Jabłka
Historia Bożeny, ur. 1951
Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, od razu poczułam lekkie napięcie w żołądku. To była sobota, a w soboty zawsze można było spodziewać się niespodzianek. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam sąsiadkę, panią Zofię, z koszykiem pełnym owoców. Było ciepło, słońce świeciło, a w powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy.
„Bożeno, przyniosłam ci kilka jabłek z sadu!” powiedziała z uśmiechem, a ja poczułam, że to może być dobry dzień. Przyjęłam owocowy podarunek, a ona zaproponowała, żebyśmy usiadły na ławce przed domem. Zgodziłam się, chociaż w głowie miałam masę myśli. W końcu, z racji tego, że siedziałam sama, to był moment, aby trochę wyjść z czterech ścian.
Zasiadłyśmy na ławce, a powietrze wokół nas było ciche, przerywane jedynie śpiewem ptaków. Zaczęłyśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Pani Zofia była osobą, która zawsze miała coś do powiedzenia, i bardzo to lubiłam. Jej opowieści o dawnych czasach były pełne ciepła i humoru, a ja wciągałam się w nie jak w dobry film.
Podczas jednej z takich rozmów, wspomniałam o moich wnukach, Zosi i Kacprze. Mówiłam o tym, jak często przychodzą do mnie na herbatę i jak bardzo lubię te chwile, gdy mogę im czytać wiersze na dobranoc. Pani Zofia uśmiechnęła się i powiedziała, że to cudowna tradycja, a ja poczułam, jak serce mi rośnie. Wspomnienia tych chwil były dla mnie bardzo ważne, ale nigdy nie wiedziałam, czy dla innych są równie znaczące.
Potem nagle w mojej głowie pojawiło się wspomnienie sprzed wielu lat. W pewnym momencie, nie mogłam się powstrzymać i opowiedziałam jej o moim pierwszym występie w szkole. Miałam wtedy niecałe dwanaście lat i pamiętam, że bardzo się denerwowałam. Siedząc w poczekalni przed akademią, słyszałam, jak koleżanki wymawiały swoje wiersze, a ja czułam, że z każdą chwilą mogę zapaść się pod ziemię.
W końcu nadeszła moja kolej. Stanęłam na scenie, wszystko było ciemne, tylko reflektor oświetlał mnie, a widownia wydawała się ogromna. Zaczęłam recytować wiersz, a moje serce biło jak oszalałe. I wtedy, kiedy usłyszałam, że ktoś z widowni powiedział: „Dobrze mówi”, w jednej chwili wszystko stało się łatwiejsze.
Pani Zofia słuchała mnie z uwagą, a ja zauważyłam, że jej twarz promienieje. „To ważne, że tak dobrze to zapamiętałaś. Wiesz, to może być początek czegoś wielkiego!” powiedziała, a ja poczułam się, jakby znów miałam dwanaście lat.
Nasza rozmowa trwała jeszcze chwilę, ale ja myślałam już o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na mnie przez całe życie. Niekiedy czułam, że nie odważyłabym się pisać, gdyby nie ten mały impuls z tamtej akademii. Poza tym, nauczyłam się, że słowa mają moc, i chociaż przez lata przepracowałam w szpitalu, to wciąż potrzebowałam jakiegoś sposobu wyrażania siebie.
Kiedy zorientowałyśmy się, że minęło już sporo czasu, postanowiłyśmy wrócić do swoich obowiązków. Odrzuciłam na bok wszystkie myśli, które zaczęły się w mojej głowie kłębić. Pani Zofia obiecała, że w przyszłym tygodniu znów przyjdzie, a ja pomyślałam, że może spróbuję napisać coś nowego, może coś, co zainspiruje mnie do podzielenia się tym z nią.
Gdy zamykałam drzwi, poczułam, że to popołudnie było dla mnie niezwykle ważne. Otoczenie wciąż tętniło życiem – dzieci biegały po podwórku, słychać było śmiech, a powietrze wciąż pachniało świeżością. Moje wnuki były moją radością, ale również inspiracją. Postanowiłam, że zacznę pisać wiersze znów, bo w moim sercu była wciąż ta mała iskierka.
Zaraz po tym, jak pani Zofia zniknęła za rogiem, usiadłam przy stole i wzięłam do ręki zeszyt z wierszami. Patrząc na puste kartki, poczułam, że mam mnóstwo do opowiedzenia. Może nie tylko dla mnie, ale także dla moich wnuków, dla tych, którzy będą chcieli usłyszeć, co miałam do powiedzenia. Czułam, że życie toczy się dalej, a ja mam coś ważnego do przekazania.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię