Muzyka
Historia Stefana, ur. 1945
Muzyka w moim życiu nigdy nie była tylko tłem. Była ucieczką, deklaracją wolności, a czasem jedynym sposobem, by zagłuszyć huk stoczniowych młotów lub ciszę stanu wojennego. Gdybym miał ułożyć ścieżkę dźwiękową do moich osiemdziesięciu lat, byłaby to składanka dziwna, pełna szumów starego radia i trzasków porysowanych płyt, ale każde uderzenie perkusji i każdy akord gitary przypominają mi konkretną chwilę.
Moje najwcześniejsze wspomnienia muzyczne to nie są piosenki, a dźwięki. Szum starego odbiornika Pionier, który ojciec trzymał na komodzie w naszym mieszkaniu na Woli. To był czas, kiedy muzyka była „polityczna”. Z głośników wylewał się socrealistyczny optymizm – piosenki o budowaniu Warszawy, o cegłach i murarzach. Ale ja pamiętam coś innego. Pamiętam, jak ojciec późno w nocy kręcił gałką, szukając fal. Wtedy z głośnika wydobywał się ten dziwny, połamany rytm – jazz.
To był dla mnie, dziesięcioletniego Stefana, dźwięk z innej planety. Nie rozumiałem go, ale czułem w nim jakąś dzikość, która pasowała do naszych zabaw w ruinach. Potem przyszła „odwilż” i rok 1956. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem rock’and’rolla. Bill Haley i jego „Rock Around the Clock” – to było jak uderzenie pioruna. Pamiętam, jak na podwórku próbowaliśmy tańczyć do tego rytmu, choć nasze sztywne spodnie i ciężkie buty mało miały wspólnego z lekkością amerykańskich nastolatków. Muzyka zaczęła być dla nas sposobem na powiedzenie: „Jesteśmy inni niż nasi rodzice”.
Kiedy wszedłem w wiek licealny, Polska zaczęła pulsować własnym rytmem. To był czas „mocnego uderzenia”. Nie było nas stać na zagraniczne płyty, więc słuchaliśmy Czerwonych Gitar. Dla chłopaka z Warszawy, który za chwilę miał się przenieść do Gdańska, te piosenki były jak hymny. „No bo ty się boisz myszy”, „Historia jednej znajomości” – śpiewaliśmy to na szkolnych wycieczkach, przy ognisku, czując, że świat staje się odrobinę bardziej kolorowy.
Ale prawdziwa rewolucja nastąpiła, gdy w 1963 roku wyjeżdżałem z wojska. Wtedy światem zawładnęli The Beatles. Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem „She Loves You” na pocztówce dźwiękowej – to był kawałek plastiku z rowkami, który kładło się na adapterze Bambino. Jakość była fatalna, szumiało, trzeszczało, ale ta energia! To było coś niesamowitego. Czesaliśmy się „na bitelsa”, choć nauczyciele gonili nas do fryzjera. Muzyka była naszym pancerzem przeciwko szarzyźnie systemu.
Później, już w Gdańsku, odkryłem Niemena. To nie był już tylko radosny big-beat. Kiedy Niemen wykrzyczał „Dziwny jest ten świat” w Opolu w 1967 roku, siedzieliśmy z kolegami w „Rudym Kocie” przy jednej kawie i milczeliśmy. To był głos naszego pokolenia – zbuntowany, chropowaty, autentyczny. Niemen pokazał nam, że muzyka może być czymś więcej niż rozrywką; że może zadawać pytania, na które nikt z dorosłych nie chciał nam odpowiedzieć.
W latach 70., kiedy pracowałem już w stoczni i budowałem dom z Haliną, muzyka stała się bardziej dostępna, ale też bardziej „profesjonalna”. Pojawiły się magnetofony kasetowe – słynne Grundigi. Pamiętam, jak z wielkim trudem „załatwiłem” taki magnetofon. To była rewolucja! Mogliśmy nagrywać piosenki z radia, czekając z palcem na przycisku „record”, żeby spiker nie zagadał początku utworu.
Wtedy w moim życiu pojawił się Pink Floyd. „The Dark Side of the Moon” – to była muzyka, której słuchało się w nocy, przy zgaszonym świetle, paląc papierosa. Te dźwięki bicia serca, ten zegarowy zgiełk... to pasowało do rytmu stoczni, do tego mechanicznego świata, w którym spędzałem dnie. Ale jednocześnie ta muzyka pozwalała mi odlecieć daleko stąd. W tamtej dekadzie kochałem też polski rock – Breakout i Nalepę. „Kiedy byłem małym chłopcem” – ten bluesowy rytm, ta gitara... czułem w tym prawdę o moim własnym dzieciństwie w ruinach Warszawy.
Dla nas, ludzi pracy, lata 70. to był też czas Abby i Boney M. Nie wstydzę się tego. Kiedy w 1976 roku Abba przyjechała do studia w Warszawie, wszyscy siedzieliśmy przed telewizorami. Ich piosenki były jak powiew luksusu, jak obietnica, że życie może być lekkie, błyszczące i bezproblemowe. Tańczyliśmy do tego na prywatkach na Zaspie, zapominając na chwilę o brakach w sklepach.
To była najważniejsza dekada muzyczna w moim życiu. Kiedy wybuchła Solidarność, a potem przyszedł stan wojenny, muzyka przestała być dodatkiem – stała się bronią. Pamiętam koncerty Perfectu. Kiedy Zbigniew Hołdys śpiewał „Chcemy być sobą”, a tysiące ludzi na widowni zmieniało tekst na „Chcemy bić ZOMO”, czułem, jak włosy stają mi dęba. To była potężna siła. Muzyka dawała nam odwagę, której brakowało nam w codziennym życiu.
W moim odczuciu lat 80. nie da się oddzielić od tekstów Jacka Kaczmarskiego. Jego „Mury” śpiewaliśmy szeptem na spotkaniach podziemnych, a potem głośno w kościołach. Ta piosenka była dla nas jak litania. Słuchaliśmy jej z kaset, które były kopiowane dziesiątki razy, aż dźwięk stawał się błotnisty, ale przekaz był jasny. Kaczmarski był głosem naszej niewoli i naszej tęsknoty za wolnością.
Z drugiej strony, lata 80. to był też czas Lady Pank, Republiki i Maanamu. Pamiętam Korę – była taka inna, taka drapieżna. Jej „Krakowski spleen” idealnie oddawał to, co czuliśmy w 1983 czy 1984 roku – to czekanie na wiatr, który „rozgoni ciemne chmury”. Słuchałem tego jadąc tramwajem do stoczni, mając w uszach słuchawki od taniego walkmana, i czułem, że nie jestem w tym wszystkim sam.
Po 1990 roku świat muzyczny eksplodował. Pojawiły się płyty CD, MTV, stacje komercyjne. Dla człowieka w moim wieku, który przeżył tyle dekad szarości, ta obfitość była czasem przytłaczająca. Moje dzieci słuchały grunge’u i techno, a ja... ja zacząłem wracać do tego, co znałem najlepiej.
Odkryłem na nowo Leonarda Cohena. Jego niski, zachrypnięty głos towarzyszył mi w wieczory na działce. „Hallelujah” czy „Dance Me to the End of Love” – to były piosenki o miłości, o przemijaniu, o Bogu. Pasowały do faceta, który ma już za sobą większość drogi. Zacząłem też doceniać polską piosenkę literacką – Magdę Umer, Grzegorza Turnaua. Muzyka stała się dla mnie przestrzenią do refleksji, a nie tylko do buntu.
Dzisiaj, gdy mam osiemdziesiąt lat, moją „ulubioną muzyką” jest cisza poranka na mojej działce na Stogach, ale gdy tylko włączę radio i usłyszę pierwsze takty „Satisfaction” The Rolling Stones czy „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty, serce bije mi mocniej. Widzę wtedy siebie – małego Stefka w ruinach Warszawy, młodego Stefana w gdańskim porcie i dojrzałego mężczyznę, który mimo wszystko zawsze starał się „być sobą”.
Muzyka przeprowadziła mnie przez te wszystkie lata. Była tam, gdy się kochałem, gdy pracowałem ponad siły, gdy strajkowałem i gdy po prostu odpoczywałem. To jedyny język, który nigdy mnie nie okłamał.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię