystko się zgrywało, a makowiec zaczynał wyglądać jak małe dzieło sztuki. Wyobrażałam sobie, jak sąsiedzi będą się delektować każdym kęsem.
W końcu przyszedł czas, żeby wszystko zapakować i ruszyć na spotkanie. Wzięłam mój makowiec, zawinęłam w ładny papier, a pokrywa koszyka była ozdobiona kwiatami, które zerwałam z ogrodu. Gdy zeszłam na dół, wzięłam głęboki oddech, bo nie mogłam się doczekać tej chwili – zobaczyć znajomych, wymienić przepisy, powspominać. Słońce wciąż świeciło, a powietrze było rześkie.
Na placu spotkałam się z innymi. Wszyscy przynieśli swoje wypieki, a ciasta układały się w kolorowe stosy. Były tam zgrabne babki, różnorodne szarlotki, serniki i ciasta drożdżowe. Lubiłam te wszystkie spotkania, bo nie tylko chodziło o przepisy, ale także o dzielenie się chwilami. Każda z nas niosła ze sobą cząstkę siebie.
Rozpoczęliśmy degustację. Chociaż mój makowiec był w środku, czułam ekscytację, gdy wszyscy go próbowali. Maria pierwsza wzięła kawałek i już po chwili wykrzyknęła: „Barbara, ty masz talent! Ten makowiec jest świetny!”. Uśmiech zagościł na mojej twarzy, a w sercu poczułam radość.
Zofia skomentowała, że może spróbuję dodać trochę mniej cukru, ale w całym tym zamieszaniu liczyła się ta atmosfera, nasze rozmowy, śmiechy i wspólne chwile. I mimo, że w pewnym momencie zaczęło padać, nikt się nie poddawał. Po prostu schowaliśmy się pod daszkiem i kontynuowaliśmy degustację, ciesząc się każdym kęsem.
Gdy wszyscy zaczęli się zbierać, usłyszałam od sąsiadów, że powinnam pomyśleć o upieczeniu kilku makowców na przyszły rok. To było miłe. Wróciłam do domu z ciepłymi wspomnieniami i z uśmiechem na twarzy. Położyłam się na kanapie, czując radość, że mogłam dzielić się tym, co kocham, z innymi. Makowiec to nie tylko ciasto – to kawałek, który łączy ludzi i wspomnienia. I znów nabrałam ochoty na pieczenie.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię