0:000:00

Zatrzaśnięte Drzwi

Historia Teresy, ur. 1977

Dzwonek do drzwi zabrzmiał krótko, jakby ktoś tylko dotknął i już zabrał palec. Stałam akurat w przedpokoju z reklamówką w ręku, jeszcze w butach, bo dopiero weszłam. W tej torbie pachniało proszkiem do prania i takim cytrynowym płynem, co ma udawać świeżość, a wychodzi jak zawsze.

Otworzyłam i zobaczyłam sąsiadkę z klatki, tę starszą, co zwykle chodziła w swetrze z rozciągniętymi łokciami.

– Teresa… masz może… klucze? – zapytała od progu. Głos jej się łamał.

Przez moment nie złapałam, o co jej chodzi. Pomyślałam, że może coś zgubiła, może chce pożyczyć telefon, może coś się stało. A ona tylko stała i pokazywała mi dłonie, puste, jakby sama była zdziwiona.

– Nie mam twoich, skąd – powiedziałam ostrzej, niż chciałam. Byłam zmęczona, w głowie miałam obiad, pranie i resztę, i chciałam wejść i mieć ciszę.

Ona zrobiła ruch, jakby chciała wejść, ale się zatrzymała.

– Wyszłam na chwilę, na dół… i zatrzasnęłam. A klucze zostały w środku. Na stole chyba. Ja nawet nie wiem. – Popatrzyła na mnie tak, jakby czekała, że ja od razu będę wiedziała, co robić.

Wyszłam na klatkę w tych butach, bo nie chciało mi się wracać. Drzwi do jej mieszkania były zamknięte, a ona dotykała klamki raz po raz, jakby to miało coś zmienić. Na klatce było to nasze blokowe echo i ten zapach farby, kurzu i czyjegoś gotowania, co się wszystko miesza. Światło na półpiętrze też swoje robiło, takie blade.

– Masz kogoś? – zapytałam. – Rodzinę, kogoś, kto ma zapasowe?

Pokręciła głową.

– Nie chcę nikogo… wstyd mi – wyszeptała. – Ja tylko śmieci wyniosłam i tak wyszło.

Stanęłyśmy przy jej wycieraczce. Wycieraczka była już wytarta, piasek siedział w rowkach. Na klatce akurat nikogo nie było, tylko gdzieś niżej coś stuknęło, jakby ktoś przesuwał coś ciężkiego.

– To może zapasowe u kogoś z sąsiadów? – dopytałam, choć sama czułam, że gdyby miała, nie stałybyśmy tu.

– Nie… – powiedziała cicho.

Złość mi przeszła, została taka niewygoda w środku. Bo co ona zrobi, będzie siedzieć na schodach do wieczora?

– Dobra. Poczekaj – powiedziałam i wróciłam do siebie.

W mieszkaniu pachniało zupą z wczoraj i płynem do naczyń. Otworzyłam szufladę, gdzie trzymałam różne kartki i numery, i wzięłam telefon. Przez chwilę stałam i myślałam, do kogo dzwonić. Ślusarz, jasne. Tylko od razu miałam w głowie, że to będzie kosztować.

Wróciłam na klatkę. Sąsiadka siedziała już na schodach, na zimnym, z rękami na kolanach. Usiadłam obok niej, bo głupio mi było stać nad nią.

– Jak to się stało? – zapytałam ciszej.

– Sama nie wiem… Zawsze wkładam do kieszeni. A dziś… wyszłam tylko z workiem i… – urwała. – I głupio mi.

Patrzyłam na te drzwi i miałam przed oczami klucze leżące gdzieś na stole, jak to zwykle bywa.

– Zadzwonimy po kogoś – powiedziałam. – Nie będziesz tu siedzieć.

Skinęła głową, ale widać było, że ją to wszystko przerasta.

Nie chciałam robić hałasu, żeby zaraz pół klatki nie miało tematu. Tylko jak tu coś załatwić po cichu, skoro każdy krok słychać.

Weszłam pół piętra wyżej i zapukałam do tej kobiety, co zawsze miała telewizor głośno. Zapukałam raz, drugi. Dopiero za trzecim razem coś zaszurało w środku.

Otworzyła na łańcuch.

– Co jest? – rzuciła.

– Sąsiadka zatrzasnęła drzwi, klucze w środku. Ma pani numer do kogoś, kto otwiera takie drzwi? – zapytałam.

Westchnęła.

– A ja skąd mam? – burknęła i już chciała zamykać, ale dodała: – Może ten, co czasem do administracji przychodzi… no… – machnęła ręką i tyle.

Zeszłam z powrotem. Sąsiadka miała czerwone oczy, jeszcze nie płakała, ale niewiele brakowało.

– Nikt nic nie wie – powiedziałam. – Zaraz coś wymyślimy.

W tym momencie od dołu usłyszałam kroki. Wszedł mężczyzna z siatką, spojrzał na nas i było widać, że go ciekawi, co się dzieje.

– Co się stało? – zapytał.

– Zatrzasnęła drzwi, klucze w środku – odpowiedziałam.

Pokiwał głową, podszedł, poruszał klamką.

– Takie rzeczy… trzeba uważać – mruknął, jakby to miało pomóc.

Już chciał iść, ale zatrzymał się.

– Ja mam cienki śrubokręt… tylko nie wiem, czy to coś da.

– Jak pan ma, to proszę spróbować – powiedziałam, możliwie spokojnie.

Zostawił siatkę na schodach i zszedł do siebie. Słychać było, jak szuka, jak coś mu upada, jak szuflada trzaska. Sąsiadka siedziała obok mnie sztywno, jakby bała się ruszyć.

Wrócił ze śrubokrętem i kawałkiem plastiku, chyba z teczki. Kucnął i zaczął kombinować przy zamku. Szło mu to ciężko. W pewnym momencie metal zgrzytnął tak, że aż mi się zrobiło nieprzyjemnie.

On próbował jeszcze chwilę, dociskał ten plastik, ale drzwi ani drgnęły.

– Nie pójdzie tak łatwo – warknął. – Trzeba ślusarza.

Sąsiadka zaczęła mówić, że ona nie ma, że może poczeka, że może jakoś… same takie słowa, żeby nie powiedzieć wprost, że nie ma co zrobić.

– Dobra, zadzwonię – powiedziałam. – Już.

Weszłam do siebie, zamknęłam drzwi i na sekundę oparłam się plecami o futrynę. Znalazłam kartkę z numerem, taką starą, zapisaną długopisem, leżała w tej samej szufladzie. Zadzwoniłam. Odebrał mężczyzna, głos miał taki, jakby mu się nie chciało.

Powiedziałam, o co chodzi, że zatrzaśnięte drzwi i starsza pani stoi na klatce. Zapytał o rodzaj zamka, ja nie umiałam odpowiedzieć porządnie, powiedziałam tylko, że zwykłe drzwi w bloku. Podał cenę. Sporo.

– A szybko pan może? – zapytałam.

– Jak dojadę, to dojadę – odpowiedział i tyle.

Rozłączyłam się i przez chwilę patrzyłam na telefon. Pomyślałam, że ona tego nie udźwignie, albo udźwignie i potem będzie sobie odejmować z jedzenia. No i tak to wygląda.

Wyszłam na klatkę. Sąsiadka wstała, jak mnie zobaczyła.

– I co? – zapytała.

– Przyjedzie, ale… to kosztuje – powiedziałam.

Spuściła głowę.

– Ja… ja nie mam… – zaczęła.

Powiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić:

– Ja mam trochę. Dołożę.

Ona popatrzyła na mnie tak, jakby nie wierzyła.

– Teresa, nie… ja oddam, ja…

– Daj spokój – przerwałam. – Najpierw wejdźmy do środka, dobrze?

Czekałyśmy na klatce. Ktoś przechodził, ktoś mówił „dzień dobry”, ktoś zerkał i szedł dalej. Sąsiadka robiła się coraz bardziej spięta, a ja udawałam, że wszystko jest normalnie, choć w środku też mnie to męczyło.

W końcu usłyszałam kroki obce, szybkie. Wszedł ślusarz w roboczej kurtce, z torbą.

– Które drzwi? – zapytał.

Pokazałyśmy. Uklęknął, wyjął narzędzia i zaczął działać. To nie było żadne jedno pstryknięcie. Trochę szurał, coś podważał, mruknął pod nosem. Sąsiadka stała obok, ale patrzyła w bok, jakby się bała, że jak spojrzy, to zapeszy.

Po chwili coś kliknęło, taki krótki trzask.

– No – powiedział ślusarz.

Drzwi puściły. Sąsiadka cofnęła się o krok, a potem weszła do środka szybko, jakby ją ktoś gonił. Weszłam za nią, bo nie chciałam, żeby została sama z tym wszystkim.

W kuchni było zwyczajnie: stół, krzesła, ten ich domowy zapach, nic szczególnego. Na stole, na środku, leżały klucze. Obok okulary i jakaś ulotka. Leżały sobie spokojnie.

Sąsiadka podeszła, wzięła klucze i ścisnęła w dłoni. Usiadła ciężko na krześle i przez moment patrzyła w blat.

Ślusarz powiedział kwotę. Sąsiadka zaczęła szukać pieniędzy, ręce jej się trzęsły. Wyjęłam swoje i dołożyłam, bez patrzenia na nią. Ona coś mówiła, że odda, że nie chciała robić kłopotu, że jest niemądra. Machnęłam tylko ręką, żeby przestała.

Ślusarz schował narzędzia i wyszedł. Drzwi się zamknęły, zrobiło się cicho.

Sąsiadka siedziała przy stole, klucze miała przed sobą. Popatrzyła na mnie w końcu.

– Ja ci dziękuję – powiedziała i głos jej zadrżał. – Ja bym tu chyba siedziała do nocy.

– No, już – odpowiedziałam. – Najważniejsze, że jesteś w domu. Zrób sobie zapasowe, dobrze?

Skinęła głową szybko.

Postałam jeszcze chwilę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Potem wyszłam do siebie. W przedpokoju zdjęłam buty, reklamówka stała obok, a ja chwilę stałam w skarpetach, jakbym czegoś szukała w głowie i nie mogła znaleźć. Z klatki niosły się zwykłe odgłosy, ktoś gdzieś zamknął drzwi, ktoś przeszedł, woda poszła w rurach.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię