Wigilia z pierogami i Zosią
Historia Małgorzaty, ur. 1965
Na podwórku stałyśmy z Zosią, a ja pokazywałam jej, jak robić ciasto na pierogi. Zawsze w wigilię było tego pełno, bo każdy miał swoje ulubione nadzienie. Pamiętam, że Zosia miała na sobie czerwoną bluzkę, a jej uśmiech był szeroki jak brama. Był jeden z tych zimowych dni, kiedy na dworze mroziło, a w kuchni unosił się zapach wanilii i świeżego ciasta. Światło w kuchni było miękkie i ciepłe, przez okno wpadały promienie słońca, które tańczyły na stole.
„Babciu, a dlaczego pierogi muszą być okrągłe?” – zapytała mnie Zosia, wyciągając ciasto i próbując je rozwałkować małym wałkiem. Uśmiechnęłam się. Dzieci zawsze mają te swoje pytania, a ja uwielbiam odpowiadać. Zaczęłam opowiadać jej o tym, jak pierogi to tradycja, i jak każdy kształt ma swoją historię.
Potem wzięłam kawałek ciasta, rozwałkowałam go na cienki placek. Zosia próbowała zrobić to samo, ale wyszło jej trochę grubsze. „Nic się nie martw, każdy ma swój sposób” – powiedziałam, a ona przytaknęła, zafascynowana tym, co robię. Dzieci szybko łapią takie rzeczy, a ja tylko czekałam, aż zacznie się uczyć.
Kiedy pojawił się czas na nadzienie, Zosia z wielką ochotą wzięła się za robienie farszu. Mieliśmy przygotowane kapustę z grzybami, które zebraliśmy na jesień. Wspólnie mieszałyśmy składniki w misce, a zapach kisił się w powietrzu. „Babciu, a czy grzyby były w lesie?” – znów zaczęła pytać. Zawsze lubiłam te chwile, kiedy mogłam dzielić się wspomnieniami z innych lat.
„Tak, Zosiu, wiesz, to były moje ulubione wyjazdy z dziadkiem. Chodziliśmy do lasu i zbieraliśmy grzyby, a potem babcia robiła z nich zupę. Nikt nie robił takiej jak ona” – opowiedziałam, a Zosia wyglądała, jakby przenosiła się w czasie, wyobrażając sobie tamte chwile.
Potem przyszedł czas na lepienie. Zosia była zachwycona tym, jak można zamknąć nadzienie w cieście. Pokazałam jej, jak to się robi, a ona starała się naśladować, ale jak to z dziećmi bywa, wychodziło jej ich kilka całkiem krzywych.
„To nic, Zosiu, ważne, że są nasze” – powiedziałam, a ona z szerokim uśmiechem zgodziła się, że jej krzywe pierogi mają swój urok. Śmiałyśmy się, a kuchnia wypełniła się naszymi głosami.
Kiedy już wszystkie pierogi były zrobione, Zosia pomogła mi je wrzucić do wrzątku. „Babciu, a jak długo muszą się gotować?” – pytała z ciekawością. „Jak wypłyną na wierzch, to znaczy, że są gotowe” – odpowiedziałam, a ona z niecierpliwością patrzyła na garnek.
Dźwięk gotujących się pierogów, ich delikatne bulgotanie, przypomniał mi moje dzieciństwo, te wszystkie chwile spędzone w kuchni z babcią. Często stałam przy garnku, wąchałam zapachy i marzyłam o tym, co za chwilę zjem.
Zaraz po ugotowaniu pierogów usiadłyśmy do stołu. Zosia z wielką radością nakładała sobie na talerz, a ja przygotowałam do nich sos ze śmietaną i koperkiem. Widziałam w jej oczach ekscytację, kiedy brała pierwszego kęsa. „Mmm, babciu, są pyszne!” – krzyknęła radośnie, a ja czułam, jak moje serce się uśmiecha. Cieszę się, że mogę przekazać jej tę tradycję, to wszystko, co sama otrzymałam.
Zaraz po jedzeniu zaczęłyśmy sprzątać, a Zosia z uśmiechem biegała po kuchni, pomagając mi w porządkach. „Babciu, kiedy znów zrobimy pierogi?” – pytała, a ja mówiłam, że na pewno za tydzień, bo Wigilia się zbliżała. Tylko czekałam na te chwile, gdy znów będziemy razem w kuchni, śmiejąc się i dzieląc wspomnieniami.
A ja… ja czułam, że te momenty są najcenniejsze. Wtedy zrozumiałam, że to nie tylko robienie pierogów, ale także budowanie więzi, które będą trwać przez pokolenia. Każdy pieróg to część nas, naszych wspomnień, naszych historyjek, które opowiadamy sobie na nowo, wciąż z uśmiechem na twarzy.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię