Stołeczek nad Wisłą
Historia Jana, ur. 1934
Świtało, ale jeszcze nie do końca. To było takie dziwne światło, szare i mokre, jakby całe powietrze było nasiąknięte wodą. Siedziałem na tym swoim składanym stołeczku, który zawsze trzeszczał, i patrzyłem na czubek wędki. Wystawał z wody może na pół metra, cienki, ciemny patyk, a na jego końcu bielutka, gęsia piórkowa przepływka. Stała nieruchomo. Wisła w tym miejscu, za zakrętem, pod skarpą, była szeroka i spokojna. Woda płynęła leniwie, cicho szumiąc o trzciny przy brzegu. Pachniało mułem, gnijącymi liśćmi i tą świeżą, rześką wilgocią, która zawsze jest nad rzeką przed wschodem słońca.
Miałem wtedy może z trzydzieści kilka lat. Praca na portierni już się ustaliła, zmiany, weekendy, dzieci małe w domu. Anna chodziła do szkoły, Piotrek jeszcze w wózku. Czasu dla siebie było jak na lekarstwo. Ten jeden dzień urlopu wziąłem specjalnie, nie mówiąc nikomu po co. Powiedziałem tylko Marii, że idę wcześnie, żeby się nie martwiła. Wstałem, kiedy na dworze było jeszcze ciemno, w kuchni zaparzyłem sobie herbatę do termosu, chleb z masłem zawinąłem w papier. Wędki, ten mój samorób z leszczyny i ta druga, lepsza, kupiona na targu za jakieś grosze, już były przygotowane od wieczora. Wyszedłem cicho, żeby drzwi nie skrzypnęły.
Szedłem ścieżką w dół, ku rzece. Znałem każdy kamień, każde wyboje. Miejsce też było swoje, ukryte za kępą olch, gdzie brzeg tworzył małą, zaciszną zatoczkę. Rozłożyłem się, zarzuciłem. Przynęta była prosta: czerwone robaki, które wykopałem wczoraj wieczorem spod kompostu. Siedziałem i piłem herbatę. Myślałem o niczym. A raczej starałem się nie myśleć. O pracy, o tym, że w bloku znowy cieknie z kranu, o tym, że trzeba będzie iść do sklepu po mąkę. Odpychałem te myśli, jak się odpycha łódkę od brzegu. Patrzyłem na tę przepływkę.
I nagle – drgnęła. Tylko raz, delikatnie. Serce mi podskoczyło. Każdy, kto łowi, zna to uczucie. Nagle cały świat się zawęża do tego jednego, białego punktu na wodzie. Zapominasz, że jesteś głodny, że bolą cię plecy od niewygodnego stołka. Wszystko inne przestaje istnieć. Przywarłem wzrokiem. Przepływka znieruchomiała. Może to tylko podwodny prąd? Może jakaś mała rybka zaczepiła? Minęła minuta, może dwie. Już zacząłem tracić nadzieję, myśleć, że to fałszywy alarm.
Wtedy się pochyliła. Powoli, majestatycznie, jakby ktoś delikatnie ciągnął ją w głąb. To nie było szarpnięcie. To było zdecydowane, mocne pociągnięcie. Chwyciłem za wędzisko. Drewno było chłodne i gładkie w dłoni. Poczułem napięcie żyłki, opór. I wtedy dał się słyszeć cichy, melodyjny brzęk kołowrotka. To był najpiękniejszy dźwięk na świecie.
Zacząłem holować. Nie szarpałem, nie napinałem na siłę. To była walka, ale spokojna, jak rozmowa. Ryba szła w prawo, ja delikatnie prowadziłem wędzisko w lewo, żeby ją zawrócić. Czułem każde jej poruszenie przez tę cienką żyłkę, która drżała i śpiewała. To nie była płotka, nie był to mały okoń. Ten opór był głęboki, solidny, jakby ciągnął za sobą kawał podwodnego pnia. Serce waliło mi jak młot, ale ręce były spokojne. Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Niebo na wschodzie robiło się różowe, a ja stałem w półprzysiadzie, wędzisko wygięte w łuk, cały skupiony na tym, co dzieje się pod taflą mętnej, wiślanej wody.
Trwało to długo. Może z dziesięć minut, może kwadrans. Ryba kilka razy szła w stronę trzcin, zaplątała by się na pewno. Musiałem ją odciągać, delikatnie, ale stanowczo. Pociłem się, chociaż poranek był chłodny. W końcu poczułem, że słabnie. Opór stał się mniej zdecydowany. Powoli, centymetr po centymetrze, zacząłem podciągać. Kiedy była już blisko brzegu, zobaczyłem w wodzie ciemny, szeroki cień. Serce zamarło mi na moment. To był leszcz. Duży. Największy, jakiego w życiu widziałem.
Podpłynął tuż pod sam brzeg, ale nie chciał wyjść z wody. Przewrócił się na bok, błyszcząc srebrzystą łuską. Wtedy zrobiłem ostatni ruch. Delikatnie, ale dość mocno, podciągnąłem i wyciągnąłem go na trawę. Leżał tam, ciężki, mokry, oddychał szybko, otwierając i zamykając skrzela. Patrzyłem na niego i nie mogłem uwierzyć. Był ogromny. Miał z pół metra długości, a jego boki były wysokie, wypukłe, jak bochen chleba. Łuski lśniły w pierwszym, słabym świetle wschodzącego słońca, mieniły się odcieniami srebra, zieleni i fioletu.
Pochyliłem się, żeby go odhaczyć. Był ciężki. Kiedy wziąłem go w dłonie, poczułem ten chłód, śliskość, siłę, która z niego jeszcze emanowała. Ostrożnie wyjąłem haczyk z pyska. Nie pamiętam, co wtedy czułem. Chyba wszystko naraz. Dumę, radość, ale też jakieś dziwne, niespodziewane wzruszenie. To nie była tylko ryba. To był dowód na coś. Na to, że te wczesne pobudki, te godziny cierpliwego czekania, to moje miejsce nad rzeką – że to wszystko ma sens. Że czasem świat daje ci taki znak, taki jeden, piękny, ciężki moment.
Położyłem go z powrotem na trawie. Siedziałem obok i na niego patrzyłem. Słońce wzeszło już całkowicie, rozjaśniając wodę i trzciny. Zrobiło się cieplej. W końcu wstałem, otrzepałem spodnie. Wziąłem leszcza. Był naprawdę ciężki, musiałem nieść go oburącz. Szedłem tą samą ścieżką w górę, ale czułem się inaczej. Każdy krok był lżejszy. Myślałem, jak to pokażę Marii, co powie. Że na obiad będzie prawdziwa, wielka ryba. Że może nawet starczy i na sąsiadów.
Kiedy doszedłem do domu, Maria już była w kuchni. Odwróciła się, zobaczyła, co niosę, i otworzyła usta ze zdziwienia. – O Jezu – powiedziała cicho. – Jan, co to jest? – Leszcz – odparłem, starając się mówić spokojnie, ale uśmiech sam mi się rysował na twarzy. – Dzisiaj wziął. Podeszła, dotknęła palcem jego boku. – Ależ on ogromny. Gdzie ty go… – Tam, pod skarpą. Na robaka. Postawiłem go w zlewie. Zajęło prawie całe dno. Patrzyliśmy na niego oboje, a on leżał, wypełniając kuchnię swoją obecnością, zapachem rzeki i mokrej łuski. Piotrek, który bawił się w pokoju, przyszedł zobaczyć, o co chodzi. Stanął, włożył palec do buzi i szeroko otworzył oczy. – Tata, wielka ryba! – wykrzyknął. – Wielka – przytaknąłem, głaszcząc go po głowie.
Później, kiedy leszcz już był oczyszczony i pokrojony na dzwonka, a cały dom pachniał smażenią, usiadłem przy stole. Wyjąłem z szuflady mały, czarny notes w twardej oprawie. Dotąd zapisywałem w nim tylko takie rzeczy: gdzie byłem, jaka była pogoda, czy coś złowiłem. Zwykle były to małe rybki, czasem nic. Tego dnia, przy kawie, napisałem starannie: „Wczesny ranek. Pogoda spokojna, mglisto. Na czerwonego robaka. Wziął duży leszcz.” Nie pisałem, jak bardzo był duży. Nie pisałem, jak bolały mnie potem ręce od tego holowania, ani jak biło mi serce. To zostało we mnie. Ale od tamtego dnia ten notes przestał być tylko rejestrem. Stał się czymś w rodzaju pamiętnika, choć nigdy bym tak tego nie nazwał. Po prostu wiedziałem, że niektóre daty, niektóre wpisy, będą miały za sobą cały film, cały poranek, całe uczucie. Ten pierwszy, naprawdę duży leszcz, był początkiem.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię