Lata szkolne
Historia Stefana, ur. 1945
To był rok 1955. Skończyłem dziesięć lat i nagle świat wokół mnie zaczął gwałtownie pęcznieć. Gruzy, które do tej pory były moim naturalnym środowiskiem, zaczęły znikać pod warstwami asfaltu i świeżego betonu. Ale to nie tylko miasto się zmieniało – zmieniało się coś w powietrzu. Umarł Bierut, potem przyszedł Gomułka, a my, dzieciaki z Woli, musieliśmy zamienić proce na cyrkle i zeszyty w trzy linie.
Moja szkoła podstawowa była jedną z tych „tysiąclatek”, choć budowano je oficjalnie nieco później, ta moja już wtedy pachniała nowością i chloraminą. Pamiętam ten pierwszy dzień po wakacjach 1955 roku. Miałem na sobie granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem – matka całą noc go cerowała, żeby nie było widać, że to zdobyczna tkanina niewiadomego pochodzenia.
Największą zmorą była stalówka. „Stefek, nie drap!” – krzyczała pani Wiśniewska, nasza nauczycielka od polskiego. Pisanie piórem z obsadką było dla mnie, chłopaka o dłoniach przyzwyczajonych do rzucania cegłami, torturą. Maczałem stalówkę w kałamarzu, który tkwił w otworze ławki, a potem walczyłem o każdą literę. Jedna kropla za dużo i na papierze lądował kleks – czarny potwór, który przekreślał całą stronę moich starań. Kleksy były jak wyroki. Każdy z nich oznaczał, że jestem „niechlujny”, co w tamtych czasach było niemal grzechem przeciwko socjalistycznej dyscyplinie.
Rok 1956 zapamiętałem jako czas wielkiego szeptania. Dorośli nagle przestali milknąć, gdy wchodziłem do kuchni. W radiu, które ojciec w końcu naprawił, rzęziły przemówienia. Nie rozumiałem wszystkiego, ale czułem, że lęk, który dusił nas przez lata, zelżał.
Na podwórku też się zmieniło. Pojawiły się pierwsze piłki skórzane – prawdziwe, pachnące garbarnią, a nie szmacianki wypchane trocinami. Graliśmy „blok na blok”. Ja byłem na bramce. Nauczyłem się tam więcej o życiu niż na lekcjach religii, na którą biegaliśmy po kryjomu do salki przy kościele św. Klemensa. Na boisku liczyło się tylko to, czy masz twarde łokcie i czy potrafisz przyjąć cios na klatkę bez mrugnięcia okiem.
Gdy wszedłem w wiek nastoletni, około 1959 roku, Warszawa stała się dla mnie miastem kolorowych ptaków. Z zapartym tchem patrzyłem na starszych chłopaków – „bikininiarzy”. Nosili wąskie spodnie, buty na grubej podeszwie zwane „słoniami” i krawaty w palemki. Ojciec mówił o nich „pasożyty”, ale dla mnie byli symbolem wolności.
Marzyłem o dżinsach. Oryginalne „Levisy” były dostępne tylko w komisie albo z paczek z Ameryki, których my nie dostawaliśmy. Matka, widząc moją udrękę, kupiła na bazarze na Różyckiego materiał, który udawał dżins – sztywny, farbujący nogi na niebiesko, ale po uszyciu u miejscowego krawca wyglądały niemal jak prawdziwe. Gdy pierwszy raz wyszedłem w nich na Chmielną, czułem się, jakbym szedł po Broadwayu, choć w kieszeni miałem tylko kilka groszy na lody „Pingwin”.
Liceum to był już inny poziom gry. Trafiłem do technikum mechanicznego, bo ojciec uparł się, że „fach to fach, a z rysowania domków chleba nie będzie”. Tam poznałem Marka. Marek miał starszego brata, który studiował i przynosił nam zakazane książki oraz płyty.
Siedzieliśmy u niego w pokoju, paląc pierwsze papierosy „Giewonty” i słuchając jazzu. To był czas, kiedy ta muzyka przestała być „wroga klasowo”, ale wciąż miała posmak buntu. Louis Armstrong, potem pierwsi polscy jazzmani... Ta muzyka była jak nasza Warszawa – trochę połamana, trochę improwizowana, ale pełna życia.
W szkole jednak system nie odpuszczał. Przysposobienie Obronne, nauka o konstytucji PRL – to były godziny nudy, które zabijaliśmy graniem w statki w ostatnich ławkach. Pamiętam profesora od fizyki, pana Jana, który jako jedyny traktował nas jak ludzi. Kiedyś, gdy cała klasa przyszła z czarnymi opaskami na rękawach po śmierci jakiegoś zachodniego aktora, on tylko spojrzał na nas, westchnął i zamiast wstawić dwóje, zaczął opowiadać o tym, jak działa światło w soczewce aparatu fotograficznego. To wtedy zrozumiałem, że wiedza to też forma ucieczki.
Nie da się opowiedzieć o tamtych latach bez kina. Kino było naszą świątynią. „Moskwa”, „Skarpa”, „Relax” – tam uciekaliśmy przed szarością. Pamiętam moją pierwszą randkę z Krysią, dziewczyną z klasy medycznej. Poszliśmy na film z Jamesem Deanem. Czułem się, jakbym to ja był tym „Buntownikiem bez powodu”.
Trzymałem ją za rękę, a dłoń mi się pociła tak samo, jak kiedyś nad kałamarzem w pierwszej klasie. Krysia pachniała tanimi perfumami „Pani Walewska” i świeżo wypranym płaszczem. Po filmie odprowadziłem ją pod kamienicę na Ochocie. Pierwszy pocałunek smakował miętówkami i strachem, że jej ojciec wyjdzie na balkon. To był moment, w którym Warszawa przestała być dla mnie zbiorem budynków, a stała się mapą miejsc, gdzie warto było żyć.
Kiedy Gagarin poleciał w kosmos, w Warszawie zapanował szał. Pamiętam te nagłówki w „Trybunie Ludu”, te wielkie plakaty. Wydawało się, że teraz wszystko jest możliwe, że zaraz będziemy latać na księżyc. Ale rzeczywistość szybko nas sprowadzała na ziemię. W sklepach zaczęło brakować wszystkiego, a kolejki stały się stałym elementem krajobrazu.
W 1962 roku, tuż przed maturą, poczułem pierwszy raz smak politycznego gorzka. Marek, mój przyjaciel, został wyrzucony ze szkoły za to, że podczas pochodu pierwszomajowego niósł transparent w sposób, który uznano za „ironiczny”. Widziałem, jak go zabierają do dyrektora, jak potem jego matka płakała na korytarzu. To była lekcja, że choć stalinizm minął, to system wciąż ma długie zęby.
Egzaminy maturalne w 1963 roku zdawałem w upale. Sala gimnastyczna, stoły przykryte zielonym suknem i ten specyficzny zapach stresu. Pisałem wypracowanie o „roli pracy w kształtowaniu postawy obywatelskiej”, ale w głowie miałem tylko jedno: co dalej?
Wiedziałem, że czeka na mnie wojsko. W tamtych czasach to było nieuniknione, chyba że było się jedynym żywicielem rodziny albo kaleką. Ojciec patrzył na mnie z dumą, gdy odebrałem świadectwo, ale w jego oczach widziałem też smutek. Wiedział, że wypuszcza mnie w świat, który on sam przestał rozumieć.
W noc po maturze poszliśmy całą paczką nad Wisłę. Piliśmy tanie wino, śpiewaliśmy piosenki, które wtedy były modne, i patrzyliśmy na światła nowej Warszawy odbijające się w mętnej wodzie. Czułem się niezwyciężony, choć nie miałem w kieszeni nic poza dowodem osobistym i biletem do kina.
Kiedy patrzę na te lata 1955–1963, widzę siebie jako chłopaka, który desperacko próbował zrzucić z siebie pył gruzów z dzieciństwa. To był czas hartowania się. Warszawa przestała być dla mnie miejscem, w którym się przetrwało, a stała się miejscem, które chciałem zdobywać. Nie wiedziałem jeszcze, że za chwilę założę mundur, a potem los rzuci mnie nad morze, do Gdańska, gdzie historia napisze kolejny, jeszcze bardziej burzliwy rozdział.
Ale wtedy, w czerwcu 1963 roku, byłem po prostu Stefanem – młodym mężczyzną, który wierzył, że najgorsze już minęło, a świat stoi przed nim otworem, nawet jeśli ten otwór był ograniczony przez drut kolczasty granic PRL-u.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię