Zielony wojskowy plecak
Historia Jana, ur. 1934
Stary, zielony plecak stał oparty o nogę stołu. Był wypchany po brzegi, a przez siatkę na bocznej kieszeni widać było słoik z robakami i zwiniętą w kółko linkę. To nie był mój plecak. Mój był mniejszy, płócienny, z jednym paskiem. Ten był wojskowy, z grubego, szorstkiego materiału, z metalowymi klamrami, które szczękały przy każdym ruchu. Należał do wujka Staszka, brata mojej matki. A ja, może dziesięcioletni chłopak, miałem go nieść.
Wujek szedł przodem, jego szerokie plecy zasłaniały mi pół ulicy. Szedł takim swoim, kołyszącym krokiem, jakby zawsze miał pod stopami pokład statku, a nie bruk Płocka. Nie oglądał się za mną. Po prostu szedł, a ja dreptałem za nim, dźwigając ten plecak, który ciążył mi coraz bardziej. Pasek wrzynał się w ramię. Pachniało z niego wilgocią, starym płótnem, tytoniem i jeszcze czymś obcym, czego wtedy nie umiałem nazwać. Teraz wiem, że to był zapach wojska, zapach czegoś, co nie należało do naszego spokojnego, powojennego już, ale wciąż ostrożnego świata.
Nie szliśmy nad Wisłę tam, gdzie ja zazwyczaj chodziłem z kolegami, na te łatwe miejsca przy skarpie. Szliśmy w dół, w stronę nabrzeża, gdzie cumowały większe łodzie i gdzie kręcili się ludzie z prawdziwym sprzętem. Mijaliśmy magazyny, niskie budynki z cegły, których okna były zabite deskami. W powietrzu unosił się zapach ryb, smoły i zgnilizny, ten specyficzny, słodkawy zapach wody, która stoi zbyt długo przy drewnie.
Wujek w końcu się zatrzymał przy niewielkiej, drewnianej łódce przywiązanej do pala. Była stara, farba odpryskiwała, a na dnie leżała kałuża brązowej wody. – Wrzuć tamto – mruknął, wskazując brodą na plecak. Z trudem zdjąłem go z ramienia i wsunąłem do łódki. Trzasnęła cicho, kołysząc się na wodzie. Wujek wskoczył do niej jednym, płynnym ruchem, a łódka zatrzeszczała i zanurzyła się głębiej. Wyciągnął do mnie rękę. – No chodź. Nie bój się, nie utoniesz.
Jego dłoń była ogromna, twarda i szorstka jak papier ścierny. Pociągnął mnie tak, że prawie wpadłem do łódki na czworaka. Usiadłem na wąskiej ławeczce na dziobie, kurczowo trzymając się jej krawędzi. Drewno było mokre i chłodne przez spodnie. Wujek odepchnął się od brzegu, wziął do rąk wiosła i zaczął wiosłować. Nie mówił nic. Słychać było tylko skrzypienie dulki, plusk wioseł w wodzie i daleki, stłumiony gwar z miasta. Płynęliśmy wzdłuż brzegu, potem wujek skierował łódkę w poprzek rzeki, ku drugiemu brzegowi, gdzie rosły gęste wikliny.
Bałem się. Nie bałem się wody, umiałem pływać, ale bałem się tej ciszy, tej powagi wujka, tego całego nieznanego rytuału. W domu mówiło się o nim półgębkiem. Był na wojnie, wrócił, ale jakby nie do końca. Miał dziwny spokój, który czasem wyglądał na obojętność. Patrzył na świat tak, jakby już nic w nim nie mogło go zaskoczyć, ani rozzłościć. Dla mnie, chłopaka, który wszystko musiał dotknąć, wszystkiego spróbować, to było niezrozumiałe.
Dopłynęliśmy do zatoczki wśród wiklin. Woda była tu spokojniejsza, prawie nieruchoma. Wujek zarzucił małą kotwiczkę, wyciągnął z plecaka dwie wędki. To nie były moje patyki z leszczyny. To były solidne, ciemne, bambusowe wędziska z mosiężnymi przelotkami. Wyciągnął też małe, drewniane pudełeczko. Gdy je otworzył, zobaczyłem haczyki. Leżały równiutko obok siebie, różnej wielkości, połyskujące w słońcu, które zaczynało przebijać się przez poranną mgiełkę. Wyglądały jak skarby.
– Podaj – powiedział, a ja podałem mu słoik z robakami. Wyjął jednego, ciemnego, tłustego, i nabijał go na haczyk z precyzją, której się u niego nie spodziewałem. Jego grube palce poruszały się delikatnie, pewnie. – A ty umiesz? – zapytał, nie podnosząc wzroku. – Trochę – wykrztusiłem. – Na leszczynę. – To sobie zrób. Tylko uważaj, żeby się nie zakłuć.
Podał mi wędkę i pudełko z haczykami. Moje ręce drżały. Haczyki były takie małe, a żyłka taka śliska. Próbowałem nałożyć robaka, ale zsuwał się, rozrywał. Wujek obserwował mnie przez chwilę, a potem po prostu wyciągnął swoją wędkę, zdjąć z haczyka swojego, idealnie nabitego robaka i podał mi go. Wziął mój haczyk, wbił w niego nowego robaka jednym ruchem i oddał mi wędkę. – Rzuć tam, gdzie te korzenie wystają – wskazał miejsce pod zwisającymi gałęziami wierzby.
Zapuściłem. Moja spławik kołysał się na wodzie, czerwony i biały, taki wyraźny w szarej toni. Obok niego, może na długość ręki, znalazł się spławik wujka. I tak siedzieliśmy. Godzinę, może dwie. Cisza nie była już straszna. Stała się pełna. Słyszałem brzęczenie owadów, plusk ryby gdzieś dalej, szelest liści na brzegu. Zapach wody, mułu i wilgotnych roślin wypełnił mi głowę, wypierając wszystkie inne myśli. Czułem tylko napięcie w rękach, które trzymały wędzisko, i wzrok wbity w ten czerwony punkcik.
Wujek złowił pierwszego. To był niewielki okoń. Wyciągnął go, błyszczącego srebrno-zielonego, zdjął z haczyka i wrzucił do wiaderka z wodą, które postawił w łódce. Nie powiedział ani słowa. Ja wciąż nic. Niecierpliwiłem się, myślałem, że coś robię źle. W końcu szarpnąłem wędką, żeby sprawdzić, czy przynęta jeszcze jest. Spławik zanurzył się gwałtownie i wędka wygięła się w łuk. – Trzymaj! – usłyszałem tylko głos wujka, ostry i krótki.
Nie wiedziałem, co robić. Wędka szarpała się w moich rękach jak żywa. Czułem przez ten bambus potężne, miarowe szarpnięcia. – Nie szarp! Puszczaj żyłkę, jak ciągnie! Po prostu trzymaj! Starałem się robić to, co mówił, ale ręce miałem jak z waty. Ryba ciągnęła mnie to w lewo, to w prawo, a ja bezradnie poddawałem się tym ruchom, walcząc tylko o to, żeby nie wypuścić wędziska z rąk. Trwało to wieczność. W końcu szarpnięcia stały się słabsze. Wujek pochylił się nad burtą, sięgnął do wody i jednym ruchem wyciągnął wielkiego, srebrzystego leszcza. Leżał na dnie łódki, oddychał szybko, otwierając i zamykając skrzela. Był ogromny. Największy, jaki w życiu widziałem.
Patrzyłem na niego, nie mogąc wydusić słowa. Serce waliło mi jak młot. Wujek spojrzał na rybę, potem na mnie. I wtedy się uśmiechnął. To nie był szeroki uśmiech, tylko takie lekkie uniesienie kącików ust, ale w jego oczach pojawił się błysk, którego wcześniej nie widziałem. Błysk czegoś w rodzaju uznania, a może nawet radości. – No – powiedział tylko. – To się nazywa ryba.
Zdjął leszcza z haczyka, ostrożnie, i włożył go do wiaderka. Potem usiadł z powrotem, nabrał nowego robaka na swój haczyk i znów zarzucił wędkę. Siedział tak, jakby nic się nie stało. Ale dla mnie wszystko się stało. Ciężar plecaka, strach, niepewność – wszystko to zniknęło. Pozostało tylko to uczucie walki, ten dreszcz w rękach i ten błysk w oku wujka. Siedziałem wyprostowany, trzymając wędkę mocniej, pewniej. Czułem zapach tej ryby, słodkawy, zmieszany z zapachem mułu. Czułem chłód poranka, który teraz już nie był nieprzyjemny. I czułem, po raz pierwszy, że jestem tu nie jako dziecko, które się plącze, ale jako ktoś, kto może usiedzieć w ciszy, może coś złowić, może zrozumieć ten spokój, który bił od wujka.
Nie pamiętam, czy złowiłem coś jeszcze tego dnia. Pamiętam drogę powrotną, kiedy wiosłował, a ja siedziałem przy leszczu w wiaderku, od czasu do czasu zaglądając do niego. Pamiętam, jak wujek, gdy wyszliśmy na brzeg, wyjął z plecaka sznurek, przewiązał go przez skrzela ryby i podał mi go. – Noś – rzekł. – Swoją zdobycz się nosi.
Niosłem tego leszcza przez pół miasta. Ogon ocierał mi się o nogawkę. Ludzie się oglądali. Ja nie patrzyłem na nich. Patrzyłem przed siebie, na plecy wujka, które szły kołyszącym krokiem, i czułem dumę. Ciężką, cichą dumę, która wypełniała mnie po brzegi, tak jak ten stary, zielony plecak był wypełniony sprzętem. W domu, gdy pokazałem rybę rodzicom, matka aż krzyknęła ze zdziwienia. Wujek tylko skinął głową. – Chłopak ma cierpliwość – powiedział. I to było wszystko. Ale dla mnie to było wszystko. To i ten uśmiech na nabrzeżu, który pamiętam do dziś, lepiej niż kształt tamtej ryby.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię