0:000:00

Spadający basen

Historia Alicji, ur. 1977

Światło latarni za oknem sali rozchodziło się po suficie żółtawą plamą. Leżałam na tym szpitalnym łóżku polowym, rozstawionym między dwoma prawdziwymi, i wpatrywałam się w ten sufit. Nie spałam. Nie mogłam spać. W uszach wciąż dzwonił mi ten jeden, ostry dźwięk spadającego na podłogę metalowego basenu. I ten zapach. Mieszanina krwi, płynu owodniowego i środka dezynfekującego. Mocniejsza, bardziej zwierzęca niż wszystko, co znałam z praktyk. Oddychałam głęboko, ale ten zapach wsiąkł już chyba w moją skórę, w włosy spięte z tyłu, w biały kitel.

To był mój pierwszy samodzielny nocny dyżur na porodówce. Nie praktyki, nie asysta. Samodzielny. Miałam pod opieką trzy panie. Jedna spała, zmęczona wczesnymi skurczami. Druga chodziła w kółko po korytarzu, trzymając się za krzyż. A ta trzecia… ta trzecia właśnie rodziła. I ja byłam przy tym. Nie starsza pielęgniarka, nie położna. Ja. Alicja, świeżo upieczona absolwentka technikum, która jeszcze pół roku temu bała się podać kroplówkę.

Przez całą noc moje ręce były zimne i wilgotne. Za każdym razem, gdy wchodziłam do tej sali porodowej, czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Ale musiałam być spokojna. Uśmiechać się. Mówić „proszę oddychać”, „proszę popchnąć”, głosem, który w moich własnych uszach brzmiał obco, jakby należał do kogoś dorosłego i pewnego siebie. A w środku miałam zamieć. Myślałam tylko: „Boże, niech wszystko będzie dobrze. Niech ja niczego nie przeoczę. Niech ona tylko urodzi zdrowo”.

I urodziła. Chłopczyk. Krzyczał tak, że aż się rozległo po całym korytarzu. Kiedy położna położyła go na brzuchu mamy, a ta wyciągnęła do niego drżące ręce, coś we mnie pękło. Nie płacz, ale takie ogromne, ciepłe uczucie ulgi, które rozlało się po klatce piersiowej. Wzięłam tego malutkiego, czerwonego, wijącego się człowieka, żeby go zważyć, zmierzyć. Był taki ciepły. I mokry. I prawdziwy. Trzęsły mi się ręce, gdy owijałam go w pieluszkę. Bałam się, że go upuszczę. On patrzył na świat przez pół przymknięte powieki, zupełnie obojętny na mój strach.

Potem było sprzątanie. Wynoszenie zużytych materiałów, mycie. I wtedy upadł ten basen. Nagle, z głuchym, metalicznym łoskotem, który w nocnej ciszy wydał mi się hukiem. Skoczyłam jak oparzona. Starsza położna, która nadzorowała mnie tego wieczora, tylko się uśmiechnęła. „Przyzwyczaisz się”, powiedziała cicho. „Pierwszy raz zawsze jest najtrudniejszy”.

Teraz leżałam i myślałam właśnie o tym „przyzwyczaisz się”. Czy ja chcę się przyzwyczaić? Czy chcę, żeby ten zapach, ten dźwięk, ten nieustający dreszcz w żołądku stały się czymś normalnym? Z drugiej strony pamiętałam twarz tej młodej mamy, gdy przytulała synka. To zmęczenie, pot, łzy, a nad tym wszystkim taki blask. Takie zwycięstwo. I ja tam byłam. Choć przez większość czasu stałam jak słup soli, to jednak byłam. Pomogłam. Podałam, przytrzymałam, otarłam pot z czoła.

Za oknem zaczynało szarzeć. Żółta plama na suficie zbladła, rozmyła się. Słyszałam już pierwsze odgłosy budzącego się szpitala: daleki brzęk tac, skrzyp wózka, cichy głos dyżurki przy telefonie. Za chwilę miała przyjść zmiana dzienna. Musiałam dopisać dokumentację. Sprawdzić jeszcze raz moje panie.

Przetarłam twarz dłońmi. Byłam strasznie zmęczona. Każda kość, każdy mięsień bolał, jakbym to ja przez całą noc przechodziła poród. Ale wstałam. Włożyłam znów ten biały kitel, który wydawał mi się teraz cięższy, inny. Nie był już tylko uniformem. Coś się w nim zmieniło. Albo we mnie.

Kiedy wychodziłam z tej małej sypialni dla personelu, na korytarzu spotkałam go. Stał przy oknie, patrząc na rozjaśniające się podwórko szpitalne. Miał taką samą, pomiętą po nocy twarz jak ja. To był Paweł, pielęgniarz z oddziału wewnętrznego, kończył swoją noc. Widywaliśmy się wcześniej przy okazji przekazywania pacjentów, zamienialiśmy kilka zdawkowych zdań. Tym razem też skinął tylko głową. „Dyżur?” zapytał. „Pierwszy samodzielny”, odparłam, a głos mi się załamał. Nie wiem czemu to powiedziałam. Może ze zmęczenia.

Popatrzył na mnie przez chwilę. Jego oczy też były podkrążone. „Udało się?” spytał. Skinęłam głową. „Chłopiec. Zdrowy”. Uśmiechnął się. To nie był ten służbowy, zawodowy uśmiech. To był zwykły, ludzki uśmiech. „No to dobrze”, powiedział. „Idziesz do domu?”. „Jeszcze dokumentacja”, westchnęłam.

Stał tak przez moment, jakby się wahał. „Ja też kończę”, rzucił w końcu. „Jak skończysz… może kawa w bufecie? Na rozbudzenie przed drogą”. Powiedział to tak po prostu, tak naturalnie, że nie przyszło mi do głowy odmówić. Skinęłam znowu głową. „Dobrze”.

Poszłam dopisywać te kartoteki. Dłonie już mi się nie trzęsły. Kiedy wpisywałam dane noworodka, jego wagę, długość, czas urodzin, poczułam dziwną pewność. Tak, to ja to zrobiłam. To ja tu byłam. Ten pierwszy, trudny raz miał już swoją konkretną datę, godzinę, imię i nazwisko. Przestał być abstrakcją.

Spotkaliśmy się potem przy automacie z kawą. Ta kawa była okropna, gorzka i wodnista. Ale była gorąca. Trzymałam kubek w obu dłoniach, rozgrzewając palce. Rozmawialiśmy nie o pracy. O niczym. O tym, że za oknem ładny wschód słońca. Że autobusy dziądl rano jeżdżą. Ta zwykła, codzienna rozmowa po tej niezwykłej nocy była jak oddech. Jak powrót do normalności, która nagle wydała mi się bardzo cenna.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, słońce już stało nisko, zalewając fasadę ciepłym, wrześniowym światłem. Wciągnęłam w płuca poranne, chłodne powietrze. Nie pachniało już dezynfekcją. Pachniało miastem, spalinami, trochę pieczonym chlebem z pobliskiej piekarni. Ten zapach z dzieciństwa. Szłam powoli na przystanek. W głowie miałam wciąż ten obraz – czerwonego, krzyczącego chłopca i wyciągnięte, drżące ręce matki. I dźwięk spadającego basenu. I zapytanie o kawę.

Nie wiedziałam wtedy, oczywiście, co z tego wyniknie. Że te nocne dyżury staną się naszą wspólną codziennością. Że ten chłopczyk z mojego pierwszego porodu ma dziś pewnie już własne dzieci. Myślałam tylko, że przeżyłam. Że ten pierwszy raz mam za sobą. I że kawa, nawet najgorsza, smakuje lepiej, gdy się ją pije z kimś, kto też właśnie skończył swoją noc. Czułam się jednocześnie staro i bardzo, bardzo młodo. Jakbym w ciągu tych kilku godzin urósł o kilka lat, a jednocześnie była wciąż tą małą Alicją z Mikołowa, która trochę się boi świata. Tyle że ten świat przestał być taki duży i obcy. Stał się trochę mój. Przynajmniej ten kawałek przy szpitalnym oknie, z kubkiem gorącej, lichej kawy w dłoniach.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię