0:000:00

Podręcznik z żarówką nad ladą

Historia Antoniego, ur. 1936

Stałem przy ladzie w księgarni, a moje palce błądziły po grzbiecie tej książki. Była gruba, oprawiona w ciemnozieloną płócienną okładkę, a złote litery na grzbiecie były już trochę wytarte. „Podręcznik chorób wewnętrznych” – czytałem w myślach, a w środku wszystko pracowało. To nie była zwykła książka. To był podręcznik, o którym mówił nam profesor na ostatnim wykładzie, ten, który miał być podstawą do egzaminu. A w księgarniach w Poznaniu, wszystkie, w których byłem, mówili to samo: nakład wyczerpany, może za miesiąc, może za dwa.

A tu, w tej małej księgarni przy ulicy, którą szedłem przypadkiem, wracając ze szpitala, ona była. Jedna sztuka. Leżała samotnie na półce z literaturą fachową, trochę zakurzona. Światło z żarówki wiszącej nad ladą padało na nią tak, że złoty napis mienił się słabo. Podeszła do mnie sprzedawczyni, starsza pani w okularach na łańcuszku.

– Pan student medycyny? – zapytała, patrząc na moją torbę, z której wystawał stetoskop. – Tak – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od zielonego grzbietu. – Ta książka… jest na sprzedaż? – Oczywiście. To ostatni egzemplarz. Leży tu już z tydzień.

Serce zabiło mi mocniej. Ostatni egzemplarz. Wyjąłem portfel. Był cienki. Płótno teczki, w której nosiłem notatki, było wytarte na rogach. Studencki budżet to była matematyka precyzyjna: stancja, bilety tramwajowe, najtańszy obiad w akademickiej stołówce, a reszta na książki. Często reszty nie było. Tę książkę profesor polecił jako niezbędną. Bez niej przygotowanie do egzaminu było jak budowanie domu bez fundamentu. Wiedziałem, że kosztuje. Wiedziałem, ile mam w portfelu. Przeliczyłem w myślach rachunki na ten miesiąc.

– Ile? – zapytałem, a głos mi się lekko załamał.

Pani spojrzała na małą, szarą metkę przyklejoną na pierwszej stronie. Wymieniła sumę. To było dokładnie tyle, ile miałem w portfelu. Ani grosza więcej. To znaczy, że przez resztę tygodnia musiałbym żyć o suchym chlebie i herbacie, a na tramwaj nie starczy. Do szpitala i na uczelnię miałem kawał drogi pieszo.

Stałem tak przez chwilę, wpatrzony w tę zieloną okładkę. Pachniała w tej księgarni starym papierem, klejem i kurzem. Za oknem mżył listopadowy deszcz, a szyby były zaparowane. Myślałem o ojcu, który w Koninie pracował wtedy w warsztacie, o matce, która cerowała po nocach nasze skarpety. O tym, jak odkładali, żebym ja mógł tu być. Wysyłali mi czasem kilka banknotów w liście, zawiniętych starannie w bibułkę, z dopiskiem „na coś potrzebnego”. To było „coś potrzebnego”. Ale wstydziłem się pisać po raz kolejny z prośbą. Byłem dorosły. Powinienem sobie radzić.

– Wezmę – powiedziałem wreszcie, a słowo wyszło ze mnie jak westchnienie.

Otworzyłem portfel. Wyjąłem wszystkie banknoty. Były pomięte, ciepłe od dotyku. Policzylem je na ladzie, jeden po drugim. To była dokładna kwota. Nie zostało nic. Pani wzięła pieniądze, skinęła głową i sięgnęła po książkę. Przewróciła kilka kartek, sprawdzając czy nie brakuje stron. Ja w tym czasie patrzyłem na pusty portfel. Człowiek w moim wieku powinien czuć dumę, że kupuje taką książkę. A ja czułem tylko ogromną, kamienną pustkę w żołądku. I wstyd. Wstyd przed tą panią, przed samym sobą, że jestem taki… goły.

– Proszę – powiedziała, podając mi książkę owiniętą w szary, szorstki papier. – Niech pan dobrze się uczy. Będzie z pana dobry lekarz.

Uśmiechnęła się. To był ciepły, zwykły uśmiech. Nie wiedziała, co się we mnie dzieje. Wzięłem paczuszkę. Była ciężka. Solidna. Poczułem ten ciężar w dłoniach i w duszy. Podziękowałem, włożyłem książkę do teczki, obok zeszytów, i wyszedłem na ulicę.

Deszcz mżył, drobny, zimny. Nie zapinałem płaszcza. Szedłem wolno, a teczka z nowym nabytkiem uderzała mi w nogę. Myślałem o tym, że teraz, zamiast jechać tramwajem, pójdę pieszo. To ze trzy kilometry. W butach, które już zaczynały przeciekać w miejscu, gdzie podeszwa łączy się z cholewką. Człowiek wtedy zauważa każdy szczegół. Czuje każdy kamień pod stopą. Słyszy każdy stukot obcasów innych przechodniów, którzy gdzieś śpieszą, pewni siebie.

Doszedłem do mostu nad Wartą. Stanąłem przy balustradzie. Rzeka była szara, zmącona, niosła ze sobą gałęzie i resztki jesieni. Wyjąłem tę książkę z teczki, zdjąłem papier. Zielona okładka w dziennym, szarym świetle wyglądała mniej dostojnie. Była po prostu książką. Grubą, drogą książką. Otworzyłem ją na chybił trafił. Trafiłem na rozdział o niewydolności serca. Diagramy, tabele, długie, skomplikowane opisy. Zacząłem czytać jeden akapit. Potem drugi. Słowa układały się w zdania, zdania w sens. To był suchy, naukowy język, ale dla mnie w tamtej chwili brzmiał jak obietnica. Jak klucz. Przestałem na moment czuć wilgoć w butach i pusty portfel. Poczułem coś innego. Ciekawość. To było to samo uczucie, które pamiętałem ze szkoły, od pana Kaczmarka, kiedy pokazał nam ten mikroskop. „W środku świata jest jeszcze jeden świat”. A tu, w tej książce, był świat ludzkiego ciała, świat chorób, które trzeba zrozumieć, żeby pomóc.

Zamknąłem książkę. Włożyłem ją z powrotem do teczki, ale już inaczej. Nie jako ciężar, ale jako narzędzie. Ruszyłem dalej, już szybciej. Deszcz przestał mi przeszkadzać. Szedłem tymi kilkoma kilometrami do domu, a w głowie układałem plan: dziś wieczorem zacznę od tego rozdziału o sercu. A przez ten tydzień, zanim dostanę kolejną wypłatę za dyżur, będzie suchy chleb. Będzie herbata. Przeżyje się. Przecież nie pierwszy raz.

Gdy doszedłem do swojej stancji, pod małym, ciemnym podwórkiem, było już całkiem ciemno. W kieszeni płaszcza znalazłem ostatnie dwa złote, które przeoczyłem w portfelu. Dwa złote. To wystarczyło na bochenek chleba i kostkę margaryny na cały tydzień. A herbata… herbatę miałem jeszcze trochę w pudełku.

Wszedłem do swojego pokoju. Był malutki, z jednym oknem na śmietnik. Zapaliłem lampę na biurku. Położyłem zieloną książkę przed sobą. Obok zeszyt i ołówek. Zdejmując mokry płaszcz, poczułem zapach tej nowej książki – świeżej farby drukarskiej i kleju. Usiadłem. Otworzyłem ją na pierwszej stronie. Napisałem na marginesie, swoim równym, starannym pismem: „Poznań, listopad”. Nie napisałem roku. Nie musiałem. Wiedziałem, że ten rok zapamiętam.

I zacząłem czytać. Słowa pochłaniałem. Godziny mijały. Głód, który zaczął się odzywać, był tylko dalekim, niewygodnym sąsiadem. Nie było go w tym pokoju, przy tym świetle lampy, na tej stronie. Była tylko ta wiedza. Ta zielona, ciężka, wytarta na grzbiecie obietnica.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię