0:000:00

Zagranica

Historia Stefana, ur. 1945

Wyjazd w 1980 roku był dla mnie jak skok na głęboką wodę bez pewności, czy potrafię pływać w słonej wodzie kapitalizmu. W stoczni mówiło się o takich wyjazdach w kategoriach wygranej na loterii. „Stefan, ty to masz fuksa” – klepali mnie po plecach koledzy z brygady, kiedy przyszedł pozytywny dokument z „Centromoru”. Miałem jechać na kontrakt do Republiki Federalnej Niemiec, do Bremy, montować konstrukcje w jednej z tamtejszych stoczni.

Kiedy pociąg ruszał z Dworca Głównego w Gdańsku, czułem w żołądku dziwny ucisk. Zostawiałem Halinę z dwójką dzieci w kraju, który aż wrzał od strajków i niepokoju. Był lipiec 1980 roku. W Polsce zaczynało brakować mięsa, a ja jechałem tam, gdzie podobno szynka zwisała z sufitów w każdym sklepie.

Przekroczenie granicy w rzutu oka było surrealistyczne. Po naszej stronie: szarość, mundury, karabiny i to wieczne „czego tu szukacie?”. Po tamtej: neony, czyste autostrady i kolory, które aż kłuły w oczy kogoś, kto wychował się wśród warszawskiego gruzu i gdańskiego betonu. Kiedy wysiadłem w Bremie, poczułem się mały. Ja, doświadczony mistrz ze Stoczni Gdańskiej, stałem z moją cerowaną walizką i patrzyłem na świat, który wyglądał jak z zachodniego katalogu przemyconego przez marynarzy.

Niemcy przyjęli nas profesjonalnie, ale chłodno. Dla nich byliśmy tanią, wykwalifikowaną siłą roboczą ze Wschodu. Moja duma fachowca ucierpiała już pierwszego dnia. Niemiecki majster, człowiek o nazwisku Bauer, patrzył na moje dłonie i narzędzia, jakby widział relikty z poprzedniej epoki. Ale kiedy wziąłem do ręki palnik i położyłem pierwszą spoinę, Bauer tylko mruknął „Gut” i odszedł. To było moje pierwsze zwycięstwo. Fachowość nie miała paszportu.

Pracowaliśmy ciężko. To nie był stoczniowy rytm, gdzie zawsze znalazł się czas na „fajrant” w kąciku socjalnym. Tam każda minuta była przeliczana na marki. Moje dni wyglądały identycznie: hotel robotniczy, praca, szybki posiłek, nauka podstawowych niemieckich słówek z rozmówek i sen. Wszystko po to, by odłożyć każdy fenig.

Pierwsza wizyta w niemieckim supermarkecie była dla mnie traumą. Stałem przed półką z jogurtami i chciało mi się płakać. Nie dlatego, że było ich tak dużo, ale dlatego, że w tym samym czasie moja Halina stała w kilkugodzinnej kolejce po kostkę masła. Czułem potworne poczucie winy. Każdy kęs dobrego jedzenia smakował mi popiołem, bo nie mogłem się nim podzielić z dziećmi.

Wieczory w hotelu były najgorsze. Siedzieliśmy z chłopakami z Polski, piliśmy najtańsze niemieckie piwo i liczyliśmy dni do powrotu. Telefony do domu były rzadkością i kosztowały majątek. Pisałem listy – długie, opisywałem w nich każdy szczegół, ale nie pisałem o tym, jak bardzo się boję, że kiedy wrócę, moje dzieci będą już innymi ludźmi.

Pod koniec sierpnia 1980 roku świat w Bremie oszalał. Na pierwszych stronach gazet pojawiły się zdjęcia z mojej stoczni. Napis „Solidarność” był wszędzie. Koledzy z pracy, Niemcy, podchodzili do nas, gratulowali, klepali po plecach. Przynosili nam jedzenie, gazety, pytali: „Stefan, co tam się u was dzieje?”.

A ja? Ja umierałem ze strachu. Byłem rozdarty. Z jednej strony czułem niesamowitą dumę, że to moi kumple z wydziału zmieniają historię, a z drugiej – czułem się jak dezerter. Siedziałem w bezpiecznym RFN-ie, zarabiałem marki, podczas gdy oni ryzykowali wszystko. To był moment, w którym pieniądze przestały cieszyć. Chciałem rzucić wszystko i wracać, ale kontrakt był twardy. Musiałem zostać, żeby wysłać do domu paczki z kawą, proszkiem do prania i słodyczami.

Moje życie w Bremie stało się misją logistyczną. Każda marka, której nie wydałem na siebie, zamieniała się w towar. Kupowałem ubrania dla Tomka i Ewy, witaminy, buty. Pamiętam, jak słałem pierwszą paczkę. Obklejałem ją taśmą tak mocno, jakbym chciał w niej zamknąć kawałek siebie.

Kiedy dostawałem listy zwrotne, w których Halina pisała, że dzieci skaczą z radości na widok czekolady, czułem krótką chwilę ulgi. Ale potem przychodziła noc i znowu byłem Stefanem z numerem 45, obcym w lśniącym mieście, który marzy o powrocie na swoją zakurzoną działkę na Stogach.

Wróciłem w 1981 roku, krótko przed stanem wojennym. Przywiozłem ze sobą kolorowy telewizor, wieżę stereo i oszczędności, które w Polsce czyniły mnie człowiekiem majętnym. Ale kiedy wszedłem do mieszkania na Zaspie i zobaczyłem zmęczone oczy Haliny, zrozumiałem, że żadne marki nie wynagrodzą roku nieobecności.

Ten wyjazd mnie zmienił. Zobaczyłem, że świat może wyglądać inaczej, że praca może być szanowana i dobrze płatna, ale zrozumiałem też coś ważniejszego. Ja, Stefan, urodzony w gruzach Warszawy, zahartowany w gdańskiej stali, nigdy nie będę „obywatelem świata”. Moje miejsce było tam, gdzie ludzie wiedzieli, co to znaczy dzielić się jedną pomarańczą na czworo.

Wyjazd w 1980 roku był moim „amerykańskim snem” zrealizowanym w Niemczech, ale po przebudzeniu najbardziej doceniłem to, że znów mogę pójść na swoją działkę, usiąść w mojej krzywej altance i bez lęku patrzeć w polskie niebo, nawet jeśli znów zaczynało się nad nim chmurzyć.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię