0:000:00

Nożyczki Magdy w kuchni

Historia Teresy, ur. 1977

Pamiętam ten wieczór, bo zaczął się zwyczajnie, a potem ja jeszcze długo macałam się po karku, jakbym sprawdzała, czy to na pewno moje. Siedziałyśmy z Magdą w kuchni w naszym mieszkaniu w Starachowicach. Było spokojnie, tylko z pokoju Pawła co jakiś czas dochodziło przesunięcie krzesła albo szuflada, jak coś szukał. Na klatce ktoś trzaskał drzwiami, niosło się to po bloku, to echo takie, jak zawsze. W kuchni pachniało herbatą i mydłem, bo ja mam tak, że zanim cokolwiek przy włosach, to ręce muszą być umyte. Głupie, ale muszą.

Magda popatrzyła na mnie i mówi: „Mamo, ja ci to zrobię. Siadaj.”

A ja od razu: nie. Znaczy nie powiedziałam „nie”, tylko mi się w środku zrobiło twardo. Bo ja ją znam. Ona po technikum w Kielcach poszła na fryzjerkę, rękę ma dobrą, to fakt, ale… to jest moja głowa. I ja całe życie miałam tak, że jak coś ma być porządnie, to ja muszę wiedzieć, co się dzieje. Nawet przy sprzątaniu, gdzie człowiek myśli, że to prosta robota, ja sobie wszystko układałam: tu najpierw, tam potem, co na mokro, co na sucho. A tu mam usiąść i dać jej robić, jak chce. I jeszcze nie widzieć.

Włosy miałam wtedy takie nijakie. W lustrze to widać, tylko człowiek udaje, że nie widzi. Końcówki suche, kolor bez życia, bo raz mi się chciało farbować, raz nie, a jak już, to wychodziło różnie. Najczęściej wiązałam gumką i tyle. W pracy wygodniej, w domu też. Magda patrzyła na to i w końcu rzuciła: „Mamo, ty się chowasz za tymi włosami.”

Ugryzłam się w język. Bo mi się od razu zebrało: co ona wie, za czym ja się chowam. Ale nie chciałam zaczynać kłótni o włosy, naprawdę.

Rozłożyła na krześle ręcznik, taki stary, co go szkoda wyrzucić, i przestawiła krzesło bliżej lampy. Mamy w kuchni takie światło ostre, białe, do czytania może nie, ale do roboty dobre. Powiedziała: „Siadaj tyłem.”

Ja próbowałam żartować, że jak mi zrobi schody, to będę chodziła w czapce. Zaśmiała się krótko i już. Ona jak się bierze do czegoś, to się robi cicha i konkretna. To po mnie.

Wzięła spryskiwacz z wodą i zaczęła mi zwilżać włosy. Zimne kropelki, aż mnie ciarki przeszły. Czułam zapach szamponu, bo włosy były świeżo umyte, i ręcznik pachniał proszkiem, takim zwykłym, domowym. I niby było mi jakoś… no, spokojniej, ale siedziałam sztywno. Ramiona podniesione, jakbym się miała bronić.

Magda to zauważyła. „Mamo, oddychaj. Nic ci nie zrobię.”

Powiedziała to tak normalnie, a mnie ścisnęło w gardle. Bo to nie było jak do klientki. Tylko do mnie. Do tej, co zawsze ma być twarda. Chciałam odpowiedzieć normalnie, a wyszło: „No wiem.”

Najpierw grzebień, rozczesywała szybko, ale delikatnie. Potem wzięła nożyczki. Usłyszałam to ich ciche „klik” i serce mi przyspieszyło. Śmieszne, bo ja się w życiu niejednym skaleczyłam, igły, noże, różne rzeczy, a tu nożyczki przy uchu i od razu człowiek czujny.

Pierwsze cięcie pamiętam. Włos spadł mi na kark i mnie połaskotał. I od razu poczułam, że jest lżej. Tak fizycznie. Tylko zaraz przyszło: a jak będzie brzydko. I ja się na tym złapałam, że ja zawsze pierwsze mam „a jak źle”, a „a jak dobrze” to jakoś… no nie przychodzi.

Magda pracowała pewnie. Co chwilę: „Trochę w lewo.” „Nie ruszaj się.” „Głowa prosto.”

A ja się starałam, ale mnie nosiło, bo chciałam widzieć. Raz już prawie się odwróciłam, a ona położyła mi dłoń na czubku głowy, spokojnie, bez nerwów. „Zaufaj mi.”

Łzy mi stanęły w oczach, takie z napięcia. Popatrzyłam na blat, żeby nie widziała. Na blacie był kubek po herbacie, łyżeczka, deska do krojenia i ten bałaganek kuchenny: rachunek, ulotka, długopis. Ja czasem patrzę na takie rzeczy i myślę, że człowiek całe życie coś odkłada „na chwilę”, a potem to leży tygodniami. I teraz też leżało, a moja córka stała za mną z nożyczkami i robiła mi fryzurę w kuchni, jakby to było najzwyklejsze.

W pewnym momencie powiedziała: „Teraz najważniejsze.”

Ja od razu: „Co najważniejsze?”

A ona: „Kark.”

Zaśmiałam się nerwowo, bo ja mam z karkiem swoje skojarzenia, że przewieje, że potem człowiek chodzi sztywny. A ona mi tam zaczęła robić równo, centymetr po centymetrze, i ja poczułam, jak powietrze dotyka skóry. Dziwne uczucie. Przyjemne, ale ja się trochę wstydziłam, że mi przyjemnie, jakby to było jakieś fanaberie.

Co chwilę odsuwała się i patrzyła, mrużyła oczy, jak mierzyła. Znam to u niej. I wtedy mnie uderzyło, że ona jest dorosła. Nie ta mała Magda, co biegała po kuchni, tylko kobieta, co ma fach i wie, co robi. I ja sobie przypomniałam, jak ją wypuszczałam do Kielc do technikum, jak się martwiłam, czy sobie poradzi. A tu ona stoi i mówi: „Mamo, ja wiem, co robię.”

Potem przyniosła małe lusterko. „Zobacz z tyłu.”

Ustawiła drugie, żebym widziała. I ja patrzę na tył głowy, na kark, na tę linię, i widzę, że jest schludnie. Równo. Porządnie. I mnie zaskoczyło, że ja mogę wyglądać, no… jak ktoś, kto o siebie zadbał, chociaż siedzę w kuchni w domowej bluzie, z ręcznikiem na ramionach.

I od razu, automatycznie, palnęłam: „Za krótko.”

Nawet nie wiem po co. Taki odruch.

Magda westchnęła, ale spokojnie. „Mamo, nie jest za krótko. Ty się przyzwyczaiłaś do chowania się.”

To mnie ukłuło. Złość mi weszła, taka mała, ale ostra. Już miałam powiedzieć, że ona nie wie, jak to jest, jak człowiek jest zmęczony, jak się wszystko ogarnia, jak się nie ma czasu na takie rzeczy. Już mi to stało na języku.

A ona dodała ciszej: „Ja cię chcę widzieć.”

I tyle. I ja nie powiedziałam nic, bo mi przeszło. Nie od razu, ale przeszło. Siedziałam i tylko przełknęłam ślinę, bo nagle zrobiło mi się miękko w środku, aż mnie to zdenerwowało.

Jeszcze chwilę dopracowywała. Takie drobne cięcia, prawie nic, a słychać było: ciach, ciach. Zdmuchnęła mi włoski z karku i mnie to połaskotało, aż się wzdrygnęłam. Ona się roześmiała już normalnie. „No, jednak reagujesz.”

Ja też się zaśmiałam, cicho.

Zdjęła ręcznik i zobaczyłam, ile włosów na nim leży. Taka kupka. Przez moment zrobiło mi się żal, sama nie wiem czego. Dotknęłam tych obciętych włosów, mokre były, chłodne. Pomyślałam tylko, że ja to wszystko nosiłam na sobie i nawet nie myślałam, czy mi wygodnie.

Magda kazała mi wstać i podejść do większego lustra w przedpokoju. Poszłam, a ona za mną, jeszcze z nożyczkami w ręku, jakby to była łyżka do zupy. W przedpokoju było chłodniej i od razu poczułam to na karku. Stanęłam przed lustrem i spojrzałam sobie w twarz. Włosy układały się inaczej, odsłaniały policzki i szyję. Zobaczyłam swoje oczy tak wyraźnie, że aż mi było niezręcznie.

Pierwsze, co mi przyszło, to: „To nie ja.”

A zaraz potem, już ciszej, bardziej do siebie: „No… ja. Tylko inaczej.”

Stałam i patrzyłam, nie wiedząc, co powiedzieć. Magda obok, czekała, nie naciskała.

W końcu powiedziałam: „Ładnie.”

I to słowo mi jakoś nie pasowało do ust, bo ja częściej mówię „czysto”, „porządnie”, „może być”. A tu „ładnie”. Poczułam, że mi policzki robią się ciepłe. Magda tylko kiwnęła głową, jakby to było oczywiste. I wtedy ją przytuliłam. Normalnie, mocno. Pachniała jakimś kosmetykiem i swoim szamponem. Ona mnie też objęła i postałyśmy tak chwilę w ciszy, a na klatce znowu ktoś trzasnął drzwiami.

Wróciłyśmy do kuchni. Ona sprzątała włosy z podłogi, a ja siedziałam i co chwilę dotykałam karku. Nowe to było, i trochę mnie to drażniło, bo ja nie lubię nowości na sobie. I od razu mi przyszło do głowy, co powie Andrzej, co powiedzą w pracy, czy ktoś nie skomentuje. Ja zawsze mam w głowie cudze gadanie. Ale wtedy w tej kuchni ważniejsze było, że Magda patrzyła na mnie spokojnie, bez oceniania.

Chodziłam potem jeszcze po mieszkaniu i łapałam się na tym, że inaczej obracam głowę. Jakby mi coś ubyło i człowiek nie wie, gdzie to było. A Magda, zanim poszła, stanęła w drzwiach kuchni i powiedziała: „Jak będziesz chciała, następnym razem zrobimy jeszcze lepiej.”

I ja już nie weszłam jej w słowo. Tylko spojrzałam na nią i kiwnęłam głową.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię