Krew na białym fartuchu pielęgniarki
Historia Bożeny, ur. 1951
Siedziałam przy małym stoliku na oddziale chirurgicznym, przeglądając dokumenty. Szpital miał wyrazisty zapach, mieszankę środków odkażających i czegoś metalicznego. W powietrzu słychać było rozmowy, szum kroków i sporadyczne wołanie pielęgniarek. Trwał kolejny dzień, a w głowie krążyły myśli o nadchodzących pacjentach. Czasem, gdy szłam na dyżur, czułam lekką tremę, ale jednocześnie ekscytację – nigdy nie wiadomo, co przyniesie dzień.
Z oddziału dochodził hałas. Usłyszałam, jak ktoś wchodzi, a za chwilę na korytarzu rozległ się głośny krzyk. Szybko zorientowałam się, że to nie jest nic dobrego, bo takie dźwięki często oznaczały, że przywożono kogoś z wypadku. Z Haliną, moją koleżanką, zaczęłyśmy omijać ruchliwe miejsca, żeby być bliżej sali, w której miały się odbyć zabiegi. W takich momentach działałyśmy jak zgrany zespół, wiedziałyśmy, co robić.
Gdy na oddział przywieziono pacjenta, atmosfera stała się napięta. Na noszach leżał mężczyzna, blady, z wyraźnym bólem na twarzy. Pielęgniarki szybko zaczęły działać, a ja z Haliną biegłyśmy, by pomóc w przenoszeniu rzeczy z korytarza. W takich chwilach człowiek rozumie, jak ważna jest współpraca. Czułam, jak adrenalina krąży w moim ciele, a jednocześnie odczuwałam współczucie dla pacjenta, który trafił w kłopoty. Wszyscy działaliśmy razem, bez zbędnych słów. Każda z nas miała swoją rolę.
W pewnym momencie ogarnął mnie strach. Chciałam pomóc, ale obawiałam się, że mogę coś źle zrobić. W takich sytuacjach człowiek staje się bardziej wrażliwy na to, co się dzieje wokół. Widziałam, jak lekarz zajął się mężczyzną, a ja z Haliną przejęłyśmy jego rzeczy. Szybko wróciłyśmy do sali, a ja czułam, jak serce mi bije. Każdy w takich momentach staje na wysokości zadania, mimo że w głębi duszy można czuć się bezsilnym.
Gdy na oddziale zapanował chaos, ja z Haliną wzięłyśmy się do porządków. Każda z nas miała swoją rolę. Ja zajęłam się wyrzucaniem śmieci, a Halina sprawdzała, co potrzebujemy. Nagle usłyszałyśmy, jak szef pielęgniarek woła nas, byśmy natychmiast przyniosły nowe opatrunki. To był moment pełen napięcia, bo wiedziałyśmy, że nie możemy zawieść. Złapałyśmy ze sobą spojrzenie, obie czułyśmy determinację. Pędziłyśmy przez korytarz, wiedząc, że każda sekunda się liczy.
Gdy dotarłyśmy z opatrunkami, byłyśmy już na skraju wyczerpania, ale to nas nie powstrzymało. Adrenalina dodawała nam sił. Widząc, jak lekarze pomagają pacjentowi, a reszta personelu wypełnia swoje obowiązki, poczułam, że jesteśmy częścią czegoś większego. Czułam się potrzebna i doceniana. To dawało mi energię.
Po chwili, kiedy sytuacja się uspokoiła, z ulgą odetchnęłam. Zdarzenie to zbliżyło nas, zrozumiałyśmy, że razem możemy wiele zdziałać. Mimo strachu czułyśmy, że w takich chwilach możemy liczyć na siebie. Po kilku godzinach intensywnej pracy, chaos ustąpił miejsca rutynie. Pacjent został przewieziony na operację, a my wróciłyśmy do naszych codziennych obowiązków.
Kiedy kończyłam dyżur, myślałam o tym dniu, o emocjach, które towarzyszyły mi od początku. Czułam się spełniona. W takich momentach człowiek uczy się, jak ważna jest dyskrecja i empatia wobec innych. Ostatecznie każdy z nas jest tylko człowiekiem, a w obliczu trudnych sytuacji potrafimy odnaleźć w sobie siłę i determinację.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię