Zielone blaszane wiadro
Historia Jana, ur. 1934
To było takie małe, blaszane wiadro, pomalowane na zielono, ale farba już dawno odchodziła płatami, pokazując rdzawy metal. Stało w kącie naszej sieni, obok drewnianej skrzyni na węgiel. Zwykle trzymało się w nim wodę do mycia podłogi albo do płukania szmat. Ale tego dnia, pamiętam, było w nim coś innego. Woda w środku była mętna, brudnawa, i pływały w niej małe, srebrne rybki. Ukleje. Patrzyłem na nie, przycupnięty na progu, z brodą opartą na kolanach. Były takie żywe, takie błyskawiczne. Jak tylko zbliżyłem palec do tafli, wszystkie naraz szarpnęły się w przeciwną stronę, rozbryzgując krople na drewnianą podłogę.
Miałem może z dziesięć lat. To było już po wojnie, ale miasto jeszcze wtedy nie podniosło się do końca. Wszędzie czuło się ten pył, ten zapach gruzu zmieszanego z wiosenną wilgocią. Ale nad Wisłą, to było zupełnie inne miejsce. Tamten zapach pamiętam do dziś: zgniłe drewno pomostów, muł, świeżą wodę, która w upalne dni pachniała jak kamień. I te dźwięki: plusk fal obijających się o brzeg, skrzypienie lin cumowniczych, dalekie pohukiwanie parowca.
Nie miałem wtedy jeszcze porządnej wędki. Mój pierwszy kij to była prosta gałąź leszczyny, którą sam sobie wybrałem w zaroślach nad skarpą. Była prosta, giętka, a kora była gładka, prawie aksamitna w dotyku. Żyłkę dostałem od starszego pana, sąsiada z parteru. Mieszkał sam, był garbaty i zawsze chodził w tej samej zielonej marynarce. Pewnego popołudnia, gdy siedziałem na schodkach przed klatką i obłupywałem korę z tej leszczyny, wyszedł, popatrzył, pokiwał głową i wrócił do mieszkania. Po chwili wrócił z małą szpulką. „Na, chłopcze” – powiedział, a jego głos był szorstki, jak papier ścierny. „Tylko nie zawiąż supła, bo się zerwie.” Nie powiedział więcej, ale dla mnie to był skarb. Haczyk i obciążenie musiałem już sam zdobyć. Haczyk… no, to była cała operacja. Przez kilka dni zbierałem do puszki po konserwach każdy grosz, który znalazłem na podłodze w sklepie albo który dostałem od matki na bułkę. Poszedłem do małego sklepiku z artykułami żelaznymi niedaleko rynku. Stałem długo przed szklaną witryną, za którą leżały haczyki różnej wielkości. Wybrałem najmniejszy, bo myślałem, że na mały złapię wszystko. Sprzedawca, stary człowiek w okularach na końcu nosa, wyjął go pęsetą, zawinął w kawałek gazety i wziął ode mnie garść ciepłych jeszcze monet. Obciążenie zrobiłem z ołowiu, który wytopiłem z jakiejś starej rury znalezionej na śmietniku. Rozgrzałem go na łyżce nad ogniem w kuchni, gdy matki nie było w domu, i wylałem do zagłębienia w cegle. Wyszła taka nieforemna, szara kropla.
I tak stałem nad Wisłą, może tydzień później. To było popołudnie, słońce już się chyliło, rzucając długie cienie od topoli rosnących przy bulwarze. Na haczyk założyłem kawałek dżdżownicy, którą wykopałem spod przydrożnej pokrzywy. Rzuciłem żyłkę. Pływak, zrobiony z gęsiego pióra, kołysał się spokojnie na małych falach. Nie pamiętam, żebym wtedy coś złowił. Ale pamiętam ten spokój. Ten zupełnie inny rodzaj ciszy. W domu zawsze coś się działo: matka krzątała się po kuchni, ojciec wracał zmęczony, radio grało, sąsiedzi rozmawiali przez otwarte okna. A tu… tu było tylko szemranie wody i świergot ptaków w wiklinie. Patrzyłem na ten pływak, aż oczy zaczynały mnie boleć, i myślałem o niczym. To było najdziwniejsze. Myślałem o niczym. O tym, jak pióro się przechyla, o tym, jak słońce odbija się w wodzie, o chłodnym wietrze, który owiewał mi kark.
Wracałem do domu pusty. Bez ryby. Ale nie czułem porażki. Czegoś innego. Jakbym był napełniony tym spokojem, tym zapachem wody. W sieni, przy drzwiach, stał mój sąsiad, ten od żyłki. Palił papierosa, oparty o framugę. Spojrzał na moją pustą rękę, na wędkę niesioną przez ramię. „No i?” – zapytał, wypuszczając dym. „Nic nie brało” – powiedziałem, trochę zawstydzony. Uśmiechnął się, a w jego zmarszczkach koło oczu pojawiło się coś, czego wcześniej nie widywałem. Coś w rodzaju zrozumienia. „To nie o branie chodzi, chłopcze” – mruknął. „Rybę to se możesz w sklepie kupić.” Nie odpowiedziałem. Nie bardzo wiedziałem, co ma na myśli. Pokiwał tylko głową i poszedł do swojego mieszkania.
Minęło kilka dni. Pewnego ranka, może w sobotę, usłyszałem pukanie do drzwi. To był on. Stał z tym swoim blaszanym wiadrem, tym samym, które zwykle stało w sieni. Podniósł je do góry. „Masz” – powiedział krótko. „Dla ciebie.” Zajrzałem do środka. W wodzie pływało z dziesięć, może piętnaście małych, srebrnych uklej. Były jak żywe srebro, migotliwe, zwinne. „Jak… skąd?” – wyjąkałem. „Mam swoje sposoby” – odparł, a w jego głosie znów pojawił się ten szorstki ton, ale teraz brzmiał prawie przyjaźnie. „Na początek. Żebyś wiedział, jak to wygląda. Żebyś miał do czego dążyć.” Postawił wiadro w sieni, obok naszej skrzyni na węgiel. I odszedł, nie czekając na podziękowania.
I tak tam stało. Przez cały dzień podchodziłem do tego wiadra, zaglądałem do środka. To był mój pierwszy połów, choć nie złowiłem go sam. Rybki były piękne. W świetle padającym z okna na korytarzu ich łuski mieniły się wszystkimi odcieniami szarości i srebra. Czasem któraś gwałtownie zawróciła, uderzając ogonem w blachę, wydając głuchy, metaliczny dźwięk. Woda po kilku godzinach zrobiła się mętna, pełna jakichś drobinek. Zacząłem się martwić. Że im brakuje przestrzeni. Że się uduszą.
Po obiedzie, gdy rodzice poszli do pokoju, a w kuchni zapanowała cisza, wziąłem wiadro. Było cięższe, niż myślałem. Niosłem je ostrożnie, by nie rozchlapywać wody na schody. Zszedłem na dół, na ulicę. Szedłem w stronę rzeki, czując, jak chłodna woda chlupie wewnątrz i oblewa mi palce u stóp, bo trochę wylało się przez brzeg. Dotarłem na swoje miejsce, tam gdzie zwykle siadałem. Brzeg był pusty. Położyłem wiadro na ziemi. Patrzyłem na te rybki, które teraz zdawały się poruszać jeszcze nerwowiej, jakby wyczuwały bliskość wielkiej wody.
Pochyliłem się, chwyciłem wiadro za ucho i przechyliłem je powoli. Woda, mętna i chłodna, polała się do Wisły, a za nią, w srebrzystym wirze, wypłynęły ukleje. Na moment zniknęły w brunatnej toni, a potem zobaczyłem ich błyski – tu i ówdzie, coraz dalej od brzegu, aż wtopiły się w nurt i zniknęły. Stałem tak jeszcze chwilę, z pustym wiadrem w ręce. Czułem dziwną ulgę. I jednocześnie mały smutek, bo wiadro było puste, a w sieni znów stałoby obok skrzyni na węgiel, bezużyteczne. Ale wiedziałem, że nie mogłem ich zatrzymać. To nie było miejsce dla nich. Należały do rzeki.
W drodze powrotnej umyłem wiadro w studni na podwórku, wyszorowałem piaskiem, żeby nie rdzewiało. Odstawiłem je na swoje miejsce w sieni. Było lżejsze, wydawało głuchy dźwięk, gdy postawiłem je na drewnie. Nazajutrz rano sąsiad wyszedł z mieszkania, zapalił papierosa. Spojrzał na wiadro, potem na mnie. Nie powiedział ani słowa. Tylko znów się uśmiechnął, tym samym uśmiechem co poprzednio, i poszedł w stronę ulicy.
Nie wiem, czy zrozumiał, co zrobiłem. Ale od tamtego dnia, gdy szedłem nad rzekę z moją leszczynową wędką, patrzyłem na wodę inaczej. Nie jak na coś, z czego można coś wyjąć. Ale jak na coś, co ma w sobie całe to życie, całe to srebro, które tylko na moment można zobaczyć w blaszanym wiadrze. I że prawdziwy połów to nie ten, który się trzyma w ręku, tylko ten, który się pamięta. Ten błysk w mętnej wodzie, który znika w nurcie.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię