Pierwsze sprzątanie u nich
Historia Teresy, ur. 1977
Pamiętam, jak jechałam wtedy na sprzątanie z taką zwykłą, roboczą miną. Nic wielkiego, kolejny adres, kolejna łazienka do wyszorowania, kuchnia do ogarnięcia, podłoga do przetarcia. W Starachowicach człowiek się szybko przyzwyczaja, że dzień jest w ruchu, bo i autobusy, i ciężarówki, i to takie tło miasta, co się nie wyłącza. A ja jeszcze miałam w głowie listę: proszek, rękawiczki, worek na śmieci, ściereczki. Zimą czy latem, to wszystko miało swój rytm, tylko czasem zmieniało się światło w oknie, raz takie blade, raz ostre.
To było u pani Zofii. Starsza pani, spokojna, taka… no, ja od razu czułam, że ona nie będzie stała nade mną i liczyła, ile razy przetarłam blat. Otworzyła mi drzwi powoli, jakby się nie spieszyła ani do mnie, ani ode mnie. W mieszkaniu było ciepło, aż mnie uderzyło, bo na klatce schodowej zwykle ciągnęło. Pachniało trochę herbatą i takim starym mydłem, co nie jest brzydkie, tylko takie czyste, domowe. I jeszcze coś, jakby naftalina, ale delikatnie, z szafy.
Powiedziała, żebym zdjęła buty, jak chcę, bo ona i tak zaraz będzie zamiatać w przedpokoju. I to jest śmieszne, bo ja przyszłam sprzątać, a ona mówi, że będzie zamiatać. Od razu mi się zrobiło lżej, bo to znaczyło, że ona mnie nie traktuje jak kogoś obcego, tylko normalnie.
Zaczęłam od kuchni. Woda leciała z kranu i miała taki dźwięk, który zawsze mnie uspokajał. Jak się odkręca ciepłą, to najpierw jest zimna, potem nagle robi się ciepła i para idzie lekko po szybie. Na blacie stały słoiki, nie jakieś nowe, tylko takie używane po przetworach, i w jednym były spinacze, w drugim gumki recepturki. Takie drobiazgi.
Pani Zofia siedziała w pokoju, chyba coś czytała, ale co chwilę wstawała i zaglądała, czy czegoś nie potrzebuję. Nie w sensie kontroli, tylko tak po ludzku. Zapytała, czy zrobię jej też porządek w szafie, bo ona już nie ma siły przekładać rzeczy, a tam się nazbierało. No i ja mówię, że jasne, tylko niech mi powie, co zostaje, a co do wyrzucenia, bo ja się boję ruszać cudze rzeczy bez pytania.
I tak doszłyśmy do tej szafy.
To była taka stara szafa, ciężka, z drzwiami, które się nie zamykały cicho, tylko robiły „stuk”. Jak ją otworzyłam, to poczułam zapach materiałów, taki specyficzny, trochę duszny, jak z piwnicy, ale bez wilgoci. I od razu zobaczyłam, że tam nie są tylko ubrania. Na górze leżały pudełka, jedno na drugim, a między nimi poukładane jakieś papiery, rulony, coś związane sznurkiem.
Pani Zofia podeszła i powiedziała: „Tego nie wyrzucaj, bo to moje… no, moje rzeczy”. I uśmiechnęła się, ale tak trochę niepewnie, jakby się wstydziła, że trzyma coś, co nie jest potrzebne. A ja wtedy zapytałam: „A co to jest?”. I ona: „A, nic, takie tam. Z czasów, kiedy szyłam”.
Szyłam. To słowo mi tak jakoś zostało w głowie. Bo ja lubiłam, jak coś jest równo zrobione, jak brzeg się nie strzępi, jak nitka idzie tam, gdzie ma iść. Tylko że ja wtedy byłam od sprzątania, od cudzych łazienek i kuchni, a nie od takich rzeczy. I nagle w tej szafie, w tym zwykłym mieszkaniu, było coś, co mnie zatrzymało.
Zaczęłam zdejmować te pudełka ostrożnie, jedno po drugim, żeby nic nie spadło. Karton był trochę miękki na rogach, taki zgnieciony od czasu. Na jednym pudełku był przyklejony kawałek papieru, a na nim coś napisane długopisem, ale już wyblakłe, nie wszystko dało się odczytać. Otworzyłam wieko i pamiętam, że aż mi się zrobiło: ojej.
Koronki. Takie prawdziwe, nie z pasmanterii na metry, tylko różne kawałki, jedne cieniutkie, inne grubsze, z wyraźnym wzorem. Do tego wykroje, papierowe, pozaginane, z dziurkami od szpilek. I jeszcze kłębuszki nici w małych woreczkach, poukładane kolorami, choć większość była biała albo kremowa. Widać było, że ktoś to trzymał w porządku, nawet jak już nie używał.
Usiadłam na brzegu łóżka, tak odruchowo. Ręce mi się same wyciągnęły, żeby dotknąć. I jak dotknęłam tej koronki, to mnie coś ścisnęło w środku. Nie wiem, może wzruszenie, może po prostu zachwyt. Materiał był miękki, ale taki sprężysty, i chłodny, jak rzeczy, które długo leżą. Przeciągnęłam palcem po wzorze i czułam te wypukłości.
Pani Zofia stała obok i patrzyła. I ja się speszyłam, bo pomyślałam, że przyszłam do roboty, a siedzę i gapię się w pudełko. Już miałam wstać, już miałam powiedzieć, że ja to tylko przełożę, ale ona nic. Usiadła na krześle obok i powiedziała spokojnie: „Ładne, co?”.
Kiwnęłam głową. „Bardzo. To pani robiła?”. A ona: „No robiłam. Kiedyś. Dużo tego było. A teraz leży”. I jakoś tak to powiedziała, że nie było w tym pretensji, tylko fakt.
Zaczęłam przeglądać te wykroje. Były dopracowane. Linie, notatki, jakieś znaczki. Nie wszystko rozumiałam, ale widziałam, że to jest robione ręką kogoś, kto wie, co robi. I ja wtedy zapytałam, tak bez planu: „A pani mi powie, co to jest, to tutaj?”. Nawet nie „nauczy”, tylko „powie”, bo mi głupio było.
Pani Zofia popatrzyła na mnie uważnie. Była chwila ciszy, tylko zegar gdzieś tykał, a z kuchni dochodziło kapanie, bo kran chyba nie do końca zakręciłam. I ona wtedy powiedziała: „Ty masz oko, dziecko”.
A mnie momentalnie zrobiło się gorąco w twarzy. Taki wstyd, ale miły. Bo w tej robocie człowiek czasem jest jak powietrze, przychodzi, robi i ma nie przeszkadzać. A tu ktoś mówi do mnie normalnie, jak do kogoś, kto coś widzi.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc tylko się uśmiechnęłam i spuściłam wzrok na te koronki, żeby ona nie widziała, że mi się oczy robią mokre. Ja nie lubię, jak mi się łamie głos przy ludziach. Nawet przy dobrych.
Pani Zofia wzięła jeden kawałek koronki, taki wąski pasek, i pokazała mi, gdzie jest łączenie, gdzie się to kończy, a gdzie zaczyna. Mówiła wolno, cierpliwie. Jej palce były już nie takie sprawne, widać było, że stawy ją bolą, ale ona pamiętała ruchy. Tak jakby ręce same wiedziały.
Słuchałam i patrzyłam. W głowie miałam różne rzeczy, trochę głupie nawet, typu: ile ona musiała nad tym siedzieć, czemu to tak leży, czemu ja o tym nie wiem. Ale nie mówiłam tego, bo to były jej rzeczy, jej sprawy.
W pewnym momencie pani Zofia wstała i poszła do kuchni, a ja zostałam z tym pudełkiem. I ja wtedy wzięłam jeden wykrój, taki najbardziej pozaginany, i zaczęłam go delikatnie prostować na kolanie. Papier szeleścił tak sucho. Robiłam to ostrożnie, bo bałam się, że pęknie. I pamiętam, że mi jakoś zeszło napięcie z karku. Tak po prostu.
Bo ja wtedy byłam w takim czasie, że wszystko było do ogarnięcia. Dom, rachunki, zakupy, praca, dojazdy. Człowiek wstaje i już leci. A tu nagle siedzę u obcej pani i prostuję papier. I przez chwilę oddychałam spokojniej.
Pani Zofia wróciła z herbatą. Postawiła mi szklankę w takim koszyczku, jak kiedyś się robiło, i powiedziała, żebym się napiła, bo zimno na dworze, a ja mam mokre ręce od sprzątania. Szklanka była gorąca, aż parzyła przez ten koszyczek, i pachniała mocną herbatą. Wzięłam łyk i to było takie zwykłe, a jednak dobre.
Siedziałyśmy tak chwilę. Ja patrzyłam na te koronki, ona patrzyła na mnie, jakby sprawdzała, czy ja nie robię sobie żartów, tylko naprawdę mnie to interesuje. I ja miałam w sobie takie uczucie, że mi się coś przypomina, tylko nie umiałam powiedzieć co.
Potem wróciłam do sprzątania, bo robota nie zrobi się sama. Zrobiłam łazienkę, wytarłam kurz, odkurzyłam dywan. Normalnie. Tylko co jakiś czas wracało mi to zdanie: „Ty masz oko, dziecko”. Nie jak refren, tylko tak, że nagle sobie przypominałam przy jakiejś głupiej czynności, przy listwach, przy lustrze.
Pani Zofia odprowadziła mnie do drzwi. Powiedziała, żebym następnym razem, jak przyjdę i będę miała chwilę, to ona mi pokaże jeszcze inne rzeczy, bo ma gdzieś tamborek i nici. Przytaknęłam, ale w środku miałam takie lekkie drżenie, jak przed czymś, co jest nowe.
Wyszłam na klatkę schodową i od razu uderzył mnie chłód i ten zapach betonu, taki typowy dla bloków. Drzwi za mną zamknęły się z głuchym „klik”. Schodziłam po schodach i słyszałam swoje kroki. Na dworze powietrze było ostre, aż mi łzy stanęły w oczach, ale to już było od zimna.
Szłam potem między blokami i patrzyłam pod nogi, bo asfalt był mokry, jak po lekkim deszczu, i odbijało się w nim światło. I przyszła mi taka myśl, cicha, bez wielkich słów, że może ja też bym chciała mieć coś, co nie jest tylko czyimś brudem do starcia. I tyle. Poszłam dalej, bo autobus miał zaraz przyjechać.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię