0:000:00

Zaczyn

Historia Alicji, ur. 1977

Ściana ciepła uderzyła mnie w twarz, kiedy otworzyłam drzwi do kuchni. To było takie gorąco, że aż się cofnęłam. Mama stała przy stole, obtulała ręcznikiem wielką, bladoszarą kulę ciasta. Pachniało drożdżami, tak mocno, że aż słodko. Ten zapach znałam, to znaczy, wiedziałam, co to jest, ale nigdy wcześniej nie był taki bliski. Nie z pieca, tylko z miski.

„No to, Alu, zaczynamy” – powiedziała Mama i jej głos brzmiał jakoś inaczej, poważnie. Miała na sobie stary, kwiecisty fartuch, ten sam, w którym zawsze robiła pierogi. Ale dzisiaj to nie były pierogi. Dzisiaj miałam upiec swój pierwszy chleb. Miałam może dwanaście lat, może trzynaście. W każdym razie byłam już na tyle duża, żeby Mama uznała, że mogę zająć miejsce przy tym stole, przy tej misce.

Najpierw było rozrabianie zaczynu. Mama pokazała mi, jak rozkruszyć drożdże do szklanki letniej wody. Musiała być letnia, nie gorąca, bo gorąca zabija. Posypałam odrobiną cukru. „Żeby im się chciało pracować” – wyjaśniła. Czekałyśmy, patrząc w szklankę jak w kryształową kulę. I nagle, na powierzchni, pojawiła się piana. Małe bąbelki, które rosły, aż utworzyły puszystą, beżową czapę. To żyło. To oddychało. Podeszłam bliżej i powąchałam. To był ten zapach – intensywny, obiecujący.

„A teraz mąka” – Mama wysypała ją z płóciennego worka do wielkiej, glinianej miski. Uniósł się obłok białego pyłu, który osiadł na blacie, na jej rękach, na moich rękawach. W środku miski zrobiła zagłębienie, jak małe jeziorko. Wlałyśmy tam zaczyn, dodając ciepłego mleka i odrobinę soli. „Sól zawsze do środka, na samym początku” – pouczała, a ja kiwałam głową, starając się zapamiętać każdy ruch.

I wtedy przyszła moja kolej. Zanurzyłam ręce w tę mieszaninę. Była dziwna – kleista, chłodna, nieprzyjemna. Mąka zbijała się w grudki, mleko chlapało. Przez chwilę panikowałam, że wszystko psuję. Ale Mama położyła swoją dłoń na mojej. „Spokojnie. Najpierw łączysz, potem będziesz ugniatać. To musi się pozbierać”. I tak, pod jej dłońmi, pod moimi niezdarnymi palcami, z tego bałaganu zaczęło powstawać coś jednolitego. Ciasto.

Ugniataliśmy je razem. To była ciężka praca. Napierać pięściami, składać, obracać, znów napierać. Mięśnie w ramionach zaczęły mnie boleć. Na czole miałam krople potu, które Mama ocierała rogiem fartucha. „Musi być gładkie i elastyczne. Jak ucho niemowlaka” – śmiała się. Ugniatalyśmy tak długo, aż ciasto przestało się kleić do palców i do miski. Stało się jedwabiste, posłuszne. Owinęłyśmy je w ten sam ręcznik i odstawiłyśmy w ciepłe miejsce, na krzesełko przy kaloryferze.

Czekanie było najgorsze. Co chwilę podchodziłam, żeby zajrzeć pod ręcznik. Za pierwszym razem nic. Za drugim też. A za trzecim… uniosłam róg i serce podskoczyło mi do gardła. Ciasto żyło. Napęczniało, uniosło ręcznik, było dwa razy większe niż przedtem. Delikatnie, opuszkami palców, dotknęłam powierzchni. Była napięta, sprężysta, a pod spodem czuło się pęcherzyki powietrza.

„Teraz formowanie” – Mama wyjęła ciasto na podsypany mąką blat. Pokazała mi, jak je delikatnie ugnieść, żeby usunąć powietrze, a potem jak kształtować bochenek. Moje wypadło krzywo, nieforemnie. Jej ręce sunęły pewnie, nadając idealny, podłużny kształt. Moje gmerały niepewnie. W końcu włożyłyśmy oba bochenki do blachy, przykryłyśmy i znowu czekały. Rosły drugi raz, już w swoim ostatecznym kształcie.

Pieczenie. To była ceremonia. Mama otworzyła drzwiczki ceglanego pieca, który stał w drugim kącie kuchni. Żar był taki, że widziałam falowanie powietrza. Wygarnęła żarzące się węgle specjalną łopatą. „Teraz szybko” – powiedziała. Wsunęła blachę do środka, a ja stałam obok, sparaliżowana, wpatrzona w te nasze dwa bochenki, które znikały w czeluści. Drzwiczki zamknęły się z cichym stuknięciem.

I znowu czekanie. Ale teraz inaczej. Teraz cała kuchnia, cały dom, powoli wypełniał się zapachem. Najpierw delikatnym, ledwo wyczuwalnym zapachem ciepłej mąki. Potem coraz głębszym, pełniejszym – prażonej skórki, dojrzałego ziarna, ciepła. Stałam przy piecu, wdychając to wszystko. Mama uśmiechała się, krzątając się przy zlewie. „Już niedługo” – mruczała.

Kiedy wreszcie otworzyła drzwiczki, zapach uderzył ze zdwojoną siłą. W blasze leżały dwa złocisto-brązowe bochenki. Jej był równy, wypukły, ze schludnym nacięciem na środku. Mój… mój był trochę przygarbiony z jednej strony, nierówny, a skórka miejscami przyrumieniła się za bardzo. Mama wyjęła je łopatą i postawiła na drewnianej desce do studzenia. „Najważniejsze, żeby wystygł” – powiedziała. „Gorącego chleba się nie kroi, bo się zgniecie”.

Nie mogłam się doczekać. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Wreszcie, kiedy bochenki były już tylko ciepłe, Mama wzięła nóż. Najpierw odkroiła kawałek z jej chleba. Skórka chrupnęła głośno. W środku miękisz był puszysty, w idealnych, drobnych porach. Pachniał niebem. Potem wzięła mój bochenek. Nóż napotkał większy opór, skórka była twardsza. Kiedy odkroiła pierwszą kromkę, zobaczyłyśmy, że miękisz jest zbity, nierówny, z wielkimi, nieregularnymi dziurami. Nie wyglądał jak ten z książki.

Mama odłamała kawałek, włożyła do ust i przeżuła w milczeniu. Ja zrobiłam to samo. Był… dobry. Był to chleb. Czuć w nim było drożdże, sól, ciepło pieca. Ale nie był idealny. Był mój.

„No…” – powiedziała Mama, a w jej oczach zobaczyłam błysk. „Na pierwszy raz… to jest chleb. Prawdziwy chleb”. I wtedy się rozpromieniłam. To nie była katastrofa. To nie był powód do wstydu. To był mój pierwszy, prawdziwy chleb. Zjedliśmy go z masłem i z solą, siedząc przy kuchennym stole, a słońce zachodziło za oknem, malując ściany na pomarańczowo. Mama opowiadała, jak jej babcia uczyła ją tego samego, przy tym samym piecu. Ja słuchałam, a w ustach miałam smak czegoś, co zrobiłam własnymi rękami. Smak, który pamięta się całe życie.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię