Zapach pierników w zimowy wieczór
Historia Józefy, ur. 1936
Zimowy wieczór w Kołomyi, kiedy za oknem padał śnieg, a w domu unosił się zapach pieczonych pierników, to jedno z tych wspomnień, które na zawsze pozostanie w moim sercu. Wtedy miałam siedem lat, a nasze małe miasteczko było pokryte białym puchem, który skrzypiał pod stopami. Mieliśmy w domu kominek, w którym trzaskały polana, a ich ciepło wypełniało całe pomieszczenie. Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami, a nasze przygotowania były w pełnym rozkwicie.
Mama zawsze była mistrzynią w pieczeniu. Kiedy zaczynała, cała kuchnia zamieniała się w prawdziwe królestwo zapachów. W tamtym roku postanowiła nauczyć mnie, jak robić pierniki. Pamiętam, jak z ogromnym entuzjazmem wlewałam miód do miski, a jego słodki zapach wypełniał powietrze. Mama śmiała się, gdy moje małe rączki tłukły jajka. Właściwie to ja miałam więcej zabawy niż przydatności, bo co chwilę coś się przewracało, a mąka lądowała na moim nosie. Czułam, jak moje serce rośnie, kiedy mama z uśmiechem mówiła, że nikt nie robi lepszych pierników niż my.
Kiedy ciasto było gotowe, zaczęły się prawdziwe cuda. Na stole rozłożyliśmy papier do pieczenia, a ja, z zapałem i odrobiną niezdarności, wycinałam różne kształty. Choinka, gwiazdki, a nawet bałwanek. W każdą formę wkręcałam wesołe opowieści. Śmialiśmy się, a mama opowiadała historie o tym, jak w dzieciństwie też robiła pierniki z babcią. Wyobrażałam sobie tą młodą dziewczynkę, która dokładnie tak samo, jak ja, z zapałem wycinała ciasto.
Gdy pierniki zaczęły się piec, czekałyśmy z niecierpliwością, bo w powietrzu unosił się zapach, który sprawiał, że chciało się skakać z radości. Już czułam, jak w moim brzuszku rośnie głód na te pyszności. W końcu, gdy wyjęłyśmy je z piekarnika, były złociste i chrupiące, a mama delikatnie posypała je cukrem pudrem. Zadrżałam z radości, widząc ten widok. Pamiętam, że jeden piernik, ten w kształcie choinki, wzięłam do ręki i poczułam, jak ciepło od pieca wciąż go otula.
Zaraz po tym, jak pierniki ostygły, zaczęłyśmy je dekorować. Mama miała całą szufladę z kolorowymi lukrami, posypkami i orzechami. To był moment, gdy mogłam dać upust swojej wyobraźni. Siedziałyśmy przy stole, ja z wielką powagą układałam różne wzory, a mama podpowiadała mi, że możemy zrobić piernikowego ludzika z orzechami na głowie. Tego wieczoru śmiałyśmy się do późna, a nasze pierniki z każdą chwilą wyglądały coraz bardziej szalono.
Czas mijał, a ja czułam, że te chwile są wyjątkowe. Kiedy pokój wypełnił się blaskiem świec, a na parapecie stała choinka, cała rodzina zebrała się przy stole. Wszyscy byli podekscytowani, a ja, siedząc między braćmi, czułam się jak najważniejsza osoba na świecie. Wujek Janek przyniósł gitarę, a w salonie rozległy się dźwięki kolęd. Wszyscy zaczęli śpiewać, a ja, z piernikiem w ręku, czułam, że nic więcej mi nie potrzeba.
Kolędy rozbrzmiewały w całym domu, a śnieg sypał za oknem. W tej magicznej chwili czułam radość, jakiej wcześniej nie doświadczyłam. Wujek Janek śpiewał z pasją, a my wszyscy się do niego przyłączaliśmy. Wszyscy byli ze sobą, a ja miałam wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Świat był piękny, a ja byłam szczęśliwa.
Od tamtego wieczoru każde Boże Narodzenie ma dla mnie inny smak. Pierniki, które pieczemy w moim domu, zawsze przypominają mi o tamtym zimowym wieczorze w Kołomyi. O tej radości, ciepłym kominku i rodzinnych chwilach. Nawet teraz, gdy siadam przy stole z moimi wnukami, opowiadam im o tamtych czasach, a ich ciekawskie oczy patrzą na mnie z zachwytem. I choć minęły lata, tamten wieczór wciąż tli się w moim sercu jak najpiękniejsza wspomniana choinka, pełna kolorów i blasku.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię