Kadłub
Historia Jana, ur. 1934
Trzymałem go w dłoniach i nie wiedziałem, co z nim zrobić. Leżał na stole, ten kawałek drewna, obrobiony już wcześniej, gładki i lekko wygięty. To miało być dno kadłuba. Obok leżały deseczki na burty, cienkie jak skórka od kiełbasy, i małe pudełko z cynfolią, gdzie były zapakowane drobiazgi: mosiężne armatki, kółka od lin, maleńkie koło sterowe. Wszystko było takie małe, delikatne. A ja miałem ręce jak łopaty, szorstkie od pracy przy bramie, od sprawdzania przepustek i odkręcania zardzewiałych śrub przy szlabanie. Bałem się, że jak wezmę tę deseczkę, to ją złamię.
To był prezent od Staszka, kolegi z pracy. Spotkaliśmy się w piątek po zmianie, poszliśmy na jedno piwo do baru przy Dworcowej. On zawsze coś kombinował, miał głowę do interesów. Tym razem wyciągnął spod stoła paczuszkę owiniętą w szary papier. – Masz, Janek – powiedział. – Dostałem dwa, jeden składam z chłopakiem, a ten niech będzie dla ciebie. Odreagujesz po tych wszystkich gębach, które ci przez bramę przechodzą. Rozwinąłem. Na opakowaniu był rysunek okrętu, takiego z wielkimi żaglami. Napis: „Fregata”. A pod spodem, drobnym druczkiem: „zestaw do samodzielnego montażu”. Nigdy w życiu czegoś takiego nie miałem. Jak byłem chłopakiem, to robiłem łódki z kory, ale to było co innego. Przyglądałem się temu przez cały weekend. W niedzielę wieczorem, jak Maria z Anią poszły do jej matki, wyjąłem wszystko na stół w kuchni. Pachniało nowym drewnem, trochę jak w tartaku, i tym specyficznym zapachem kleju do modeli, słodkawym i chemicznym. Rozłożyłem instrukcję. Była po francusku. Tylko rysunki.
Myślałem, że to będzie jak składanie półki. Przyłożysz, przybijesz, gotowe. A tu trzeba było najpierw wyciąć te wszystkie elementy z arkusza sklejki. Dałem nóż, ale drewno było twarde i pierwsza listwa pękła mi na pół z trzaskiem. Westchnąłem. Schowałem nóż do szuflady. Poszedłem do piwnicy, do mojego kącika z narzędziami. Znalazłem małe dłutko, takie do precyzyjnych prac, i drobny pilniczek. Wróciłem na górę, zapaliłem mocniejszą żarówkę nad stołem.
Zacząłem od tego dna. Pilniczkiem ściągałem drzazgi, wygładzałem krawędzie. Drewno pod palcami stawało się aksamitne, ciepłe. Słyszałem tylko skrobanie pilnika i odgłosy z ulicy – jakiś samochód, śmiech przechodniów. Świat się zawęził do tego kawałka drewna i moich dłoni. To było dziwne uczucie. Przez cały dzień, na portierni, ręce miałem zajęte, ale to była inna praca. Podawanie książki, odbieranie przepustki, pisanie w rejestrze. Ruchy automatyczne. A tu każdy ruch musiał być przemyślany. Delikatny. Jak za mocno przycisnąłem pilnik, to zostawiał głębszą bruzdę i trzeba było równać dłużej. Uczyłem się cierpliwości od nowa.
Najtrudniejsze były te burty. Deseczki trzeba było namoczyć, żeby się wygięły, i przykleić do żeberek szkieletu. Instrukcja pokazywała, jak to ustawić w specjalnej przyrządzie, ale ja takiego nie miałem. Wziąłem kilka puszek po konserwach, sznurek, klucze – cokolwiek było pod ręką, żeby przytrzymać te wygięte deski, póki klej nie wyschnie. Klej wyciskałem z tubki cienką nitką, tak jak było narysowane. Ale za pierwszym razem wyszło za dużo, wybrudziłem palce i przykleiłem sobie deskę do puszki po groszku. Musiałem odklejać, ścierać, czyścić pilnikiem. Klej schnął szybko i zostawiał twarde, przezroczyste grudki.
Siedziałem tak może z godzinę, może dłużej. Nie patrzyłem na zegar. Maria wróciła, zajrzała do kuchni. – O, rzemieślnik – powiedziała z uśmiechem. – I jak tam twoja łódeczka? – Jeszcze nie pływa – mruknąłem, skupiony na tym, żeby nie urwać maleńkiej sztabki, która miała być poręczą. Przysiadła na chwilę, popatrzyła, jak mozolnie dociskam kolejny element. – Ciekawe, czy Ania będzie chciała potem tym po wannie puszczać – zażartowała. – To nie zabawka – odparłem, ale bez złości. Po prostu stwierdziłem fakt. To nie była zabawka. To było coś, co powoli, kawałek po kawałku, powstawało pod moimi palcami i wymagało całkowitej uwagi. Maria pokiwała głową i poszła szykować kolację.
Najprzyjemniejsze było szlifowanie. Kiedy już cały szkielet był sklejony, drewno było nierówne w miejscach łączeń. Wziąłem najdrobniejszy papier ścierny, taki jak do szlifowania mebli, i zacząłem przeciągać go po burtach. Lekko, kolistymi ruchami. Powstawał drobny, jasny pył, który osiadał na stole. Zapach był cudowny – czyste, przetarte drewno. Pod palcami powierzchnia stawała się idealnie gładka, jednolita. To dawało taką satysfakcję, jak po dobrym dniu w pracy, kiedy udało się załatwić sprawę bez krzyku, po ludzku, i wszystko było jasne i uporządkowane. Tu porządek był dosłowny. Wyrównana powierzchnia. Żadnych zadziorów.
Późnym wieczorem, kiedy Maria już spała, skończyłem szlifowanie. Kadłub stał na stole, jasny, gładki, o pięknym, smukłym kształcie. Jeszcze bez masztów, bez żagli, bez żadnych ozdób. Ale już wyglądał jak okręt. Położyłem dłonie po obu jego stronach. Drewno było chłodne. Patrzyłem na tę pracę kilku godzin i nie mogłem uwierzyć, że to ja to zrobiłem. Z tego kupka deseczek i z tej mojej niepewności. Było w tym coś magicznego. Jakbym z chaosu małych kawałków wydobył formę, która tam od początku była ukryta.
Następnego dnia poszedłem do pracy. Przy bramie, jak zwykle, sprawdzałem samochody, kiwałem głową znajomym kierowcom, wpisywałem numery. Ale w głowie cały czas miałem ten kształt kadłuba. Myślałem, jak będę mocował pokład, jak zrobię te małe armatki, które leżały w cynfolii. Myślałem o nitkach, które miały imitować liny. O tym, że trzeba będzie znaleźć jakiś cienki materiał na żagle. To myślenie było inne. Nie było o problemach, o tym, że ktoś chce wejść bez przepustki, o tym, że szef będzie narzekał. To było myślenie o tworzeniu. O czymś, co nie było ani potrzebne, ani użyteczne. Po prostu miało być.
Po zmianie, zamiast iść od razu do domu, zaszedłem do małego sklepu z artykułami papierniczymi przy Kolegialnej. Poprosiłem o najcieńszy pędzelek i małe tubki farb: czarną, białą i ochrę. Sprzedawczyni popatrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem. Pewnie myślała, że to dla dziecka. Zapakowała mi to do torebki. Szedłem z tą torebką przez miasto i czułem się trochę jak chłopak, który zdobył coś wyjątkowego. Jakbym niósł nie farby, a możliwość dokończenia czegoś ważnego.
Nie malowałem tego od razu. Kadłub stał na szafie w pokoju przez kilka dni. Czasem na niego zerkałem. Czekałem na sobotni poranek, na spokój. Kiedy wreszcie usiadłem z pędzelkiem, okazało się, że to jeszcze trudniejsze niż klejenie. Farba była gęsta, a ja chciałem, żeby było widać słój drewna, żeby to wyglądało naturalnie. Rozcieńczałem ją wodą, próbowałem. Pierwsza warstwa poszła niejednolicie. Zostawiłem do wyschnięcia. Poszedłem na spacer nad Wisłę. Patrzyłem na wodę, na prawdziwe statki, na barki. Przyglądałem się kształtom, kolorom burty nad wodą, rdzawej linii na poziomie zanurzenia. Wracałem do domu z nowym pomysłem.
Malowanie zajęło mi prawie całą niedzielę. Cieniutką warstwę po warstwie, mieszając kolory, żeby uzyskać ten ciepły, drewniany odcień. Na dziobie namalowałem cienką białą linię, tak jak widziałem na starych rycinach. Ręce mi drżały z koncentracji. Ale kiedy odłożyłem pędzelek i odsunąłem się od stołu, zobaczyłem statek. Naprawdę. Nie zestaw do sklejania, tylko mały, ale prawdziwy statek. Stał na podstawce z kawałka drewna, który też obrobiłem i pomalowałem na ciemno.
Nie powiedziałem nikomu, że skończyłem. Po prostu postawiłem go na półce w naszej sypialni, obok zdjęcia ślubnego. Maria zauważyła go dopiero wieczorem. – O, popłynął – powiedziała cicho. – Jeszcze bez żagli – odparłem. Popatrzyła na statek, potem na mnie. W jej oczach było coś, czego wcześniej nie widziałem. Może zaskoczenie, a może po prostu zrozumienie, że przez te kilka dni działo się coś we mnie, czego ona nie do końca była świadoma. – Jest piękny – stwierdziła. I to było wszystko. Żadnych pytań, żadnych zachwytów na wyrost. Po prostu stwierdzenie faktu.
Zostałem przy stole, a ona poszła do kuchni nastawiać herbatę. Siedziałem i patrzyłem na ten mały kadłub oświetlony lampą. Czułem w palcach pamięć tego szlifowania, tego delikatnego dociskania deseczek. Czułem w ustach posmak pyłu drewnianego i tej słodkawej woni kleju. To była moja praca. Nie ta na bramie, za którą dostawałem wypłatę. To była praca, która nie była dla nikogo konieczna. Tylko dla mnie. I w tym właśnie była cała jej wartość. Siedziałem tak długo, aż Maria przyniosła dwie szklanki herbaty, postawiła jedną przede mną i położyła dłoń na moim ramieniu. Nie mówiliśmy nic. Słyszałem tylko tykanie zegara i odgłosy miasta za oknem, które powoli cichły na noc.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię