Fucha w stoczni
Historia Stefana, ur. 1945
To było latem 1972 roku. W stoczni panował wtedy kult „załatwiania”. Oficjalnie wszystko było państwowe, ale nieoficjalnie każdy wiedział, że jak potrzebujesz rury, elektrody albo kawałka blachy kwasoodpornej, to nie idziesz do sklepu (bo tam i tak nic nie było), tylko do zaufanego fachowca. Moja pierwsza fuszka to nie była jakaś drobnostka – miałem zespawać konstrukcję pod szklarnię dla jednego „badylarza” spod Gdańska.
Problem polegał na tym, że materiał – solidne stalowe kątowniki – znajdował się na terenie stoczni, a szklarnia miała stanąć dwadzieścia kilometrów dalej. Moim wspólnikiem był Edek, stary wyga z wydziału, który potrafiłby wynieść w kieszeniach części do całego holownika, gdyby mu tylko dać czas.
„Stefan, słuchaj uważnie” – szepnął Edek przy maszynie do kawy. „Wywrotka z gruzem wyjeżdża o czwartej rano. Kątowniki są już pod stertą śmieci przy bramie północnej. Twoja robota to dopilnować, żeby nikt nie zaglądał pod spód, jak będziemy to ładować”.
Całą noc nie spałem. Czułem się jak pospolity złodziej, ale w tamtych czasach mówiło się, że to nie kradzież, tylko „wyrównywanie strat społecznych”. Kiedy o czwartej rano podjechaliśmy ciężarówką, ręce mi drżały. Każdy chrzęst żwiru pod kołami brzmiał jak syrena alarmowa. Załadowaliśmy stal w pięć minut, przysypując ją starymi płytami pilśniowymi i gruzem. Strażnik przy bramie, pan Władek, nawet nie wstał z budki. Dostał od Edka „pół litra” i paczkę zagranicznych papierosów. Machnął ręką i szlaban poszedł w górę.
Fuszka odbywała się na terenie prywatnego gospodarstwa. Badylarz, pan Kazimierz, był człowiekiem o grubym karku i jeszcze grubszym portfelu. Obiecał nam za tę robotę tyle, ile zarabiałem w stoczni przez trzy miesiące.
Pracowaliśmy po szychcie. Jechaliśmy tam moim starym motocyklem, objuczeni narzędziami. Spawarka, którą Edek „pożyczył” z zakładu, była ciężka jak nieszczęście i buczała tak głośno, że baliśmy się, czy milicja z drogi głównej jej nie usłyszy.
Najgorsze przyszło drugiego dnia. Musiałem spawać konstrukcję dachu, stojąc na rozchwianej drabinie. Było potwornie gorąco, a pot zalewał mi oczy pod maską spawalniczą. W pewnym momencie, gdy kładłem spoinę na samym szczycie, drabina podjechała na piaszczystym podłożu. Poczułem, jak grunt ucieka mi spod nóg.
Leciałem w dół razem z włączoną spawarką i rozżarzonymi elektrodami. Cudem zahaczyłem nogawką o wystający pręt konstrukcji. Zawisłem głową w dół, a spawarka, która spadła na ziemię, wywołała krótkie spięcie. Snop iskier poleciał prosto na składowane obok worki z nawozem sztucznym.
„Edek, gaś!” – wrzasnąłem, choć krew uderzała mi do głowy tak mocno, że ledwo widziałem. Edek, zamiast ratować mnie, rzucił się z wiadrem wody na iskrzące worki. Zapomniał tylko o jednym: woda i prąd to złe połączenie. Walnęło go tak, że odrzuciło go na dwa metry.
Na szczęście Kazimierz, właściciel, zachował przytomność umysłu. Wyłączył bezpieczniki w całym gospodarstwie. Zapanowała nagła, dzwoniąca w uszach cisza. Wisiałem tam, dyndając jak upolowany zając, dopóki mnie nie zdjęli.
Mimo tego incydentu, szklarnię skończyliśmy. Stała prosto, spoiny były solidne – stoczniowa szkoła. Kiedy Kazimierz wypłacał nam pieniądze, wyciągnął gruby plik banknotów z wizerunkiem Waryńskiego. Czułem się, jakbym dotykał skarbów Sezamu.
W drodze powrotnej Edek, wciąż trochę oszołomiony po „kopnięciu” prądem, powiedział: „Wiesz Stefan, w stoczni to nas pilnują, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobili. Na fuszce pilnuje cię tylko twój własny anioł stróż. Ale on też ma swoje nadgodziny”.
Kupiłem wtedy Halinie pierwszy porządny robot kuchenny, a dla siebie – nowe opony do motocykla. Ta fuszka nauczyła mnie, że praca na własny rachunek smakuje inaczej, ale też, że w tym systemie, jeśli chcesz mieć coś więcej niż tylko przydziałową kawę, musisz ryzykować. To był mój pierwszy krok w stronę bycia „zaradnym”, co bardzo przydało mi się później, gdy w latach 80. stoczniowa pensja starczała jedynie na waciki.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię