0:000:00

Piłka w krzakach Niedźwiedzia

Historia Aleksandra, ur. 1936

Piłka uciekła mi spod nogi i poleciała w krzaki, aż zaszeleściło tak, że chłopaki od razu zaczęli krzyczeć, że teraz to już po grze. Zatrzymałem się w pół kroku, z tym głupim uczuciem w brzuchu, jak człowiek wie, że to niby drobiazg, ale zaraz zrobi się z tego awantura. Stałem na naszym klepisku, na tym wiejskim boisku w Niedźwiedziu, i patrzyłem, jak trawa się ugina tam, gdzie piłka wpadła. Słońce świeciło ostro, aż mrużyłem oczy, a powietrze pachniało kurzem i taką suchą ziemią, jak po kilku dniach bez deszczu.

„No idź, szukaj” — ktoś mi rzucił, chyba ten najgłośniejszy z nas, co zawsze musiał mieć rację. I jeszcze dodał: „Tylko nie wracaj bez!”

Poszedłem, bo co miałem zrobić. Krzaki były gęste, takie splątane, z gałązkami, co łapią za rękawy. Wsunąłem się tam bokiem, odgarniając je przedramieniem. Od razu poczułem zapach liści i czegoś wilgotniejszego pod spodem, jakby w cieniu ziemia trzymała resztki chłodu. Słyszałem za plecami stuk butów o twardą ziemię i to, jak chłopaki przestępują z nogi na nogę, niby czekają, ale tak naprawdę już się niecierpliwią.

Piłki nie było widać od razu. Schyliłem się, potem prawie uklęknąłem, i zacząłem macać ręką po ziemi, po gałązkach, po jakichś suchych łodygach. Co chwilę coś mnie drapało, raz po policzku, raz po palcach. Niby nic, a człowiek od razu czuje wstyd, bo tamci stoją i patrzą, i pewnie myślą, że specjalnie tak długo szukam.

„No co, znalazłeś?” — doleciało z boiska.

„Cicho!” — warknąłem, sam zaskoczony, że mi się wyrwało. Serce mi przyspieszyło, bo ja nie byłem taki, żeby się odzywać ostro. Ale wtedy już byłem podenerwowany. Miałem wrażenie, że wszyscy czekają tylko na to, żebym coś zawalił.

Kucnąłem niżej i wtedy zobaczyłem, że w tym krzaku jest taka mała przerwa, jakby ścieżka wydeptana przez kota albo coś. Wcisnąłem tam rękę głębiej. I poczułem coś okrągłego, ale nie gładkiego jak piłka, tylko… chropowate. Cofnąłem dłoń odruchowo, bo przestraszyłem się, że to jakieś gniazdo albo coś żywego.

Przez chwilę stałem bez ruchu. Słyszałem tylko własny oddech i brzęczenie owadów, takie natrętne, jakby mi ktoś przy uchu trzymał cienki drucik. Poczułem, że robi mi się gorąco w karku. I nagle przyszła mi do głowy myśl, że jak nie znajdę piłki, to już nie będzie grania. A jak nie będzie grania, to ja będę „ten, co zgubił”. I to zostaje, to się ciągnie.

Wziąłem więc oddech i znów wsunąłem rękę. Tym razem powoli, ostrożnie. Palce natrafiły na coś miękkiego, potem na coś twardszego. I w końcu — tak, to było to. Skóra piłki, taka lekko popękana, ale znajoma. Złapałem ją i pociągnąłem.

Nie poszło od razu. Coś ją trzymało. Szarpnąłem mocniej i wtedy usłyszałem trzask, jakby gałązka pękła. Piłka wyskoczyła mi do przodu, a ja prawie przewróciłem się na kolana. W tym samym momencie poczułem ukłucie w palcu. Spojrzałem — krew, cienka kreska, nic wielkiego, ale od razu zapiekło.

Wyszedłem z krzaków z tą piłką, jakbym niósł jakiś skarb. Kurz przykleił mi się do spoconych dłoni, a piłka była ciepła od słońca. Chłopaki od razu podbiegli, jeden chciał mi ją wyrwać, drugi się śmiał, że „aż tak trudno było”. Zrobiło mi się przykro. Nie dlatego, że się śmiali, tylko że ja się starałem, a oni… no, nie widzieli tego, co ja widziałem w tych krzakach. Tego strachu, że jak nie wrócę, to będzie po wszystkim.

„Masz palec” — powiedział któryś, bo zobaczył krew.

„Nic nie mam” — odburknąłem, chociaż piekło coraz bardziej.

I wtedy stało się coś, co do dziś mam przed oczami. Piłka, ta nasza jedyna, co ją szanowaliśmy bardziej niż niejedną rzecz w domu, miała na sobie rozdarcie. Nie wielkie, ale takie, że od razu było widać. Skóra pękła przy szwie, pewnie jak ją szarpnąłem. Wszyscy zamilkli.

Poczułem, jakby mi ktoś wcisnął kamień do brzucha. Taka cisza zapadła, że aż słyszałem, jak gdzieś dalej ktoś woła krowy, i jak wiatr szura po trawie. Chłopaki patrzyli na piłkę, a potem na mnie. I ja już wiedziałem, co będzie. Że teraz to ja będę winny. Nawet jeśli piłka była stara, nawet jeśli ten szew już puszczał, to ja ją przyniosłem z krzaków rozerwaną.

„No i co zrobiłeś?” — powiedział ten sam, co mnie poganiał. Nie krzyczał, ale jego głos był taki, że człowiek od razu czuł się mały.

„Zaczepiła się” — próbowałem tłumaczyć, ale mi głos siadł. Mówiłem dalej, szybko, byle coś powiedzieć: „Nie chciała wyjść, to szarpnąłem, bo… bo wszyscy krzyczeli…”

„Ja krzyczałem?” — wtrącił się ktoś inny, już z takim uśmieszkiem.

I wtedy ja, zamiast się kłócić, spojrzałem na ten mój palec. Krew dalej była, brudziła mi skórę. To niby głupie, ale jakoś mnie to uratowało, bo miałem na co patrzeć. Nie musiałem patrzeć im w oczy.

Nagle usłyszałem głos Helenki. Stała trochę z boku, bo ona często przychodziła popatrzeć, jak gramy, ale rzadko się odzywała. A wtedy powiedziała cicho, ale wyraźnie: „Przecież ona już była stara. Widziałam, że pękała.”

Chłopaki popatrzyli na nią, jakby im ktoś przerwał przedstawienie. Ktoś prychnął, że „co ona wie”, ale już ta pewność w nich siadła. Mnie zrobiło się lżej, chociaż wciąż czułem wstyd. Bo to było takie… ktoś stanął po mojej stronie, a ja nawet nie umiałem podziękować. Tylko spojrzałem na nią krótko, i od razu odwróciłem wzrok, żeby nie wyszło, że mi zależy.

Zaczęliśmy kombinować, co zrobić. Jeden mówił, że trzeba zanieść do domu, drugi, że da się związać sznurkiem. Ktoś przyniósł kawałek jakiejś szmatki, ktoś inny znalazł cienki drut. Ja stałem i trzymałem piłkę, jakbym trzymał winę w rękach. Palec pulsował, a na języku czułem smak kurzu, bo oddychałem szybko.

„Daj, ja spróbuję” — powiedział Marek, bo on zawsze miał wrażenie, że wszystko naprawi. Usiadł na ziemi, piłkę położył sobie na kolanach i zaczął oglądać rozdarcie. Drut skręcał w palcach, aż mu się wbijał w skórę. Patrzyłem na to i czułem taki dziwny podziw, że ktoś się nie boi, że mu nie wyjdzie.

„Trzymaj tu” — rzucił do mnie. Przyklęknąłem obok, trzymałem skórę piłki, żeby się nie rozchodziła. Nasze głowy prawie się stykały, słyszałem jego oddech, czułem zapach potu i trawy. On mamrotał pod nosem, że „głupie”, że „nie idzie”, a ja tylko trzymałem.

W pewnym momencie drut puścił i Marek syknął, bo rozciął sobie palec. Popatrzył na krew i parsknął śmiechem, takim krótkim, wściekłym. A ja… ja wtedy też się uśmiechnąłem. Pierwszy raz od tego, jak wyszedłem z krzaków. Napięcie jakby trochę zeszło, bo już nie byłem jedyny „winny” i jedyny poraniony.

Helenka stała dalej, przyglądała się, ale już nic nie mówiła. Słońce przesunęło się trochę, cień od krzaków był dłuższy. Na boisku nikt nie kopał, wszyscy byli skupieni na tej piłce, jakby od niej zależało wszystko. I w sumie wtedy zależało, bo co mieliśmy innego robić.

Marek w końcu przewlókł drut przez szew, tak jakby zszywał. Nie wyglądało to ładnie. Piłka miała taki brzydki, metalowy „uśmiech” z boku. Ktoś jeszcze owinął to sznurkiem, żeby drut nie odstawał. Ja patrzyłem i myślałem tylko: oby się dało nią kopnąć choć parę razy, żeby nie wracać do domu z poczuciem, że wszystko się skończyło przeze mnie.

„No, spróbuj” — powiedział Marek i podał mi piłkę.

Wziąłem ją. Była cięższa, jakby od tego całego zamieszania. Podrzuciłem ją lekko i kopnąłem niezbyt mocno, tak ostrożnie. Poleciała, odbiła się od twardej ziemi i wróciła trochę krzywo, ale wróciła. Chłopaki odetchnęli, ktoś nawet klasnął w dłonie, tak jakbyśmy dokonali czegoś wielkiego.

„Dobra, gramy” — padło w końcu.

I zagraliśmy, tylko już inaczej. Ja grałem ciszej, ostrożniej, jakbym się bał piłki dotknąć. Za każdym razem, gdy ją kopałem, miałem przed oczami to rozdarcie i te krzaki. Ale jednocześnie czułem też coś miłego, bo Helenka się odezwała, Marek się skaleczył, chłopaki przestali mnie tak cisnąć. Jakby to całe zdarzenie trochę nas ustawiło.

Po jakimś czasie piłka znów poleciała w stronę krzaków, ale tym razem ktoś inny pobiegł. I ja od razu poczułem ulgę, taką zwyczajną, dziecinną ulgę. Stałem na boisku, w tym słońcu, z palcem brudnym od zaschniętej krwi, i słuchałem, jak tamten szura w gałęziach. Nikt nie krzyczał, żeby się spieszył. Tylko czekali.

Kiedy już wracaliśmy do domów, piłka została u Marka, bo on powiedział, że jeszcze ją poprawi. Ja szedłem wolno, bo palec mi zesztywniał i trochę bolał. W kieszeni czułem drobny kamyk, który tam wpadł wcześniej, i co krok obcierał mi materiał. Z jednej strony byłem zmęczony, z drugiej miałem w głowie tę chwilę ciszy, gdy wszyscy patrzyli na rozerwaną piłkę. To takie uczucie, że nagle jesteś na środku, bez osłony.

W domu nikt nawet nie zauważył tego palca od razu. Dopiero jak myłem ręce, woda zapiekła i syknąłem. I wtedy mnie uderzyło, że to wszystko było takie… zwyczajne, a jednak dla mnie ważne. Nie ta piłka sama w sobie, tylko to, jak człowiek się potrafi bać głupiej rzeczy, bo mu zależy, żeby go nie wyśmiali, żeby go nie odsunęli.

Potem jeszcze długo, jak już wracałem na boisko, patrzyłem na te krzaki z boku. Nie podchodziłem do nich od razu. Niby nic tam nie było, zwykłe gałęzie, liście, trochę cienia. A ja i tak czułem w środku taki mały skurcz, jakbym znowu miał wsunąć rękę w ciemne i nie wiedzieć, co dotknę.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię