Działka
Historia Stefana, ur. 1945
Moja działka – to brzmi dumnie, ale dla kogoś z zewnątrz to był tylko kawałek ziemi otoczony siatką, z małą altanką i rządem krzywych jabłonek i śliw. Dla mnie jednak, Stefana, montera ze stoczni, te trzysta metrów kwadratowych na gdańskich Stogach było jedynym miejscem, gdzie naprawdę czułem się wolny. To była moja enklawa, mój poligon i mój gabinet psychoterapeutyczny w jednym.
Zanim jednak ziemia weszła mi pod paznokcie na stałe, był sport. W Warszawie, w tych powojennych latach, sportem było wszystko – uciekanie przed dozorcą, wspinanie się na ruiny, gra w „szczura”. Ale prawdziwa pasja przyszła w szkole średniej. Biegałem. Nic tak nie dawało poczucia wolności, jak ten moment, gdy płuca płonęły, a nogi niosły mnie coraz dalej od szarych bloków Woli. Brałem udział w biegach przełajowych, marząc o wielkich stadionach, choć moje „obuwie sportowe” to były zwykłe trampki, w których po miesiącu palce wychodziły na zewnątrz.
Kiedy trafiłem do Gdańska, biegać przestałem – stocznia wyciągała ze mnie tyle energii, że po szychcie marzyłem tylko o tym, by wyciągnąć nogi na taborecie. Ale sport został we mnie jako kibica. Wyjście na Lechię Gdańsk w latach 70. i 80. to było święto. Stało się na tych betonowych trybunach w tłumie spoconych facetów w ortalionach, przeklinało się sędziego i czuło się, że jesteśmy wspólnotą. Pamiętam mecz z Juventusem w 1983 roku – to było coś więcej niż sport, to była manifestacja, że istniejemy, że nie daliśmy się złamać.
Działkę dostałem w 1975 roku, krótko po tym, jak wprowadziliśmy się na Zaspę. Pracownicze Ogrody Działkowe (ROD) – to była wtedy religia. Każdy stoczniowiec marzył o swoim kawałku ziemi. Kiedy pierwszy raz wbili mi kołki wyznaczające moją parcelę, uklęknąłem i dotknąłem ziemi. Była marna, piaszczysta, pełna perzu i śmieci, ale była moja.
Przez całe lata 70. każdą wolną sobotę i niedzielę spędzałem tam. Halina początkowo marudziła, że „znowu tam idziesz”, ale szybko zrozumiała, że to tam Stefan staje się Stefanem, a nie „numerem ewidencyjnym z wydziału K-3”.
Altanka: Budowałem ją trzy lata. To był majstersztyk recyklingu. Okna dostałem z rozbiórki jakiegoś biura, deski przywiozłem rowerem ze stoczni (pocięte na kawałki, żeby nie rzucały się w oczy przy bramie), a dach pokryłem papą, którą „załatwiłem” od dekarzy za litr czystej. W środku było ciasno, pachniało naftaliną i starą gazetą, ale gdy usiadłem tam po skończonej pracy z kubkiem zimnej herbaty, czułem się jak dziedzic na włościach.
Moim oczkiem w głowie były pomidory. „Malinowe”, wielkie jak pięść, pachnące słońcem, a nie wodą, jak te dzisiejsze. Halina zajmowała się kwiatami – miała swoje ukochane piwonie i dalie, które zawsze stały w wazonie na naszym stole w bloku. Sadziliśmy też ziemniaki, porzeczki i agregat. W latach 80., kiedy w sklepach był tylko ocet, nasza działka nas żywiła. Robiliśmy weki, dżemy, kisiliśmy ogórki w wielkich kamionkowych garach. Działka nie była hobby – była naszą polisą ubezpieczeniową.
Kiedy w 1980 roku wyjechałem za granicę, do Niemiec Zachodnich, do pracy przy montażu konstrukcji stalowych (to była ta moja szansa na „lepsze jutro”), najbardziej brakowało mi... kontaktu z ziemią. Pieniądze były dobre, kupiłem tam nawet pierwsze porządne narzędzia ogrodnicze, o których w Polsce można było tylko pomarzyć, ale czułem się tam wyjałowiony. Niemcy mieli ogrody jak od linijki, sterylne, bez duszy. Ja tęskniłem do mojego krzywego płotu i do porannej rosy na liściach mojej jabłonki.
Pieniądze przywiezione z „zachodu” pozwoliły mi dopieścić moją działkę w latach 90. Postawiłem porządny płot, kupiłem kosiarkę (wcześniej wszystko ciąłem ręczną kosą, którą ojciec przywiózł mi kiedyś z centralnej Polski).
Z biegiem lat moje uprawy się zmieniały. Kiedy dzieci dorosły i wyprowadziły się z domu, przestałem sadzić tyle ziemniaków. Postawiłem na trawnik, żeby wnuki miały gdzie biegać. Ale te moje pomidory... ich nie oddałem nikomu. Nawet gdy kręgosłup zaczął odmawiać posłuszeństwa w latach 90., a ręce, te same, które spawały kadłuby statków, zaczęły drżeć, ja wciąż wychodziłem na moje 300 metrów kwadratowych.
Działka nauczyła mnie cierpliwości. W stoczni wszystko musiało być „na już”, pod plan, pod normę. Na działce to natura dyktowała warunki. Jeśli przyszedł przymrozek, traciłeś wszystko. To uczyło pokory, której system nie potrafił nas nauczyć.
Dziś, gdy patrzę na moją działkę z perspektywy całego życia, widzę, że to ona była moją kotwicą. Gdy w Warszawie sypały się ściany kamienic, gdy w Gdańsku leciały gazy łzawiące, gdy w 1980 roku byłem obcym człowiekiem w obcym kraju – zawsze miałem w głowie obraz tego małego skrawka ziemi na Stogach. Stefan, chłopak z gruzów, stał się Stefanem ogrodnikiem. I to jest chyba moje największe zwycięstwo nad szarością PRL-u.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię