Pierwsze spotkanie na zabawie
Historia Wojciecha, ur. 1964
Ja się czasem śmieję, że dziś to człowiek by wszystkiego szukał w telefonie: gdzie iść, z kim i po co. A wtedy… wtedy się po prostu szło, bo ktoś powiedział, że będzie zabawa w domu kultury. I tyle. I to mi zostało w głowie do dziś, bo to jest ten jeden wieczór, kiedy poznałem Marię.
Pamiętam, że długo się zbierałem. Niby młody byłem, ale taki… zwyczajny, z tych, co najpierw stoją przy ścianie i patrzą. W domu człowiek się ogarnął jak umiał: koszula wyprasowana, buty przetarte, włosy na mokro przyklepane, żeby się nie stawiały. W Bydgoszczy to człowiek wychodził z bloku, schodził po schodach, i już czuł ten chłód od klatki, taki zapach betonu i farby olejnej, co zawsze gdzieś był. Na dworze powietrze inne, ostrzejsze. A ja w kieszeni ściskałem drobne, bo wiadomo, na coś do picia, może na szatnię, żeby potem nie stać jak kołek i nie udawać, że mi wszystko jedno.
Do domu kultury szło się w grupie, bo tak raźniej. Ktoś żartował, ktoś poprawiał kołnierzyk, ktoś udawał pewnego siebie, a było widać, że też mu serce szybciej bije. Ja się trzymałem trochę z boku, ale słuchałem. Człowiek wtedy miał wrażenie, że jak wejdzie do środka, to od razu wszyscy będą wiedzieli, że on tu pierwszy raz albo że się stresuje. Głupie, co? A jednak.
Jak otworzyliśmy drzwi, to uderzyło mnie ciepło i ten zapach sali: trochę perfum, trochę dymu z papierosów, trochę pasty do podłogi. Do dziś umiem to sobie przypomnieć. Pod nogami parkiet, taki wysłużony, zarysowany, ale błyszczący, bo ktoś go na pewno przed imprezą przejechał. Z boku stoliki, na nich szklanki, czasem jakiś talerzyk, a przy ścianach ludzie ustawieni równo jak na przeglądzie. Muzyka grała głośno, nie tak jak teraz, że bas wszystko zagłusza, tylko normalnie: słychać było melodię i słowa, i jak ktoś się śmiał, to też było słychać.
No i ja stanąłem, wiadomo, przy ścianie. Ręce nie bardzo było gdzie dać, więc raz do kieszeni, raz na pas, raz udawałem, że coś oglądam. Patrzyłem na parkiet, jak pary się kręcą. Zawsze mnie to trochę fascynowało: jak jedni tańczą lekko, a drudzy jakby się bili z tą muzyką. I w tym całym zamieszaniu zobaczyłem Marię.
To nie było tak, że ona weszła i nagle świat stanął. Nie. To było bardziej… takie zwykłe, ale mocne. Stała z koleżanką, obie w płaszczach jeszcze, jakby się dopiero co rozgrzewały, i Maria coś mówiła, nachylona, żeby w tym hałasie się dogadać. Miała taki uśmiech, nie szeroki, tylko taki, jakby ją coś bawiło w środku. I ja pamiętam, że pomyślałem: „O, ta to chyba nie udaje”. I to mnie jakoś ruszyło.
Tylko co z tego, jak ja stałem jak przyspawany. W głowie miałem tysiąc myśli naraz: że podejdę i co powiem, że się ośmieszę, że ona ma pewnie kogoś, że zaraz ktoś sprytniejszy ją poprosi. I tak sobie to wszystko mieliłem, aż w pewnym momencie muzyka ucichła na chwilę i było słychać rozmowy, krzesła, śmiechy. I wtedy ktoś mnie klepnął w ramię, taki znajomy z zakładu czy z okolicy, i mówi: „Wojtek, no idź, bo będziesz stał do rana”. Powiedział to tak normalnie, bez złośliwości, ale mnie aż policzki zapiekły, bo poczułem się przyłapany.
Zanim zdążyłem wymyślić wymówkę, muzyka znów ruszyła. Ludzie zaczęli się zbierać na parkiet i zrobiło się takie zamieszanie, że jakbym chciał, mógłbym się wślizgnąć i nikt by nie zauważył. I ja, sam nie wiem jak, ruszyłem. Serio, to było bardziej w nogach niż w głowie. Podszedłem do Marii, a ona akurat poprawiała coś przy rękawie, jakby jej ręka przeszkadzała. I ja mówię, tak najprościej jak się dało: czy zatańczy.
Pamiętam jej spojrzenie. Nie takie, że mierzy od góry do dołu, tylko spokojne, otwarte. Chwila zawahania była, bo ona chyba mnie nie znała, wiadomo, ale nie było w tym żadnego wywyższania. I powiedziała: „Dobrze”. Tylko tyle. A ja poczułem ulgę taką, że aż mi się w głowie zrobiło lżej.
Wyszliśmy na parkiet, a ja od razu zacząłem się zastanawiać, gdzie rękę położyć, żeby nie było niezręcznie. Tańczyć to ja umiałem… no, umiałem tyle, co każdy. Rytm trzymałem, ale elegancji to nie było. Parkiet był śliski od tej pasty i człowiek musiał uważać, żeby nie zrobić jakiegoś głupiego kroku i nie wywinąć orła. W tle muzyka, światła takie zwykłe, żółtawe, i ten szum rozmów, co się mieszał z melodią.
I najdziwniejsze jest to, że jak już zaczęliśmy tańczyć, to stres mi trochę puścił. Bo Maria była… normalna. Ciepła. Nie gadała od razu nie wiadomo ile, ale jak coś powiedziała, to tak, że chciało się słuchać. Ja rzuciłem jakieś zdanie, że tu głośno, że dawno nie byłem na takiej zabawie, takie nic. A ona się zaśmiała krótko i powiedziała coś w stylu, że ona też nie chodzi co tydzień, tylko jak się trafi. I to było takie ludzkie, bez udawania.
Pamiętam jej perfumy. Nie umiem powiedzieć jakie, bo ja się na tym nie znam, ale to był taki zapach świeży, nie ciężki. I jeszcze pamiętam, że miała chłodne dłonie, jakby dopiero co weszła z dworu. Moja ręka była ciepła, spocona ze stresu, i trochę się tego wstydziłem, więc ściskałem delikatniej, żeby nie było, że mi ręka lata.
Jak się skończył utwór, to ja nie wiedziałem, co dalej. Czy mam ją odprowadzić do stolika, czy zaproponować coś do picia, czy po prostu podziękować i uciec. I tu znów wyszło, jaki ja byłem wtedy… ostrożny. Ale Maria nie zrobiła żadnej miny, nie odwróciła się. Stała obok i zapytała, czy chcę usiąść na chwilę. I to było dla mnie takie… wiesz, jak ktoś ci daje znak, że nie jesteś intruzem. Że jest okej.
Usiedliśmy przy stoliku z boku. Wokół ludzie gadali, ktoś się śmiał głośno, ktoś inny kłócił się pół żartem o jakąś piosenkę, a my tak siedzieliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. O niczym wielkim. Skąd jesteśmy, kto z kim przyszedł, co się robi na co dzień. Ja mówiłem trochę urywanie, bo mi w głowie wciąż siedziało, żeby nie palnąć czegoś głupiego. A Maria potrafiła tak dopytać, że człowiek się otwierał. Nie nachalnie, tylko spokojnie.
W pewnym momencie ktoś obok przesunął krzesło i zaskrzypiało tak, że aż się wzdrygnąłem. Maria to zauważyła i uśmiechnęła się, jakby chciała powiedzieć: „Spokojnie, tu się nic złego nie dzieje”. I ja wtedy też się uśmiechnąłem, pierwszy raz tak naprawdę swobodnie tego wieczoru. Czułem, że mi twarz mięknie, że nie muszę być spięty.
Potem znowu poszliśmy tańczyć. I znów: ja bardziej sztywny, ona lżejsza. Ale jakoś to grało. Pamiętam, że raz prawie nadepnąłem jej na but, bo ktoś nas szturchnął w tłumie. Ja od razu: „Przepraszam”, a ona machnęła ręką, że nic się nie stało. I to „nic się nie stało” brzmiało tak, jakby naprawdę nic się nie stało, a nie że mówi z grzeczności.
Był taki moment, że muzyka zwolniła, zrobiło się trochę ciszej, ludzie przystanęli, ktoś otworzył drzwi na korytarz i wpadł chłodniejszy powiew. Poczułem na skórze ten przeciąg i nagle dotarło do mnie, że ja stoję na środku sali z dziewczyną, której imię już znam, z którą mi się dobrze rozmawia, i że wcale nie mam ochoty wracać pod ścianę. To było dla mnie nowe uczucie. Nie jakieś wielkie zakochanie od razu, tylko taka pewność, że jest mi przy niej normalnie dobrze.
W przerwie poszliśmy po coś do picia. Nie pamiętam nawet co to było, bo to nie jest ważne, ale pamiętam szklankę w dłoni, zimną, mokrą od tego, co się skraplało. I pamiętam, że Maria mówiła coś o tym, że lubi, jak ludzie są konkretni, a ja się roześmiałem, bo ja zawsze byłem konkretny, tylko czasem za mało wygadany. I ona wtedy spojrzała tak, że ja się poczułem… doceniony. To chyba dobre słowo. Jakby ktoś zobaczył we mnie coś więcej niż tylko chłopa, co stoi i nie wie, co zrobić z rękami.
Pod koniec zabawy ludzie zaczęli się rozchodzić. Ktoś kogoś szukał, ktoś zakładał płaszcz, ktoś jeszcze chciał „ostatni kawałek”, ale już było czuć, że to się kończy. Na podłodze widać było ślady butów, parkiet przestał tak błyszczeć, zrobiło się duszniej, bo tyle godzin ludzie oddychali, tańczyli, śmiali się. Ja odprowadziłem Marię kawałek, tam gdzie się odbierało rzeczy z szatni. Stałem obok, patrzyłem jak zakłada płaszcz, jak poprawia włosy, i miałem w sobie taki dziwny spokój pomieszany z napięciem, bo wiedziałem, że teraz to jest ten moment: albo coś powiem, albo to się rozejdzie i tyle.
I znów, nie było żadnych wielkich słów. Ja zapytałem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy. Powiedziałem to prosto, bez kombinowania. A ona nie zrobiła „hmm”, nie udawała, że się zastanawia. Po prostu powiedziała, że tak, czemu nie. I podała mi rękę, tak normalnie, jak się podaje komuś, z kim się już ma nić porozumienia.
Jak wyszedłem na dwór, to było chłodno, może nawet wilgotno, i powietrze od razu mnie otrzeźwiło. Ulica była cichsza niż ta sala, tylko gdzieś tam słychać było kroki innych ludzi i takie pojedyncze głosy, jak się żegnali. Szłem do domu i czułem zmęczenie w nogach od tańca, ale w głowie miałem lekkość. Nie taką, że fruwałem, tylko taką… że coś się ułożyło. Że to nie był wieczór zmarnowany na stanie pod ścianą.
I pamiętam jeszcze jedną rzecz, taką drobną. Jak już byłem prawie pod blokiem, to zauważyłem, że mam na dłoni ślad od jej perfum, czy może od jej dłoni, nie wiem. Taki ledwo wyczuwalny zapach. I ja, głupi, zamiast od razu wsadzić ręce do kieszeni, szedłem chwilę z tą dłonią tak jakby „na wierzchu”, żeby jeszcze to poczuć. Wstyd się przyznać, ale tak było.
W domu było cicho, wszyscy spali. Zdjąłem buty ostrożnie, żeby nie stuknąć, i usiadłem na chwilę w kuchni. Woda w kranie miała metaliczny posmak, jak zwykle, a ja piłem i myślałem o tym, jak Maria się śmiała, jak mówiła, jak patrzyła. I czułem w środku takie przyjemne napięcie, jak przed czymś ważnym, tylko bez strachu.
No i tyle. To nie była żadna wielka scena jak z filmu. Po prostu jedna zabawa w domu kultury, trochę tańca, trochę rozmowy, zapach parkietu i perfum, chłód od drzwi, skrzypiące krzesła. A ja do dziś to pamiętam tak wyraźnie, bo wtedy pierwszy raz poczułem, że ktoś mi pasuje nie dlatego, że wszystko jest idealne, tylko dlatego, że przy nim nie muszę niczego udawać.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię