Ulubione filmy
Historia Stefana, ur. 1945
Kiedy myślę o kinie, widzę ciemną salę kina „Moskwa” w Warszawie albo gdańskiego „Leningradu”, czuję zapach starych foteli i słyszę ten charakterystyczny terkot projektora. Dla mojego pokolenia kino nie było tylko rozrywką – to było okno, przez które podglądaliśmy świat, jakiego nam odmawiano, albo przeglądaliśmy się w nim jak w lustrze, szukając prawdy o sobie.
Moja pierwsza wielka fascynacja to lata pięćdziesiąte. Wtedy w kinach rządzili twardziele, ale tacy z duszą na ramieniu. Moim absolutnym idolem był Zbigniew Cybulski. Kiedy zobaczyłem go w „Popiele i diamencie” Wajdy, coś we mnie pękło. On był nami – chłopakami z powojennych gruzów, którzy nosili ciemne okulary nie dla szpanu, ale żeby ukryć strach albo niewyspanie. Ten jego sposób bycia, ta nerwowość, zapalanie kieliszków spirytusu na barze... To była nasza liturgia. Cybulski był polskim Jamesem Deanem, tylko z polskim, tragiczny bagażem.
Jeśli chodzi o kobiety, to w tamtych latach królowała Lucyna Winnicka. Jej twarz w „Pociągu” Kawalerowicza – tajemnicza, trochę smutna, wyniosła – była ucieleśnieniem kobiecości, której my, podwórkowe wyrostki, kompletnie nie rozumieliśmy, ale którą podziwialiśmy z daleka. „Pociąg” to do dziś jeden z moich ulubionych filmów. Ta duszna atmosfera, ten rytm kół... to było jak metafora naszego życia w PRL-u: wszyscy dokądś jedziemy, stłoczeni w ciasnych przedziałach, a nikt tak naprawdę nie wie, kim jest pasażer obok.
W latach sześćdziesiątych, kiedy już zacząłem zarabiać własne pieniądze, kino stało się moją pasją. Pamiętam, jak stałem w gigantycznej kolejce po bilety na „Siedmiu wspaniałych”. To był dla nas szok. Amerykański etos, rewolwerowcy, honor – to było coś, co chłonęliśmy jak gąbka. Ale zaraz potem szliśmy na filmy polskiej szkoły filmowej.
Fascynował mnie Daniel Olbrychski. W „Wszystko na sprzedaż” był godnym następcą Cybulskiego, ale w „Potopie” jako Kmicic stał się bohaterem narodowym. Pamiętam, że cała stocznia o tym dyskutowała – czy Olbrychski udźwignie rolę, czy nie jest za młody? Kiedy film wszedł na ekrany, oglądałem go trzy razy pod rząd. To była duma, że potrafimy zrobić kino z takim rozmachem, mimo biedy dokoła.
Z aktorek tamtego czasu kochałem się – jak chyba każdy – w Beacie Tyszkiewicz. Miała w sobie coś arystokratycznego, co zupełnie nie pasowało do socjalistycznej rzeczywistości. Kiedy pojawiała się na ekranie w „Lalce” jako Izabela Łęcka, zapominałem o tym, że rano muszę wstać do pracy przy kadłubie statku. Była symbolem świata, który przeminął, a za którym podświadomie tęskniliśmy.
Kiedy osiadłem w Gdańsku, kino zaczęło mówić o nas, robotnikach, i o tym, co nas boli. Najważniejszym filmem tamtej dekady był dla mnie bez wątpienia „Człowiek z marmuru”. Kiedy oglądałem historię Mateusza Birkuta, czułem, jakby ktoś opowiadał o moich kolegach ze stoczni. Wajda pokazał prawdę o tym, jak system niszczy człowieka, a Krystyna Janda w roli Agnieszki... Boże, co to była za energia! Ta jej determinacja, to bieganie po korytarzach w dżinsowej katanie – to była nowoczesna kobieta, której się trochę baliśmy, ale którą szanowaliśmy za odwagę.
Wtedy też objawił się talent Jerzego Stuhra. Jego rola w „Wodzireju” Feliksa Falka pokazała nam mechanizmy karierowiczostwa, które widzieliśmy na co dzień w radach zakładowych. Stuhr miał tę niesamowitą zdolność grania ludzi „zwyczajnie podłych”, w których każdy z nas mógł odnaleźć cząstkę siebie.
Lata osiemdziesiąte to był czas wielkiego smutku, ale i wielkiego śmiechu przez łzy. Nic tak nie podnosiło nas na duchu w stanie wojennym jak „Seksmisja” Machulskiego. Cała sala kinowa ryczała ze śmiechu, gdy Stuhr mówił „Ciemność, widzę ciemność”, a my doskonale wiedzieliśmy, że to nie jest tylko film o przyszłości, ale o naszym tu i teraz.
Jeśli chodzi o kino światowe, to moim „filmem życia” stał się „Ojciec Chrzestny”. Marlon Brando i Al Pacino stworzyli coś, co wykraczało poza ramy kryminału. To była opowieść o rodzinie, o lojalności i o tym, jak władza korumpuje duszę. Oglądaliśmy to na wideo, na zdartych kasetach VHS, które krążyły po bloku jak zakazana literatura.
Pod koniec wieku, w latach dziwięćdziesiatych, zachwycił mnie Janusz Gajos. Dla mnie to najwybitniejszy polski aktor. Od Janka z „Czterech pancernych”, którego kochałem jako dziecko, po genialnego, zniszczonego przez życie cenzora w „Ucieczce z kina Wolność”. Gajos ma w twarzy całą historię Polski – jest w nim i ten nasz chłopski upór, i inteligencka melancholia.
Moja prywatna lista przebojów: „Popiół i diament” – za Cybulskiego i za to, że pokazał naszą beznadziejną walkę.
„Nóż w wodzie” Polańskiego – za ten klimat niepokoju i za to, że Polak potrafił zrobić kino światowe.
„Człowiek z żelaza” – bo widziałem w nim moją stocznię i moje życie w 1980 roku.
„Casablanca” – bo jestem niepoprawnym romantykiem i Humphrey Bogart uczył mnie, jak być mężczyzną w trudnych czasach.
Z aktorek zagranicznych zawsze podziwiałem Meryl Streep – za to, że potrafi być każdą kobietą na świecie, oraz Ingrid Bergman za jej szlachetność.
Kino dało mi to, czego nie mogła dać mi szkoła ani praca – wrażliwość na detale. Nauczyło mnie, że życie to nie tylko prosta linia od narodzin do śmierci, ale montaż scen, z których niektóre są czarno-białe i smutne, a inne kolorowe i pełne nadziei. Nawet dziś, gdy oglądam stary film z lat sześćdziesiątych, czuję się znów tym młodym Stefanem, który wierzył, że wszystko jest jeszcze przed nim.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię