Dorosłość
Historia Stefana, ur. 1945
Wojsko zabrało mi dwa lata, ale oddało mnie światu jesienią 1963 roku jako kogoś zupełnie innego. Kiedy zdjąłem sztywny, drapiący mundur i założyłem cywilną marynarkę, czułem się tak lekko, jakbym mógł unieść się nad chodnikami Marszałkowskiej. Miałem osiemnaście lat z hakiem, bilet wojskowy w kieszeni i potworną, nienasyconą głód życia. To był początek czasu, w którym towarzystwo, muzyka i dym papierosowy znaczyły więcej niż chleb.
Powrót do Warszawy po armii to było wejście w inny wymiar. Miasto tętniło. Moim matecznikiem stały się okolice Nowego Światu i kawiarnia „Mozaika”. To tam, przy małej czarnej, którą piło się godzinami, żeby nie zajmować stolika, toczyły się najważniejsze debaty. Nie o polityce – o niej mówiło się półgębkiem – ale o tym, kto ma nową płytę Beatlesów, albo gdzie rzucili ortalionowe płaszcze.
Moje życie towarzyskie w tamtym czasie to był taniec na linie. Pieniędzy zawsze było za mało, ale fantazji aż nadto. Pamiętam nasze wypady do „Adrii”. Żeby wejść, trzeba było mieć krawat i odpowiednią minę. Portier, pan o spojrzeniu bazyliszka, oceniał człowieka w ułamku sekundy. Jak już się weszło, świat stawał się kolorowy. Orkiestra grała swinga, a potem pierwsze polskie big-beaty. Czułem się wtedy jak król życia, choć rano musiałem wstawać do pracy, o której opowiem ci później.
W 1964 roku los rzucił mnie do Gdańska. Warszawa została w sercu, ale to Trójmiasto dało mi prawdziwy towarzyski oddech. Tam życie smakowało inaczej – słono i zachodnio. W Sopocie, w „Non-Stopie”, pod gołym niebem, odkryłem, co to znaczy prawdziwe szaleństwo. Głośniki ryczały, kurz unosił się spod nóg tańczących par, a ja, Stefan z warszawskiej Woli, czułem, że tu bije serce czegoś nowego.
To w Gdańsku, w klubie „Rudy Kot”, poznałem ludzi, którzy nie bali się marzyć. Piliśmy wódkę „z czerwoną kartką”, zagryzając śledziem w oleju, i wierzyliśmy, że świat należy do nas. Dziewczyny w mini-spódniczkach, z natapirowanymi włosami, wyglądały jak z paryskich żurnali, choć swoje kreacje szyły same z materiałów kupowanych na metry w „Textilu”. Moim najlepszym kompanem był wtedy Jurek – facet, który potrafił załatwić wszystko: od zagranicznych papierosów po wejściówki na festiwal w Sopocie.
Lata 70. przyniosły gierkowską iluzję dobrobytu. Wtedy nasze życie towarzyskie przeniosło się z lokali do mieszkań w blokach z wielkiej płyty. „Prywatka” – to słowo do dziś wywołuje u mnie dreszcz. Zasłonięte okna, adapter „Bambino” katujący płyty Czerwonych Gitar czy Abby, i stół uginający się od sałatki jarzynowej z majonezem.
To na tych prywatkach działo się prawdziwe życie. W kuchniach, przy oparach mocnej herbaty w szklankach z koszyczkiem, toczyliśmy spory o sens istnienia i o to, czy uda się dostać paszport na wycieczkę do Bułgarii. Byłem wtedy w samym centrum tego wiru. Stałem się mistrzem anegdoty, człowiekiem, który zawsze wiedział, gdzie jest najlepsza zabawa. Ale pod tą warstwą śmiechu zawsze czaił się cień – ten sam, który widziałem w oczach ojca. Wiedzieliśmy, że to wszystko jest kruche, zbudowane na pożyczonym czasie i pożyczonych pieniądzach.
Potem przyszedł rok 1980. Towarzyskość nabrała innego, gęstszego charakteru. To nie były już tylko tańce. Spotykaliśmy się, żeby przepisywać ulotki, żeby słuchać radia, którego zagłuszarki nie mogły uciszyć. Pamiętam te wieczory, gdy w dziesięć osób siedzieliśmy w jednym pokoju, pijąc lurę zamiast kawy, i czuliśmy taką jedność, jakiej nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem.
Stan wojenny w 1981 roku brutalnie przeciął tę tkankę. Godzina policyjna zabiła nocne życie. Moje życie towarzyskie stało się konspiracyjne. Pukanie do drzwi o dwudziestej pierwszej budziło lęk, zamiast radości. Ale i wtedy nie daliśmy się złamać. Pamiętam sylwestra 1982 – nikt nie mógł wyjść z domu, więc u sąsiada na piętrze siedzieliśmy od osiemnastej do rana, śpiąc pokotem na podłodze, byle tylko nie być samemu.
Gdy w 1985 roku patrzyłem w lustro, widziałem czterdziestolatka z pierwszymi siwymi włosami i zmarszczkami od śmiechu (i od papierosów). Moje życie towarzyskie między 1963 a 1985 rokiem to była długa droga od naiwnego zachwytu chłopaka po wojsku, przez gdańskie szaleństwa, aż po gorzką dojrzałość lat osiemdziesiątych.
Nauczyliśmy się jednej, najważniejszej rzeczy: w tym szarym systemie jedynym prawdziwym majątkiem byli ludzie. Nie meblościanka na wysoki połysk, nie talon na Malucha, ale ci wszyscy wariaci, z którymi przetańczyłem noce w „Adrii” i z którymi dzieliłem ostatnią paczkę „Radomskich” pod blokiem w mroźną noc stanu wojennego.
W 1985 roku wiedziałem już, że tamta beztroska młodość odeszła bezpowrotnie, ale wciąż miałem w sobie ten warszawski sznyt – umiejętność przetrwania każdej burzy z podniesioną głową i żartem na ustach. A przed nami był jeszcze Gdańsk, praca w stoczni i wielki wyjazd, który miał zmienić wszystko... ale o pracy i o tym, jak budowałem naszą stabilizację, opowiem ci w następnej części.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię