Zimna kawa na nocnym dyżurze
Historia Alicji, ur. 1977
Kawa była zimna. Stała w tej białej, szpitalnej filiżance z niebieskim paskiem, już dawno przestając parować. Trzymałam ją w dłoniach, żeby je ogrzać, chociaż w korytarzu było duszno. Pachniało tu zawsze tym samym – sterylnością, środkiem do podłóg i jakimś nieokreślonym niepokojem. To był mój pierwszy samodzielny nocny dyżur na oddziale wewnętrznym w mikołowskim szpitalu, już po skończeniu szkoły. Wszystko wydawało się głośniejsze w nocy. Skrzypienie wózka pielęgniarskiego, który ktoś popchnął na drugim końcu korytarza, odgłosy dochodzące z sal – kaszel, pochrząkiwanie, czasem ciche jęki. I ta cisza pomiędzy.
Przy biurku naprzeciwko siedział Paweł. Był starszym pielęgniarzem. Mówił cicho, spokojnie, a na rękach miał takie głębokie blizny po oparzeniach. Powiedział mi kiedyś, że to z dzieciństwa, od pieca. Teraz, przy świetle lampy biurkowej, wyglądał na zmęczonego. Przerzucał papiery, coś notował. Jego obecność była dużą pomocą. Gdyby nie on, pewnie bym oszalała z napięcia, nasłuchując każdego szmeru.
– Alicja, idziesz na obchód? – Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Skinęłam głową, odstawiając filiżankę. – Weź ze sobą pana w czwórce. Zrobił się niespokojny po ostatnich lekach, może trzeba będzie coś podać.
Wstałam, poprawiłam kitel. Weszłam do sali numer cztery. Światło było przyciemnione, tylko mała lampka nad łóżkiem przy drzwiach. Pan Henryk leżał na wznak, wpatrzony w sufit. Jego oddech był świszczący, nierówny. Podeszłam, sprawdziłam puls. Skóra na jego przegubie była cienka jak bibułka, poprzecinana siatką niebieskich żyłek.
– Coś się dzieje, panie Henryku? – zapytałam cicho. – Nie może pan spać?
Odwrócił powoli głowę. Miał zapadnięte, mądre oczy. – Nie, dziecko. Nie o spanie tu chodzi. Tylko tak… myśli przychodzą. – Głos miał szorstki. – Myśli o tym, co było. I o tym, co będzie.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W szkole uczyli nas procedur, dawkowania, technik. Nie uczyli nas, co mówić, gdy ktoś w środku nocy mówi o myślach. Położyłam mu dłoń na czole, sprawdzając, czy nie ma gorączki. Był chłodny.
– Może podać panu coś na uspokojenie? – zapytałam.
Pokręcił głową. – Nie, nie. Posiedź chwilę. Jeśli możesz.
Rozejrzałam się. W sali było jeszcze trzech innych pacjentów, wszyscy spali. Usiadłam na brzegu krzesła przy łóżku. Zapach w tej sali był inny – starych ludzi, leków, wilgoci.
– Ja też czasem tak mam – powiedziałam, nie wiedząc właściwie, dlaczego to mówię. – W nocy. Wszystko wydaje się głośniejsze.
Uśmiechnął się lekko. – To młodość. Młodość się boi. Starość… starość już tylko wspomina. – Odchrząknął. – Miałem taki ogródek. Za domem. Malutki. I w tym ogródku rosła jedna grusza. Stara, pokrzywiona. Ale co roku, regularnie, dawała owoce. Twarde, mało słodkie. Żona je robiła na kompot. – Przymknął oczy. – Zapach tych gruszek, kiedy się je obierało… zupełnie inny niż sklepowe. Ostry, cierpki. A potem, jak się gotowało z goździkami, to cały dom pachniał… jak jesień.
Milczałam. Słuchałam tego świszczącego oddechu i tego głosu, który opowiadał o gruszkach. Czułam, jak coś mi się ściska w gardle. Nagle, w tej szpitalnej sali, pachnącej chorobą, zobaczyłam ten ogródek. Ziemię, może mokrą od porannej rosy, i tę pokrzywioną gałąź.
– Pielęgniarko? – szepnął. – Tak? – Jak pani myśli… czy tam, gdzie się idzie… są ogrody?
Spojrzałam na niego. Światło lampki padało mu na twarz, wydobywając głębokie cienie pod oczami. Nie byłam przygotowana na takie pytanie. Nie w szkole, nie na praktykach. W głowie miałam pustkę. A potem przyszły mi do głowy słowa mojej babci, która też mieszkała w Mikołowie, w starym domu z ogrodem.
– Babcia zawsze mówiła – zaczęłam cicho, niepewnie – że niebo to nie miejsce, tylko zapach. Zapach domowego chleba prosto z pieca i bzu pod oknem. I dźwięk śmiechu tych, na których nam zależało. Więc jeśli są zapachy… to pewnie i ogrody też muszą być.
Pan Henryk otworzył oczy. Popatrzył na mnie długo. A potem, bardzo powoli, uśmiechnął się. To był prawdziwy, szeroki uśmiech, który nagle odmłodził jego twarz, rozjaśnił oczy.
– Dziękuję – powiedział po prostu.
Posiedziałam z nim jeszcze kilka minut, aż jego oddech się wyrównał i powieki mu się zaczęły kleić. Kiedy wstałam, już spał. Wyślizgnęłam się z sali. W korytarzu światło jarzeniówki zabolało mnie w oczy. Wróciłam do biurka. Paweł podniósł wzrok.
– Wszystko w porządku? – Tak – odparłam, a głos mi się trochę załamał. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na mnie uważnie. Nie pytał o nic więcej. Przesunął w moją stronę paczkę herbatników. – Masz, zjedz. Do tej kawy.
Wzięłam jednego. Był mdły, waniliowy. Gryzłam go, patrząc w papiery przed sobą, ale widziałam tylko tę pokrzywioną gruszę i ten uśmiech. Zrozumiałam wtedy coś, czego żaden podręcznik nie mógł mnie nauczyć. Że czasem, w tej pracy, nie chodzi o to, żeby podać lek. Czasem chodzi o to, żeby na chwilę, w środku niespokojnej nocy, podać komuś ogród.
Później, nad ranem, kiedy szarzało za oknami i oddział powoli zaczynał się budzić, Paweł zaparzył świeżą kawę. Tym razem była gorąca, parująca. Siedzieliśmy w milczeniu, pijąc ją małymi łykami. Nie rozmawialiśmy o panu Henryku, ani o ogrodach. Ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, wiedziałam, że on też to rozumie. To był początek. Cichy. Jak oddech śpiącego pacjenta.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię