Molo w Płocku
Historia Danuty, ur. 1966
Siedziałam na betonowej krawędzi, tak blisko wody, że czułam na twarzy drobne, chłodne bryzgi. Buty zdjęłam i postawiłam obok, żeby nie zamokły, a stopy zwiesiłam nad samą taflą. Pod spodem, między palcami, wiła się rzeka – nie ta spokojna, leniwa, którą widziało się z góry, ale żywa, wirująca, pełna podwodnych prądów. Molo w Płocku nie było wtedy długie, może kilkadziesiąt metrów, ale dla mnie, dziecka, to był koniec świata. Koniec lądu. Za plecami słyszałam gwar miasta, klaksony, głosy, a przed sobą miałam tylko szaro-zieloną wodę i drugi brzeg, tak daleki, że ginął we mgle.
Miałam może z dziesięć lat. Jurek, mój brat, biegał gdzieś za mną, krzycząc coś o łódkach, ale ja go wtedy nie słyszałam. Cała byłam w tej wodzie. To był mój pierwszy raz tutaj samodzielnie. Zwykle szliśmy z rodzicami, trzymani za ręce, tata tłumaczył, jak głęboko jest, mama przestrzegała, żeby nie wychylać się za barierkę. A tego dnia, jakoś późnym popołudniem, tata powiedział: „Idźcie sami, tylko uważajcie”. I poszliśmy. Bez trzymanki.
Zapach był nie do pomylenia z niczym innym. To nie był zapach czystej wody. To był zapach Wisły. Mieszanina mokrego drewna pomostu, ryb, wilgotnego piasku zniesionego z prądem i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać – może gliny, może zielska, które rosło przy brzegach. Zapach chłodny, trochę surowy, ale nie nieprzyjemny. Wciągałam go nosem, aż płuca robiły się zimne. To ten zapach, który później, przez całe życie, mówił mi jedno: jesteś w domu.
Przysiadł się do mnie Jurek, sapiąc. Miał rozczochrane włosy i rozbiegane oczy. – Danusiu, a jakbyśmy tak skoczyli? – zapytał, wskazując głową wodę. – Głupi jesteś – mruknęłam, ale sama patrzyłam w głąb. Była mętna. Widziałam tylko pierwszą warstwę, może na pół metra, potem zaczynała się ciemna zieleń, która przechodziła w czerń. Wyobrażałam sobie, co tam jest. Zatopione korzenie, może stara sieć, kamienie obtoczone przez prąd. I ryby. Na pewno ogromne. – Tato mówił, że tu przy molo jest płycizna – nalegał Jurek. – A jak nie jest? – odparłam. Ale w głowie już to widziałam. Skok. Nagłe zimno, które oblepiłoby całe ciało. Bąble powietrza, ciemność, a potem wynurzenie i zapach rzeki już nie z zewnątrz, ale od środka, w nosie, w ustach. Dreszcz przebiegł mi po plecach, ale to nie był strach. To było coś innego. Coś jak pierwszy krok na nieznanej ścieżce.
Wstałam. Drewniane deski pod stopami były szorstkie, popękane od słońca i wody. Podeszłam do barierki, tej samej, od której mama zawsze nas odciągała. Była z metalowych rur, pomalowanych niebieską farbą, która już się łuszczyła. Oparłam się o nią brzuchem i wychyliłam tak daleko, jak tylko się dało. Widok się otworzył. Rzeka szła w obie strony – w lewo, w stronę miasta, gdzie stały kominy zakładów, i w prawo, w stronę lasów, w nieznane. Płynęła wolno, ale czuło się jej siłę. To nie było jezioro. To była rzeka, która gdzieś płynie, która zabiera ze sobą gałęzie, liście, światło odbite od nieba.
Jurek stanął obok i też się wychylił. Milczeliśmy przez chwilę. – Kupimy lody? – zapytał w końcu. Miał w kieszeni kilka groszy, które dostał od mamy. Ja też miałam swoje. Lody sprzedawali z budki na końcu deptaku, niedaleko molo. Były na patyku, owinięte w cienki, srebrny papier. Czekoladowe albo waniliowe. Zawsze kupowaliśmy „na spółkę” – jeden dla niego, jeden dla mnie, i potem jedliśmy, idąc powoli, żeby się nie spieszyć. – Chodź – powiedziałam.
Ale zanim odeszliśmy, spojrzałam jeszcze raz. Na wodę, na ten drugi brzeg, na niebo, które odbijało się w rzece jak w wielkim, ruchliwym lustrze. I wtedy to poczułam. Nie umiem tego opisać. To było takie dziwne, dorosłe uczucie. Że stoję na krawędzi czegoś większego niż podwórko na Podolszycach, większego niż szkoła, niż całe moje znane życie. Że ta rzeka płynie od zawsze i będzie płynąć, a ja jestem tylko małym punktem na jej brzegu. Nie smutne to było. Wręcz przeciwnie. Jakoś… uspokajające. Jakby ten szum wody, ten zapach, ta ogromna przestrzeń mówiły mi: wszystko jest w porządku. Jesteś tu, gdzie masz być.
Szliśmy potem deptakiem, liżąc lody. Jurek gadał o tym, że chce zostać marynarzem, że popłynie tą Wisłą aż do morza. Ja słuchałam, ale w środku wciąż miałam ten obraz. Słońce już się przechylało, rzucając długie cienie. Na ławkach siedzieli starzy ludzie, grali w karty. Jakaś kobieta pchała wózek. Zwykły wieczór. A ja czułam, że coś się we mnie zmieniło. Nie od razu, nie gwałtownie. Po prostu, od tego dnia, molo przestało być tylko pomostem. Stało się moim miejscem. Tym, do którego zawsze będę wracać myślami, kiedy świat wyda się za ciasny.
Kiedy wiele lat później, już jako dorosła kobieta, szłam tam z Andrzejem, a potem z dziećmi, zawsze zatrzymywałam się w tym samym miejscu. Przy tej samej barierce. I wdychałam ten sam zapach. Czasem, gdy było ciężko, gdy w pracy nawaliła jakaś maszyna albo w domu kłębiły się zmartwienia, zamykałam oczy i wracałam tam. Do tej dziesięcioletniej dziewczynki w zdjętych butach, do chłodu bryzgów na twarzy, do uczucia, że stoję na krawędzi wszystkiego, co możliwe. Wisła wtedy nie była już tak czysta, molo przebudowali, ale ten zapach… ten zapach był ten sam. I zawsze, ale to zawsze, stawał mnie w pionie. Lepiej niż jakakolwiek kawa.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię