0:000:00

Metalowe kółka firanki na karniszu

Historia Teresy, ur. 1977

„Teresa, nie dotykaj tego, bo to się zaraz rozleci” — usłyszałam, jak tylko weszłam do pokoju.

Ciocia Halina stała przy oknie i trzymała w rękach firankę. Cienka była, biała, z takim małym wzorkiem przy dole. Światło z dworu przechodziło przez materiał i na ścianie robiły się jasne plamy. W mieszkaniu pachniało herbatą i proszkiem do prania, takim zwykłym, co się go czuło od progu.

Ja już miałam ręce podniesione, bo chciałam pomóc. Zawsze tak mam, że jak coś wisi krzywo albo się marszczy, to mnie nosi, żeby poprawić. Nie dlatego, że ja wiem lepiej. Po prostu trudno mi przejść obok i udawać, że nie widzę.

Z kuchni dochodziło brzęczenie czajnika, a w pokoju było słychać, jak kółka firanki skrobią po karniszu. Ten dźwięk mnie drażnił, bo taki suchy, jakby coś się zacinało.

Ciocia Halina wszystko robiła po swojemu. Najpierw rozkładała firankę na kanapie, wygładzała dłonią, sprawdzała dół, czy równo. Dopiero potem brała się za nawlekanie. A ja byłam przyzwyczajona, że się robi szybciej, bez tego całego układania. U niej nic nie było na szybko.

„To mi pomóż, ale delikatnie” — powiedziała w końcu, jak zobaczyła, że stoję i nie wiem, czy podejść. Podała mi drugi koniec firanki i od razu dodała: „Tylko nie ciągnij, bo ta nitka… ona już swoje przeszła”.

Dopiero wtedy zobaczyłam, o co chodzi. Przy samym brzegu, przy tym wzorku, była cieniutka przerwa, jak po zahaczeniu. Niby drobiazg, ale wiadomo, jak to jest z taką firanką: pociągniesz i pójdzie dalej.

Stanęłyśmy na palcach, bo karnisz był wysoko. Ciocia miała krzesło, ciężkie, kuchenne, ale i tak musiała się wspinać. Ja trzymałam firankę i starałam się nie napinać rąk, bo jak człowiek się spina, to potem robi głupie ruchy. Ciocia mówiła pod nosem: „Tu… jeszcze jedno… dobra… nie, nie, cofasz…”.

I w pewnej chwili moje palce zahaczyły o to słabsze miejsce. Naprawdę tylko musnęłam. A jednak poszło ciche „trrr” i nitka puściła.

Zrobiło mi się gorąco w twarzy. Tak od razu, jakby ktoś przyłapał mnie na czymś. Spojrzałam na ciocię, a ona spojrzała na moje ręce i na firankę. Czekałam, że powie coś ostrzej, bo ona potrafiła, jak coś było zrobione byle jak.

A ona powiedziała tylko: „No widzisz. Mówiłam”.

To „mówiłam” było spokojne, ale mnie zabolało. Poczułam się jak dziecko, co chce pomóc, a tylko przeszkadza. Zaczęłam się tłumaczyć, że ja delikatnie, że nie chciałam, że może da się to jakoś…

„Daj spokój” — przerwała mi. „Nie gadaj tyle. Firanka to firanka. Siadaj na chwilę”.

Dla mnie to było trudne, bo ja nie umiałam tak po prostu usiąść, kiedy coś się zepsuło. W głowie od razu miałam, żeby to zakryć, naprawić, żeby nie było widać. A ciocia zdjęła firankę z powrotem z karnisza, spokojnie, bez nerwów. Jakby to się zdarzało codziennie.

Położyła ją na kanapie i poszła do szuflady. Słyszałam, jak grzebie w swoich pudełkach, jak coś stuka, jak przesuwa metal o metal. Wróciła z igłą i nitką. Nitka była biała, ale taka trochę złamana, nie śnieżna, pasowała do materiału.

„Patrz” — powiedziała i usiadła na brzegu kanapy. Firanka leżała jej na kolanach. „Tu się nie szarpie. Tu się łapie i prowadzi”.

Usiadłam obok. W pokoju zrobiło się ciszej, tylko zegar tykał gdzieś w tle. Z kuchni czajnik już nie szumiał. Za oknem coś przejechało i szyba lekko zadrżała.

Ciocia zaczęła robić drobne ściegi. Szybko, ale równo. Ja patrzyłam, bo ona miała takie ręce, co wiedzą, co robią. I jakoś mi zeszło to napięcie, takie głupie, że już po wszystkim, że narobiłam szkody. No narobiłam, ale ona siedziała i po prostu to zszywała.

„Ty zawsze tak latasz, jakby cię kto poganiał” — rzuciła nagle, dalej patrząc na firankę. „A tu trzeba cierpliwości”.

Zrobiło mi się trochę głupio, bo coś w tym było. Ja wtedy miałam wrażenie, że jak przystanę, to wszystko mnie dogoni. Nawet przy firance człowiek potrafi się zachowywać, jakby od tego zależało nie wiadomo co.

„Chciałam pomóc” — powiedziałam cicho.

„Pomóc to dobrze” — odpowiedziała. „Tylko nie ciągnąć. Jak jest cienkie, to się nie ciągnie”.

I podała mi igłę.

Odruchowo się cofnęłam. „Ja?” — bo bałam się, że pogorszę sprawę. Że jeszcze bardziej rozerwę. A ona tylko spojrzała na mnie normalnie, bez złości.

„No. Ty. Zrób parę ściegów. Powoli”.

Wzięłam igłę. Chłodna była w palcach. Firanka śliska, delikatna, jakby uciekała spod ręki. Nitka mi się od razu zaczęła plątać, bo ja mam tak, że jak się denerwuję, to ciągnę za mocno i robi się supeł.

„Nie tak, poczekaj” — ciocia złapała moją dłoń. Nie szarpnęła, tylko przytrzymała i pokazała. „Widzisz? Prowadzisz. Nie ciągniesz na siłę”.

Zrobiłam pierwszy ścieg i wyszedł krzywo, za długi. Drugi był lepszy. Trzeci też już jakoś wyglądał. I poczułam taką małą ulgę, że jednak da się coś zrobić, a nie tylko stać i się wstydzić.

„No” — mruknęła. „I dobrze. Jeszcze jeden”.

Szyłyśmy chwilę razem. Ona swoje, ja swoje. Bez wielkich rozmów. Czasem tylko: „Podaj nożyczki”, „Uważaj, bo nitka się skręca”, „Tu bliżej brzegu”. I w tym wszystkim przestałam myśleć o tym dźwięku „trrr”, a zaczęłam patrzeć, gdzie wbić igłę, żeby trzymało.

Ciocia w końcu odłożyła igłę i przeciągnęła palcem po naprawionym miejscu. „Widać?” — zapytała.

Nachyliłam się i patrzyłam z bliska. Widać było, jak się człowiek uprze i szuka. Taki drobny ślad, minimalnie inaczej ułożona nitka. Ale jak się stanęło normalnie, krok dalej, to nie.

„Prawie nie” — powiedziałam, bo tak było.

„Dobra, starczy” — odparła. „Nikt tu nie będzie oglądał pod lupą”.

Potem znowu podniosłyśmy firankę do okna. Tym razem trzymałam ją jak coś, co łatwo uszkodzić. Ciocia nawlekała kółka, a ja pilnowałam, żeby się nie skręciła. Jak już wisiała, równo, to ciocia odsunęła się kawałek, spojrzała i kiwnęła głową.

„No. Teraz jest”.

Też spojrzałam. Wzorek na dole układał się prosto, światło przechodziło przez biel tak samo jak wcześniej. A ja miałam w sobie takie ciche zadowolenie, że nie uciekłam do kuchni albo nie zaczęłam się obrażać, tylko zostałam i zrobiłam, co trzeba.

Ciocia poszła po herbatę. Słyszałam, jak stawia szklanki, jak łyżeczka brzęczy o szkło. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na okno. Na ten kawałek, który był naprawiany. Musiałam się chwilę wpatrywać, żeby w ogóle znaleźć, gdzie to było.

Ciocia weszła z herbatą i podała mi szklankę. Gorąca była, parowała. Wzięłam łyk, mocna, trochę słodka, zwyczajna.

„I nie myśl, że ja cię ganię” — powiedziała nagle. „Ja tylko mówię, jak jest. Jak się ciągnie, to się rwie”.

„Wiem” — odpowiedziałam.

Siedziałyśmy jeszcze chwilę. Ona popijała i patrzyła na okno, ja też. Potem zaczęłyśmy gadać o tym, co kupić na obiad i co tam komu brakuje w domu, takie zwykłe rzeczy. A ja co jakiś czas zerkałam na dół firanki i za każdym razem musiałam się zastanowić, gdzie to miejsce było, bo już nie rzucało się w oczy.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię