Pięciomarkówka od ojca
Historia Antoniego, ur. 1936
Zimny wiatr ciął po policzkach, a ja stałem na peronie stacji kolejowej w Koninie, trzymając w ręku małe, płócienne zawiniątko. W środku był kanapki, które mama zawinęła w papier śniadaniowy, i ta moneta. Czekałem na pociąg do Poznania, na pierwszy w życiu targ numizmatyczny. W kieszeni miałem całe swoje oszczędności, zebrane z pomagania przy rozładunkach i z tego, co odłożyłem z kieszonkowego. Wszystko w banknotach i drobnych, starannie złożonych w portfel po ojcu. W głowie huczało mi od myśli, czy to w ogóle ma sens, jechać tak daleko dla kilku kawałków metalu.
Pociąg nadjechał z łoskotem i sykiem pary. Wszedłem do wagonu, który pachniał wilgotnym drewnem, węglem i ludźmi. Znalazłem miejsce przy oknie. Przede mną usiadł starszy mężczyzna w wytartym płaszczu, który od razu wyjął gazetę. Ja wyjąłem swoje zawiniątko, rozłożyłem je na kolanach i ostrożnie, żeby nikt nie widział, wyjąłem monetę. Tę jedną, od której wszystko się zaczęło. Była to pięciomarkówka z czasów cesarstwa, znaleziona na targu staroci dwa lata wcześniej. Wydałem na nią prawie całe tygodniowe kieszonkowe. Pamiętam, jak ojciec wziął ją wtedy w dłoń, obrócił, popatrzył uważnie, a potem na mnie. Nie powiedział ani słowa o marnowaniu pieniędzy. Powiedział tylko: „No, Antoni. Masz tu kawałek historii. Teraz się nią zaopiekuj”. I oddał mi ją z powrotem. W jego głosie nie było gniewu, tylko coś w rodzaju zrozumienia. Od tamtej pory moneta była moim najcenniejszym skarbem. Leżała teraz na mojej dłoni, ciężka, chłodna, z wytartym już prawie całkiem orłem.
Podróż wydawała się nieskończona. Patrzyłem przez okno na mokre, jesienne pola, na wsie, które mijałyśmy, na nagie drzewa. Myślałem o tym, co zastanę w Poznaniu. Wiedziałem o targu z ogłoszenia w gazecie, które wycięłem i schowałem między kartki zeszytu. Opisywało je jako „giełdę kolekcjonerów”. Brzmiało to niezwykle poważnie. Bałem się, że tam będą sami dorośli, doświadczeni panowie, a ja, chłopak z prowincji, będę wyglądał śmiesznie z moją jedną monetą i garścią drobnych.
Kiedy wreszcie wysiadłem na dworcu w Poznaniu, ogarnął mnie chaos. Tłumy ludzi, krzyki tragarzy, zapach kawy z bufetu. Zapytałem o drogę strażnika kolejowego, który machnął ręką w jakimś kierunku. Szedłem długo, zagubiony w obcym mieście, z sercem bijącym mocno. W końcu trafiłem do dużego, ceglanego budynku, może dawnej hali targowej. Przed wejściem stało już kilku mężczyzn, rozmawiając półgłosem. Wszyscy wydawali mi się starsi, pewni siebie. Wszedłem do środka.
Zapach uderzył mnie od razu. To była mieszanina starych książek, skóry, wilgotnego papieru i… czegoś metalicznego. W powietrzu unosił się pył. W środku stały długie rzędy stołów, a na nich leżały gabloty, pudełka, albumy. Blask lamp odbijał się od szkła i od błyszczących, złotych i srebrnych krążków. Stanąłem jak wryty. Nigdy w życiu nie widziałem tylu monet naraz. Były wszędzie. Leżały na aksamicie, w drewnianych kasetkach, w małych woreczkach. Słyszałem stukot monet przewracanych w dłoniach, ciche rozmowy o rocznikach, mennicach, stopach. Język, którym się posługiwano, był dla mnie w połowie zrozumiały. Słyszałem słowa: „denar”, „talara”, „awers”, „patyna”. Czułem się jak intruz, jak ktoś, kto przypadkiem wszedł do świątyni, nie znając obrzędów.
Przez długi czas tylko chodziłem między stołami, nieśmiało zaglądając do gablot. Nikt na mnie specjalnie nie zwracał uwagi. Handlarze rozmawiali ze sobą lub z klientami, którzy wyglądali na stałych bywalców. W końcu odważyłem się podejść do jednego stołu, gdzie stał starszy pan w okularach, z siwą brodą. Na aksamicie leżały głównie monety polskie.
– Dzień dobry – wykrztusiłem, czując, jak płoną mi uszy. Pan podniósł wzrok sponad albumu, który przeglądał. – Dzień dobry, młody człowieku. Szukasz czegoś konkretnego? – Nie… to znaczy, tak. Przeglądam. Dopiero zaczynam. Uśmiechnął się lekko. Jego twarz była pomarszczona, ale oczy żywe i uważne. – Każdy kiedyś zaczynał. Masz coś ze sobą? Czasem najlepiej zaczynać od pokazania, co się już ma.
Zawahałem się. Potem, powoli, wyjąłem z kieszeni marynarki swoją pięciomarkówkę, owiniętą w miękką szmatkę. Położyłem ją na ladzie przed panem. On wziął do ręki lupę, którą miał na łańcuszku na szyi, przyjrzał się monecie z bliska, obrócił ją.
– Hm. Wilhelm Drugi. Marka z roku… tysiąc dziewięćset dziesiątego, jeśli się nie mylę. Stan średni, dużo śladów obiegu, ale rysunek orła jeszcze czytelny. Pierwsza moneta? Przytaknąłem, nie mogąc wydobyć głosu. – Szacunek. Dobrze wybrana. Solidny kawałek historii, nie żaden bilon. A dlaczego akurat ta? – Znalazłem ją na straganie. Po prostu… spodobała mi się. – To najlepszy powód – mruknął. – Zawsze lepiej zbierać to, co się lubi, niż to, co się musi. Chcesz ją sprzedać? Zatrząsłem głową z taką determinacją, że aż się sam zdziwiłem. – Nie. Nigdy. Starszy pan uśmiechnął się szerzej i oddał mi monetę. – To dobrze. Trzymaj ją. Niech będzie twoim fundamentem. A teraz rozejrzyj się. Masz przy sobie jakieś pieniądze na zakupy? Wyjąłem portfel. On spojrzał na moje skromne banknoty i drobne, które wysypały się na blat. – Hmm. Widzę, że jesteś człowiekiem praktycznym. Nie wydawaj wszystkiego na jedną, błyszczącą rzecz. Poszukaj czegoś w swoim zasięgu. Monety obiegowe. Te, którymi ludzie naprawdę płacili. One też mają duszę.
Przez następną godzinę chodziłem za jego radą. Zamiast wpatrywać się w drogie, srebrne talary, zacząłem przeglądać pudełka z tańszymi monetami. Były tam całe stosiki złotówek i groszy z międzywojnia, powojenne monety z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, nawet jakieś austriackie korony. Dotykałem ich palcami. Były chłodne, czasem poszarpane na krawędziach, wytarte. Wyobrażałem sobie, w czyich kieszeniach leżały, za co je wydano – za bochenek chleba, za gazetę, za bilet kolejowy. Starszy pan podszedł do mnie po jakimś czasie i pokazał mi kilka sztuk. – Te są w dobrym stanie, a nie kosztują fortuny. Możesz zacząć od nich. Złotówka z tysiąc dziewięćset trzydziestego drugiego, z orzełkiem. I dwie pięciogroszówki z lat trzydziestych. To będzie dobry początek kolekcji.
Targowałem się nieśmiało, w końcu zapłaciłem kwotę, która nie zrujnowała mojego budżetu. Kiedy dostałem monety do ręki, poczułem dziwną radość. To nie była euforia, ale ciepłe, głębokie zadowolenie. Miałem teraz cztery monety zamiast jednej. Każda była inna, każda miała swoją wagę, swój dźwięk, gdy nią potrząsnąłem.
Przed wyjściem jeszcze raz podszedłem do starszego pana, żeby mu podziękować. Kiwnął głową. – Nie ma za co. Tylko pamiętaj: kolekcjonowanie to nie wyścig. To bardziej jak rozmowa z czasem. Słuchaj, co monety mają do powiedzenia. I pisz to wszystko. Daty, skąd masz, za ile. Za dziesięć lat będziesz sobie dziękował.
W drodze powrotnej, w zatłoczonym przedziale, trzymałem w kieszeni nowe nabytki. Co chwilę sprawdzałem, czy są na miejscu. Stara pięciomarkówka i trzy nowe, polskie monety. Czułem ich kształty przez materiał spodni. Patrzyłem za okno, na zapadający wczesny zmierzch, i myślałem o tym, co powiem ojcu. Nie o cenie, nie o tym, co kupiłem. Ale o tym starszym panu, o zapachu starego papieru i metalu, o tym uczuciu, kiedy zrozumiałem, że te małe krążki to nie tylko metal, ale ślady. Ślady życia, które toczyło się obok, na rynkach, w sklepach, w domach. Pociąg toczył się równym rytmem, a ja, z głową opartą o szybę, uśmiechałem się do siebie. Byłem zmęczony, głodny, ale czułem, że wróciłem z czegoś więcej niż tylko z targu. Wróciłem z początkiem.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię