0:000:00

Babciny fartuch

Historia Danuty, ur. 1966

Stałam na drewnianej podłodze sali gimnastycznej, w pierwszym rzędzie, tuż przed wielką biało-czerwoną flagą. Mundurek, ten granatowy fartuch, uwierał mnie pod pachami, bo mama przyszyła nowe gumki i były za ciasne. Buty trochę uwierały w palce. Ale nie wolno się było ruszać. Stałam wyprostowana, ręce wzdłuż szwów spódnicy. Przed nami, na małym podium, stała pani od muzyki. Miała na sobie szarą garsonkę i patrzyła na nas takim wzrokiem, który widział każde, najmniejsze otwarcie ust.

To był apel. Nie pamiętam już z jakiej okazji, może święto pracy. Ważne było, że cała szkoła stała na tej sali, a my, wybrani z różnych roczników, mieliśmy zaśpiewać. Nie piosenkę harcerską, ale coś poważnego, o ojczyźnie. Uczyliśmy się tego tygodniami. Ja zawsze trafiałam do pierwszego rzędu. Nie dlatego, że byłam najwyższa – byłam średniego wzrostu. I nie dlatego, że miałam najładniejszy głos. Pani mówiła, że to dlatego, iż śpiewam równo i nie zamykam ust na samogłoskach. „Ty, Danusiu, jak śpiewasz, to widać, że wierzysz w te słowa” – powiedziała mi raz. A ja nie bardzo wiedziałam, w co mam wierzyć, poza tym, że trzeba śpiewać czysto.

Zapach w sali był specyficzny. Mieszanina kurzu z desek, stęchlizny ze starych materacy za kotarą i tego ostrego, szkolnego mydła. A do tego jeszcze zapach wielu dzieci, przegrzanych w sweterkach. Stałam i wciągałam ten zapach nosem, bo był znajomy. Za plecami słyszałam ciche szuranie butami, kaszelek. Pani dyrektor, stojąca z boku, przeszyła nas surowym spojrzeniem i szmer ustał. Zrobiła się taka cisza, że słyszałam tykanie wielkiego zegara na korytarzu.

Pani dyrygentka uniosła ręce. Jej dłonie były smukłe. Patrzyłam na nie. Uniosły się, zawisły na chwilę, a potem dały lekki znak do wdechu. Wciągnęłam powietrze. I wtedy, w tej ciszy, tuż zanim mieliśmy zacząć, usłyszałam coś innego. Zza okien, które wychodziły na podwórko, dobiegł mnie znajomy gwizd. Długi, potem dwa krótkie. To był gwizd Jurka, mojego brata. Umiemy tak gwizdać, żeby się usłyszeć. Ten znaczył: „gdzie jesteś?”. Jurek stał na pewno za ogrodzeniem i czekał na mnie, żeby iść razem do domu.

Ten gwizd, taki zwyczajny, wbił się w tę ciszę. Nagle poczułam, jak bardzo mi ciasno w tych gumkach. Jak uwierają buty. Jak ja stoję w tym pierwszym rzędzie, a mój brat jest tam, za oknem, w normalnym świecie, gdzie się gwiżdże i biega.

Palce pani drgnęły i opadły. To był sygnał.

Pierwsze dźwięki wydobyły się z naszych gardeł niepewnie. „Kiedy ranne wstają zorze…” Nie, to nie ta. To była inna. Na sekundę zapomniałam słów. Otworzyłam usta. Melodia popłynęła sama, znałam ją. Ale słowa pierwszej zwrotki uciekły gdzieś. Patrzyłam prosto przed siebie, na plecy pani dyrygentki, i śpiewałam cicho, na „a”, żeby nikt nie zauważył, że tylko poruszam ustami. Serce waliło mi mocno. Było mi głupio. Miałam śpiewać równo i głośno, a teraz tak robiłam.

Obok stała Ela z mojej klasy. Śpiewała, zaczerwieniona z wysiłku. Słyszałam ją. Słyszałam też słowa. Powoli zaczęły wracać. Pod koniec pierwszej zwrotki już je złapałam. To było coś o ziemi.

Na początku drugiej zwrotki włączyłam się już pełnym głosem. Ten wstyd zamienił się w coś innego – w upór. Skoro już tu stoję, to nie będę udawać. Będę śpiewać. Nie myślałam o znaczeniu słów. Myślałam o tym, żeby dźwięk wychodził równo, żeby samogłoski były okrągłe. Żeby pani dyrygentka, gdy się odwróci, widziała, że robię to dobrze.

I wtedy, śpiewając, rozejrzałam się oczami, nie ruszając głowy. Po lewej stał chłopak z ósmej klasy, którego wszyscy się bali. Teraz śpiewał, zmarszczony z koncentracji. Po prawej mała Ola z drugiej klasy stała na palcach, żeby lepiej widzieć, i jej cienki głosik piął się wysoko. Patrzyłam na tę flagę przed nami. Była ogromna. Czerwone pasy wydawały się w tym półmroku niemal brunatne. Powiewała lekko od przeciągu.

I nagle, śpiewając dalej, poczułam coś dziwnego. Nie patryotyzm. Poczułam jedność. Nie z ideą, ale z tymi wszystkimi stojącymi obok mnie dziećmi. Z tym chłopakiem, z Olą, z Elą. Z panią dyrygentką. Śpiewaliśmy to samo, w tym samym momencie. Dźwięk, który wydobywał się z nas, nie był już zbiorem pojedynczych głosów. Był jedną falą. Czułam ją w klatce piersiowej, czułam, jak moje gardło drga razem z innymi. To było fizyczne.

I w tej chwili przestały uwierać gumki. Przestały uwierać buty. Stałam w nich, ale byłam gdzie indziej. Byłam w tym dźwięku. Byłam częścią czegoś większego. To nie było wzniosłe. To było mocne. Jakbym była częścią maszyny, która teraz działa, a ja jestem jej ważną częścią.

Apel się skończył. Ostatni dźwięk rozpłynął się. Pani opuściła ręce. Była cisza, potem rozległ się suchy klask pani dyrektor, a za nim – nieśmiała owacja. My staliśmy dalej, aż pani skinęła głową, że możemy się rozejść.

Gdy szłam do szatni, nogi miałam jak z waty, a gardło lekko drapało. Ela trąciła mnie ramieniem. – Śpiewałaś super – szepnęła. – Ty też – odparłam, ale głos mi się załamał i musiałam odkaszlnąć.

Przebierałam się w płaszcz powoli. W uszach wciąż dźwięczała mi ta melodia. Na podwórku, przy bramie, czekał Jurek. Wyrzucał kamyczki butem. – No nareszcie – mruknął. – Strasznie długo. – Apel – wyjaśniłam krótko. – A co, ładnie śpiewaliście? – Śpiewaliśmy – powiedziałam, i to było wszystko.

Szliśmy w stronę domu, a ja wciąż czułam w gardle to echo wspólnego dźwięku. Jurek gadał o czymś, o meczu, o nowym śmigle do modelu. Kiwałam głową, ale słyszałam go jakby z oddali. Wewnątrz mnie wciąż grała ta pieśń. I choć minęło już wiele lat, do dziś pamiętam to uczucie: stać w pierwszym rzędzie, być częścią czegoś, co nagle ożywa. Przez tę krótką chwilę śpiewu nie byłam już tylko Danusią, ale częścią czegoś, co wypełniało całą salę. To nie była duma. To była czysta, fizyczna pewność, że skoro potrafię tyle dźwięku wypuścić z siebie i połączyć go z innymi, to znaczy, że gdzieś we mnie jest siła. I ta myśl, wtedy jeszcze niewyraźna, była cichsza od gwizdu Jurka, ale została ze mną na długo.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię