Lata osiemdziesiąte
Historia Stefana, ur. 1945
Stan wojenny i czas „Solidarności” to były lata, w których moje życie osobiste, zawodowe i to, co nosiłem w sercu, zbiło się w jedną, trudną do przełknięcia grudę. Jeśli lata 70. były złudzeniem spokoju, to lata 80. były brutalnym przebudzeniem.
Kiedy wróciłem z kontraktu w Bremie, zastałem Polskę, której nie poznawałem. To był „karnawał”. Ludzie w stoczni chodzili z podniesionymi głowami, w klapach marynarek nosili znaczki z napisem, który elektryzował cały świat. Jako starszy mistrz widziałem, jak zmienia się dyscyplina – nie była już wymuszona strachem przed dyrekcją, ale poczuciem, że robimy to „dla siebie”.
Pamiętam zebrania w hali BHP. Ten dym z papierosów, te emocje, kiedy Jacek Kuroń czy Lech Wałęsa przemawiali do tysięcy robotników. Ja stałem gdzieś z boku, oparty o stalowy filar, i myślałem o moim ojcu. Co on by powiedział, widząc, że ta Warszawa, którą on odgrzebywał z gruzów, i ten Gdańsk, który ja budowałem, nagle przemówiły jednym głosem? To był czas nadziei tak gęstej, że można ją było kroić nożem.
A potem przyszedł ten mroźny grudzień 1981 roku. Obudziła mnie Halina. „Stefek, telewizor nie działa, telefon milczy”. Wyjrzałem przez okno na Zaspie. Pod blokiem stał skot, a obok niego żołnierze grzejący ręce nad koksownikiem. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Moje pierwsze skojarzenie? Wojna. Ta, o której słuchałem od urodzenia, w końcu po mnie przyszła.
W stoczni zaczęło się piekło. Strajk okupacyjny, pacyfikacja. Widziałem czołgi taranujące bramę, którą sam kiedyś pomagałem konserwować. Widziałem ZOMO-wców w tych ich przerażających kaskach. My, robotnicy, staliśmy naprzeciw nich z gołymi rękami i kluczami francuskimi w kieszeniach. Nie było w nas nienawiści, był tylko niewyobrażalny smutek i poczucie zdrady. „Swoi do swoich strzelają?” – pytał młody chłopak z mojej brygady, a ja nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.
Po pacyfikacji zaczęły się „weryfikacje”. Wzywali nas po kolei do takich małych pokoików, gdzie siedział oficer i cywil z bezpieki. „Podpiszecie, Stefan, że odcinacie się od Solidarności?”. Patrzyłem na nich i widziałem te same puste oczy, które widywałem u urzędników w latach 50. Podpisałem tzw. „lojalkę”, bo Halina była w ciąży, a w domu nie było co do garnka włożyć. To był najcięższy podpis w moim życiu. Przez tydzień nie mogłem patrzeć w lustro.
Ale „Solidarność” nie zniknęła, ona tylko zeszła do piwnic. Moja praca w stoczni stała się podwójna. Oficjalnie realizowałem plan, a pod stołem... przemycaliśmy bibułę. Pamiętam, jak chowałem „Tygodnik Mazowsze” w nogawce spodni roboczych, ryzykując rewizję przy bramie. Raz mało nie wpadłem – serce biło mi tak głośno, że myślałem, że strażnik je usłyszy.
Stan wojenny to była też walka o godność w kolejkach. Pamiętam, jak z Tomkiem staliśmy pięć godzin po papier toaletowy, a potem wracaliśmy do domu z girlandami rolek na szyi jak z jakimiś orderami zwycięstwa. Żartowaliśmy, że to nasz jedyny luksus.
To wtedy narodziła się w nas ta specyficzna, polska solidarność sąsiedzka. Jak ktoś dostał paczkę z Zachodu, to dzielił kawę na naparstki dla całej klatki schodowej. Jak ktoś miał „dojście” do półtuszy wieprzowej, to nocą, po kryjomu, rąbało się ją w łazience, żeby nikt nie słyszał uderzeń siekiery.
Chodziliśmy z Haliną do kościoła św. Brygidy. Tam, w tłumie spoconych ludzi, czuło się, że wciąż jesteśmy siłą. Kiedy podnosiliśmy ręce w znaku Victorii, czułem dreszcz na plecach. To tam odzyskiwałem wiarę, że to, co zrobiłem w Bremie, co zrobiłem w stoczni, ma sens.
Lata 80. mnie postarzyły bardziej niż praca fizyczna. Ale to one nauczyły mnie, że wolność to nie jest coś, co dostaje się raz na zawsze. To jest coś, co trzeba pielęgnować jak te moje pomidory na działce – codziennie, cierpliwie, mimo chwastów i mrozu. Kiedy w 1989 roku nadeszły wybory, poszedłem do urny z drżącą ręką. Skreśliłem „tamtych” z taką furią, jakbym skreślał wszystkie lata upokorzeń, od tych warszawskich piwnic po gdańskie czołgi.
Wygraliśmy. Ale cena, którą zapłaciliśmy jako pokolenie – to zdrowie, te nerwy, ta stracona młodość w kolejkach – to został w nas na zawsze. Stefan z rocznika '45 widział, jak system się rodzi w gruzach i jak w tych samych gruzach, tylko już metaforycznych, zdycha.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię