Wycieczka do Warszawy z Zosią
Historia Małgorzaty, ur. 1965
Wszystko zaczęło się od tego, że dostaliśmy kartki z informacjami na temat wycieczki. Byłam w czwartej klasie podstawówki, a w naszej szkole zaczęło się mówić o wyjeździe do stolicy. Dzieciaki nie mogły się doczekać, ja też. W powietrzu czuć było podekscytowanie, wszyscy w klasie szeptali o tym, co zobaczą. Krysia z pierwszej ławki mówiła, że na pewno zobaczymy Pałac Kultury i Nauki. Ja myślałam głównie o tym, jak to będzie podróżować autobusem z koleżankami.
Nadszedł w końcu ten dzień. Wczesnym rankiem, kiedy słońce ledwo wzeszło, wszyscy uczniowie zebrali się przed szkołą z plecakami pełnymi kanapek i butelek z wodą. Był chłodny poranek, a powietrze miało świeży zapach. Wybiegłam z domu, ledwo zdążywszy zjeść śniadanie. Mama dała mi na drogę jabłko, które zapakowała w papier. Cieszyłam się, że w końcu wyjeżdżamy gdzieś razem, z dala od codzienności.
Kiedy wsiadaliśmy do autobusu, miałam wrażenie, jakbym wsiadała do jakiegoś magicznego pojazdu. Wszyscy śmiali się i rozmawiali, a ja usiadłam obok Zosi, mojej najlepszej przyjaciółki. W drodze rozmawiałyśmy o tym, co nas czeka. Zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach, widziałam pola, łąki, a nawet kilka krów pasących się w słońcu. Droga była długa, ale ekscytacja rosła. W końcu dotarliśmy do Warszawy.
Gdy wysiedliśmy z autobusu, uderzył mnie zgiełk miasta. Dźwięki klaksonów, rozmowy ludzi, zapach spalin i pieczonych kiełbasek z budek przy ulicy. Byłam zafascynowana. Krysia od razu pobiegła w stronę jakiegoś straganu, a ja z Zosią poszłyśmy za nią.
Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, był Pałac Kultury. Patrzyłam na tę ogromną budowlę, wyglądała naprawdę monumentalnie. Z Zosią stanęłyśmy, by zrobić sobie zdjęcie. Na chwilę zapomniałam, gdzie jestem.
Później poszliśmy do parku, gdzie usiedliśmy na ławce i jedliśmy kanapki. Mama posmarowała chleb masłem, a w środku była szynka i pomidor. Zaczęłyśmy się śmiać, gdy Zosia wzięła wielki kęs, a sok z pomidora skapywał jej na bluzkę. Przypomniały mi się nasze zabawy w ogrodzie, kiedy się śmiałyśmy, a mama krzyczała, żebyśmy uważały na nową sukienkę.
Po chwili, gdy zjedliśmy, postanowiliśmy zwiedzić jeszcze kilka miejsc. Zrobiliśmy sobie przerwę na lody. Zosia wybrała truskawkowe, a ja waniliowe z posypką. Jakie to było pyszne! Właśnie wtedy poczułam, że ten dzień jest naprawdę wyjątkowy. Słońce świeciło, a lody topniały na naszych rękach. Zaczęłyśmy biegać, śmiejąc się, ostrożnie unikając małych kałuż w parku. W tej chwili byłam najszczęśliwsza.
W drodze powrotnej do autobusu, potknęłam się i prawie przewróciłam. Zosia złapała mnie za rękę, a ja wybuchnęłam śmiechem. Inni zaczęli się śmiać razem z nami. To było miłe, poczuć, że wszyscy jesteśmy razem.
Gdy wróciliśmy do Leżajska, byłam zmęczona, ale szczęśliwa. W autobusie wszyscy rozmawiali o wycieczce, wymieniając się wrażeniami. Mama czekała na mnie z uśmiechem, a ja opowiadałam jej o wszystkim. Kiedy zasypiałam, miałam wrażenie, że zjeździłam cały świat w jeden dzień.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię