Moje ulubione książki
Historia Stefana, ur. 1945
Książki w moim życiu były jak cisi wspólnicy. W czasach, gdy za oknem panowała szarość, a w sklepach jedynym dostępnym towarem był ocet, literatura stanowiła jedyną przestrzeń, której nikt nie mógł mi opodatkować ani odebrać. Moja przygoda z czytaniem zaczęła się wśród warszawskich gruzów, od potwornie zniszczonych egzemplarzy, które cudem ocalały z przedwojennych bibliotek, a kończy się dziś, gdy na szafce nocnej leżą okulary i nowości wydawnicze, na które kiedyś musiałbym polować miesiącami.
Moje dzieciństwo w Warszawie lat 40. nie sprzyjało bibliofilstwu, ale matka dbała, bym nie wyrósł na analfabetę. Moją pierwszą „poważną” lekturą, którą czytałem przy świetle świecy w naszej piwnicznej izbie, był „Robinson Crusoe” Daniela Defoe. Pamiętam ten dreszcz emocji – czułem się dokładnie jak on. On był na bezludnej wyspie, ja byłem na wyspie ruin. Uczyłem się od niego, jak budować coś z niczego, jak przetrwać w świecie, który legł w gruzach. Ta książka zaszczepiła we mnie wiarę, że człowiek jest w stanie okiełznać chaos, jeśli tylko zachowa jasny umysł.
Potem przyszła szkoła podstawowa i czas Henryka Sienkiewicza. Nie da się opowiedzieć o moim pokoleniu bez „Trylogii”. Czytaliśmy to pod ławkami, na przerwach, a wieczorami z wypiekami na twarzy dyskutowaliśmy, czy Skrzetuski postąpił słusznie. Dla nas, chłopców dorastających w cieniu wielkiej wojny, Sienkiewicz był lekiem na kompleksy. Kiedy czytałem o obronie Jasnej Góry, zapominałem o tym, że moje buty mają dziurawe podeszwy. Sienkiewicz uczył nas honoru i patriotyzmu, który nie był wymuszony przez szkolne akademie, ale płynął prosto z serca. Do dziś, gdy jest mi ciężko, wracam do „Potopu” – to moja bezpieczna przystań.
W liceum, na przełomie lat 50. i 60., moje czytelnicze zainteresowania gwałtownie skręciły w stronę buntu. Odkryłem Marka Hłaskę. Jego „Pierwszy krok w chmurach” czy „Ósmy dzień tygodnia” uderzyły we mnie jak taran. Hłasko pisał o Warszawie, którą znałem – o brudnych podwórkach, o beznadziei, o miłości, która nie ma gdzie się podziać. To był język moich ulic, język, który dorośli próbowali przed nami ukryć. Hłasko stał się moim literackim bogiem, bo nie kłamał. Pokazywał nam, że świat nie jest tylko czarno-biały, jak w socrealistycznych produkcyjniakach.
Wtedy też zacząłem podkradać ojcu kryminały. Seria z „Jamnikiem” była dla nas oknem na zachód. Agatha Christie i Raymond Chandler. Ten drugi szczególnie przypadł mi do gustu. Philip Marlowe był facetem, którym chciałem być – twardy, cyniczny, ale o złotym sercu, pijący whisky i rozwiązujący zagadki w deszczowym Los Angeles. To była kompletna egzotyka, która pozwalała mi na kilka godzin uciec z szarej Woli w świat neonów i wielkich tajemnic.
Kiedy przeprowadziłem się do Gdańska i zacząłem pracę w stoczni, moje czytanie stało się bardziej chaotyczne, ale i głębsze. Lata 70. to był czas polowania na książki. Stało się w kolejkach do księgarni „Domu Książki” tak samo, jak stało się po mięso. Pamiętam, jak „załatwiłem” sobie spod lady „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa. Ta książka zmieniła wszystko.
Czytałem ją podczas przerw śniadaniowych w stoczni, siedząc na stalowych płytach. Wyobraźcie sobie to: wokół huk młotów, zapach smaru, a ja jestem w Moskwie z Wolandem, patrzę na bal u Szatana i czytam o Poncjuszu Piłacie. Bułhakow nauczył mnie, że „rękopisy nie płoną” – że prawda i sztuka są silniejsze od każdego systemu. Ta książka dawała mi wolność wewnętrzną, której nikt w stoczni nie mógł mi ograniczyć. To była moja prywatna rewolucja.
W tamtym czasie zacząłem też czytać Stanisława Lema. „Solaris” czy „Bajki robotów” to nie była dla mnie tylko fantastyka. Lem pisał o tym, co znaczy być człowiekiem w obliczu nieznanego. Jego wizje przyszłości często wydawały mi się bardziej realne niż to, co słyszałem w Dzienniku Telewizyjnym. Lem uczył mnie krytycznego myślenia i pokory wobec wszechświata.
Kiedy wybuchła Solidarność, a potem przyszedł stan wojenny, książki znów stały się polityczne. Pojawił się „drugi obieg”. Pamiętam te cieniutkie książeczki drukowane na niemal bibułkowym papierze, z ledwo czytelną czcionką. To wtedy przeczytałem „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984” George’a Orwella. To było jak oświecenie. Orwell opisał nasz świat z chirurgiczną precyzją. Każde słowo o Wielkim Bracie czy nowomowie trafiało w punkt. Te książki krążyły między nami w stoczni jak relikwie. Czytało się je w jedną noc, by rano przekazać kolejnej osobie.
Zacząłem też wtedy cenić literaturę faktu. Ryszard Kapuściński i jego „Cesarz” czy „Szachinszach”. Kapuściński pisał o egzotycznych krajach, o upadku dyktatorów w Afryce czy Iranie, ale my doskonale wiedzieliśmy, że pisze o nas. Jego reportaże były lekcją historii pisanej z perspektywy zwykłego człowieka, co było mi niezwykle bliskie.
Po roku dziewięćdziesiątym, gdy świat się otworzył, poczułem chwilowy przesyt. Można było kupić wszystko, ale ja zacząłem wracać do korzeni. Odkryłem na nowo Wiesława Myśliwskiego. Jego „Kamień na kamieniu” czy „Traktat o łuskaniu fasoli” to książki, które czytam teraz, na emeryturze, z największym spokojem. Myśliwski pisze o losie, o ziemi, o pamięci. Jego proza ma w sobie rytm, który pasuje do mojego życia na działce. Kiedy czytam o łuskaniu fasoli, czuję, jakbym rozmawiał z samym sobą o wszystkich tych latach, które minęły.
Zacząłem też czytać biografie wielkich ludzi. Interesuje mnie, jak inni radzili sobie z życiem. Czytam o Churchillu, o Piłsudskim, ale też o zwykłych ludziach wojennych roczników. Szukam w tych książkach potwierdzenia, że moja droga, choć wyboista i naznaczona błędami, miała jakiś sens.
Moja prywatna biblioteka duszy: „Trylogia” Henryka Sienkiewicza – za to, że zawsze podnosiła mnie na duchu.
„Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa – za to, że pokazała mi magię w świecie bez magii.
„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego – za mądrość spokojnej starości.
„Rok 1984” George’a Orwella – za to, że pomógł mi zrozumieć mechanizmy zniewolenia.
„Pierwszy krok w chmurach” Marka Hłaski – za warszawski ból i prawdę młodości.
Książki były moimi oknami. Niektóre wychodziły na brudne podwórka, inne na dalekie galaktyki, a jeszcze inne w głąb mojego własnego serca. Dziś, gdy wzrok już nie ten i czytanie męczy szybciej niż kiedyś, wciąż czuję ten sam dreszcz, gdy biorę do ręki nową książkę. To zapach papieru i obietnica nowej przygody – coś, co nie zmieniło się od czterdziestego piątego roku.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię