Scyzoryk
Historia Jana, ur. 1934
Leżało na stole, na tej wyblakłej ceracie w zielone kwiatki. Nie było pudełka, tylko te płaskie, szare tekturowe arkusze, z których wystawały delikatne kształty odciśnięte w drzewie. Pachniało trocinami i klejem stolarskim, ale tego kleju jeszcze nie otworzyłem. Pachniało zupełnie inaczej niż wszystko w naszym mieszkaniu. Stałem i patrzyłem, a palce same mi się wyciągnęły, żeby dotknąć tej powierzchni. Była chropowata, ziarnista, a pod opuszkiem czułem każdą żyłkę drewna. To był samolot. Mały, taki dwupłatowiec. Mój znajomy z pracy, Staszek, powiedział wczoraj przy zmianie: „Masz, Janek, weź to. Mnie się już nie chce, a ty masz cierpliwe ręce od tych swoich wędek”. Wsunął mi to pod marynarkę, jakbyśmy handlowali brylantami.
Maria akurat wycierała kurze w drugim pokoju. Słyszałem, jak przesuwa szmatką po półkach. Wszedłem do kuchni, żeby nalać sobie herbaty, ale tak naprawdę żeby położyć to na stole i się przyglądać. Nie wiedziałem od czego zacząć. Te części były połączone cienkimi mostkami, trzeba je było wyłamać. Bałem się, że jak za mocno nacisnę, to pójdzie źle, pęknie skrzydło albo kadłub. To nie było jak naprawianie krzesła, gdzie wiadomo, gdzie jest czop, a gdzie gniazdo. Tu wszystko było płaskie i kruche.
Wyjąłem z szuflady scyzoryk. Ten mój stary, z trochę zardzewiałą sprężyną. Otworzyłem małe ostrze, takie do precyzyjnych rzeczy. Przyłożyłem czubek do jednego z tych mostków i zacząłem delikatnie dociskać. Drewno jęknęło cichutko, jakby westchnęło, i pękło równiutko. Część leżała teraz wolna na dłoni. To było skrzydełko. Mniejsze od mojej dłoni. Popatrzyłem na rysunek, który był na tym arkuszu. Pokazywał, jak to ma wyglądać po sklejeniu. Linie przerywane, strzałki. Trochę to przypominało schematy, które czasem przynosili kierowcy na bramę, jak mieli jakiś nietypowy ładunek.
Zacząłem wyłamywać kolejne elementy. Z każdym szło mi trochę łatwiej. Znalazłem w tym rytm: przyłożyć, lekko nacisnąć, usłyszeć to ciche chrupnięcie, odłożyć na bok. Na ceracie urosła mała kupka szarych, drewnianych kształtów. Niektóre były zupełnie płaskie, inne miały wyżłobienia, żeby coś w nie weszło. Dotykałem ich opuszkami, obracałem w palcach. To było dziwne uczucie. W pracy, na portierni, wszystko było twarde, metalowe, ciężkie. Szlaban, klucze, pieczątki. A tu miałem w rękach coś lekkiego i delikatnego, coś, co nie służyło do niczego poza tym, żeby z tego zrobić… no właśnie, co? Figurkę? Zabawkę? Nie wiedziałem jeszcze.
Maria weszła do kuchni, żeby wziąć ścierkę. Stanęła za moimi plecami. — Co to masz? — Samolot — powiedziałem, nie odrywając wzroku od tych części. — Do sklejenia. — A po co ci samolot? — zapytała, ale nie z przekąsem, tylko z ciekawością. W jej głosie nie było tego zmęczenia, które czasem się pojawiało pod koniec dnia. — No… — Nie umiałem odpowiedzieć. — Żeby skleić. Pokręciła głową, ale się uśmiechnęła. — Tylko nie rozłóż mi tego kleju po całym stole. Cerata się potem nie odmyje. — Nie rozłożę — obiecałem.
Kiedy wyszła, otworzyłem słoiczek z klejem. Był taki żółtawy, gęsty. Pachniał ostro, chemicznie. Zupełnie nie tak jak klej stolarski, który pachniał ciepło. Nabrałem trochę na zapałkę i spróbowałem posmarować jeden z brzegów. Klej ciągnął się za zapałką jak gęsta ślina. Przyłożyłem drugi element i przytrzymałem. Minęła chwila, puściłem. Trzymało się. To było takie proste i takie satysfakcjonujące. Dwie oddzielne rzeczy stały się jedną.
Zacząłem składać kadłub. To były dwie połówki, które trzeba było złożyć jak skorupki. Klej wyciskał się na boki, brudząc mi palce. Był lepki i schnął powoli. Musiałem przytrzymywać dłużej, żeby się nie rozłaziło. Siedziałem tak pochylony nad stołem, z łokciami rozstawionymi, wpatrzony w to drewno. Za oknem robiło się ciemno. Słyszałem, jak Maria krząta się, przygotowując kolację, ale dźwięki dochodziły do mnie jak przez watę. Cały byłem w tych palcach, które trzymają, w tym kleju, który wiąże.
Potem przyszły skrzydła. Na rysunku było pokazane, że mają być pod kątem. Podparłem kadłub pudełkiem od zapałek, żeby nie leżał płasko, i zacząłem przyklejać pierwsze skrzydło. To była najtrudniejsza część. Trzymałem je w jednej ręce, próbując ustawić pod właściwym kątem, a drugą ręką musiałem je przykleić. Klej kapnął mi na ceratę. Od razu sięgnąłem po szmatkę, żeby zetrzeć, ale zostawił tłustą, żółtą plamę. Westchnąłem. Maria miała rację.
Skrzydło jednak trzymało się. Nie było idealnie prosto, trochę przechylało się w jedną stronę. Popatrzyłem na nie, mrużąc oczy. Może tak ma być? Przymierzyłem drugie skrzydło, starając się, żeby było tak samo krzywo. To już było trudniejsze. Kiedy w końcu je przykleiłem i odsunąłem się, żeby popatrzeć, samolot wyglądał… dziwnie. Jedno skrzydło było wyżej, drugie niżej. Kadłub nie był idealnie gładki, bo klej pozasychał w nierównych wypustkach.
Poczułem nagły przypływ zniechęcenia. Przez chwilę myślałem, żeby to wszystko wziąć i wyrzucić do pieca. Po co mi to? Przecież to nie ma żadnego sensu. Stałem nad tym stołem, z lepkimi palcami, z plamą kleju na ceracie, i patrzyłem na tę krzywą, drewnianą rzecz. Byłem zmęczony. Plecy bolały od pochylania.
Wtedy Maria zawołała na kolację. Odwróciłem się od stołu. Poszedłem umyć ręce. Woda z mydłem z trudem zmywała ten żółtawy, zaschnięty klej. Przy stole, jedząc zupę, nie mówiłem nic. Myślałem o tym samolocie. — No i jak? Lata? — zapytała Maria, podając mi chleb. — Raczej nie poleci — burknąłem. — A po co ma latać? — powiedziała spokojnie. — Ma stać na półce i ładnie wyglądać. Albo ma się tobie podobać, jak na niego patrzysz.
Po kolacji wróciłem do kuchni. Nie zapaliłem od razu światła. Stałem w półmroku i patrzyłem na ten kształt na stole. Teraz, z daleka, nie widziałem tych nierówności kleju. Widziałem ogólną formę. Dwa skrzydła, kadłub. Wyglądał jak samolot. Może nie taki z gazety, ale jak samolot. Podeszłem bliżej. Dotknąłem skrzydeł. Były solidnie przymocowane. Nie chwiały się.
Usiadłem znowu. Zostały jeszcze drobne elementy: śmigiełko, kółka podwozia. Wyłamałem je ostrożnie. Były malutkie, trudne do uchwycenia w grubych palcach. Śmigiełko przykleiłem na cienkim druciku, który był w zestawie. Wbijałem go w dziurkę w kadłubie, kręcąc wolno, żeby nie pękło drewno. Kółka były najtrudniejsze. Trzeba je było przykleić w taki sposób, żeby samolot stał. Za pierwszym razem przykleiłem je krzywo. Stanął, ale się kiwał. Złapałem znowu zapałkę, zdłubałem trochę kleju, spróbowałem je odkleić. Drewno było już porządnie nasiąknięte, odklejało się z trudem. W końcu udało się. Przykleiłem jeszcze raz, bardziej uważnie. Tym razem stanął równo.
Odłożyłem zapałkę. Odsunąłem się na krześle. Było po dziesiątej, cisza w bloku. Samolot stał na ceracie, oparty o pudełko od zapałek, bo klej przy podwoziu jeszcze nie do końca stężał. Patrzyłem na niego. Nie był piękny. Klej połyskiwał tam, gdzie go było za dużo. Drewno było surowe, szare. Ale był skończony. Wszystkie części, które leżały osobno na arkuszu, teraz były razem.
Poczułem coś, czego wcześniej nie umiałem nazwać. To nie była radość. To było takie ciche, głębokie zadowolenie. Jakbym uporządkował jakiś mały kawałek świata. Na portierni cały dzień pilnowałem, żeby wszystko było na swoim miejscu. A tu, przy tym stole, zrobiłem coś, co nie miało żadnego przepisu. Żadnej instrukcji poza tym jednym rysunkiem. I wyszło. Może i krzywo, ale wyszło.
Nazajutrz, przed wyjściem do pracy, jeszcze na niego spojrzałem. Stał na kredensie, gdzie go przeniosłem. W dziennym świetle widać było wszystkie niedoskonałości. Maria powiedziała, żebym go pomalował, ale nie chciałem. Lubiłem ten kolor naturalnego drewna, ten zapach trocin, który jeszcze się unosił.
I tak to się zaczęło. Od tego szarego, drewnianego samolotu na ceracie w zielone kwiatki. Potem były inne. Statki, bo to już było bliżej Wisły, bliżej tego, co znałem. Ale ten pierwszy… ten pierwszy zawsze stał na półce. Przypominał mi tamten wieczór, zapach kleju, uczucie, kiedy dwie części stają się jedną, i to dziwne, dobre zmęczenie w plecach. To nie było wędkarstwo, gdzie czeka się na coś z zewnątrz. Tu wszystko zależało ode mnie. Od moich palców, od mojej cierpliwości. I to mi zostało.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię