Cytrynowy płyn
Historia Teresy, ur. 1977
Najpierw usłyszałam takie ciche „psss”, jakby coś syknęło, a potem poczułam zapach — cytrynowy, ostry. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że spod mojej torby robi się mokra plama na podłodze autobusu. Niewielka, ale rozchodziła się szybko, bo autobus akurat ruszył i wszystko poleciało lekko pod skosem, w stronę przejścia.
Zrobiło mi się gorąco w twarzy. Trzymałam torbę na kolanach, zwykłą materiałową, taką roboczą. W środku środki do sprzątania, rękawiczki, ściereczki, różne drobiazgi. I od razu wiedziałam, że coś w środku musiało się odkręcić albo pęknąć. Zanim zdążyłam porządnie pomyśleć, kropelki już skakały po tej szarej gumowej podłodze, a ja czułam na palcach wilgoć.
Siedziałam przy oknie. Za szybą migały bloki, nic szczególnego, zwykłe osiedle. W autobusie było duszno, ludzie stali w kurtkach, ktoś miał mokry parasol, bo wcześniej padało, i ten zapach mokrej tkaniny mieszał się z moją cytryną. A ja zamiast spokojnie jechać, zaczęłam się miotać w myślach, bo to jednak głupio, jak coś ci się leje na podłogę przy ludziach.
Zaczęłam macać torbę od spodu, czy to na pewno moje. No moje, bo palce mi się ślizgały. Z boku torby robiła się mokra plama, materiał ciemniał. W głowie tylko: no pięknie. I od razu strach, że ktoś się poślizgnie, że kierowca będzie miał pretensje, że trzeba będzie wysiadać i tłumaczyć się jak dziecko.
Przy przejściu stała kobieta, szczupła, w jasnej kurtce. Spojrzała w dół, potem na mnie. Nic nie powiedziała, ale było widać po twarzy, że zauważyła. Ja udawałam przez chwilę, że nie widzę, choć widziałam aż za dobrze.
Zaczęłam grzebać w torbie. Ręce mi się trzęsły, bo autobus podskakiwał na nierównościach. W środku była butelka z płynem do podłóg, plastikowa, i jeszcze jedna mniejsza, do łazienki. Po zapachu czułam, że to ten do podłóg, bo zawsze miał mocny cytrynowy.
Rozchyliłam torbę szerzej, jakbym mogła to zasłonić. Śmieszne, bo przecież już było na podłodze. Dotknęłam butelki i poczułam, że jest śliska. Zakrętka niby była, ale pęknięcie poszło gdzieś przy szyjce, małe, a wystarczyło.
Wtedy autobus zahamował, ktoś z przodu krzyknął „Oj!”, bo się o mało nie przewrócił, i ja w tym hamowaniu prawie wypuściłam torbę. Plama poszła dalej cienkim strumieniem i zobaczyłam, że już dotyka buta pana, który stał obok. On spojrzał na but, potem na mnie i powiedział bez krzyku, ale wyraźnie:
– Pani, coś się leje.
No i co miałam powiedzieć. Wyszło mi cicho:
– Wiem, przepraszam… już.
Wyciągnęłam z torby pierwszą lepszą ściereczkę, taką do kurzu, i przycisnęłam ją do tej plamy. Oczywiście to nie wciągnęło od razu. Ściereczka zrobiła się mokra w sekundę i pachniała tak, że aż mnie w oczy szczypało. Bardziej ze złości na siebie niż z czegokolwiek.
Kobieta w jasnej kurtce przesunęła się trochę, żeby nie stać w mokrym, i powiedziała:
– Może pani powie kierowcy, bo ktoś się poślizgnie.
Miała rację. Tylko ja nie chciałam iść do kierowcy, jakbym szła na skargę. Ale wstałam ostrożnie, trzymając torbę w rękach, i próbowałam ją tak podnieść, żeby już nie kapało. Kapało, bo pęknięcie było niżej. Ściereczkę przycisnęłam do butelki, jak się dało.
Ludzie odsunęli się odrobinę, robiąc mi miejsce. Niby pomoc, a człowiek i tak czuje się głupio. Przecisnęłam się do przodu. Kierowca miał tę swoją szybkę, zapukałam. Spojrzał w lusterko, widać było, że zmęczony.
– Co jest? – rzucił.
Powiedziałam:
– Przepraszam pana, mi się płyn rozlał na podłodze, z tyłu.
Westchnął i odpowiedział:
– No to proszę uważać i wytrzeć, bo mi tu ludzie będą się ślizgać.
Niby normalnie, ale i tak mnie to ukuło, bo jakby to było takie: sama sobie winna, radź sobie.
Wróciłam na swoje miejsce, ale już nie usiadłam. Stanęłam w przejściu z boku i zaczęłam wycierać, jak mogłam. Ściereczka była za mała, więc wyciągnęłam drugą, potem trzecią. Rękawiczki miałam w torbie, ale nie włożyłam, bo tylko bym się z nimi szarpała. Palce miałam lepkie od płynu. I zamiast to zebrać porządnie, to ja to bardziej rozmazywałam.
Ktoś z tyłu mruknął coś pod nosem, ktoś inny powiedział „Dajcie pani spokój”. Bez awantury, ale ja i tak czułam na sobie wzrok. Najbardziej to mnie denerwowało, że taka drobnostka, a ja się robię cała spięta.
Autobus znowu zahamował, prawie straciłam równowagę, złapałam się poręczy. Mokre ściereczki miałam zgniecione w dłoni. Ten pan, którego but był wcześniej przy plamie, nachylił się i powiedział ciszej:
– Niech się pani nie przejmuje. Zdarza się.
Tyle. A mi trochę zeszło z napięcia, bo jednak dobrze usłyszeć coś zwykłego, ludzkiego, bez pretensji.
W końcu doprowadziłam to do takiego stanu, że podłoga nie była już śliska. Plama została, wiadomo, ale nie pływało. Torbę postawiłam z powrotem na kolanach, tylko podłożyłam pod nią kilka suchych rzeczy, żeby to wchłaniało. Siedziałam sztywno i co chwilę sprawdzałam ręką, czy jeszcze kapie.
W głowie mi chodziło, że jadę do ludzi z taką torbą, mokrą, śmierdzącą chemią. I że ja mam sprzątać, a tu sama narobiłam bałaganu. Niby nic wielkiego, ale wstyd zostaje.
Patrzyłam przez okno, bo nie chciałam patrzeć na ludzi. Asfalt po deszczu był ciemny, auta mijały, światła się odbijały w kałużach. I tak sobie siedziałam, cicho, jakby to miało coś zmienić.
Na następnym przystanku wsiadło kilka osób i od razu poczuli zapach. Jedna dziewczyna skrzywiła nos i rozejrzała się, ale nie wiedziała, skąd. Ja siedziałam cicho z torbą przyciśniętą do siebie, jakbym coś ukrywała, choć to przecież tylko płyn.
Kiedy dojechałam do swojego przystanku, wstałam szybciej niż zwykle, żeby już wyjść. Torba była cięższa, bo nasiąkła. Dłonie miałam lepkie, pachniały cytryną, nawet jak je przetarłam chusteczką. Zeszłam po stopniach i poczułam chłodne powietrze na twarzy, aż mi się zrobiło lżej.
Stałam chwilę na chodniku, zanim ruszyłam. Autobus odjechał, drzwi syknęły. Popatrzyłam na torbę, jakby to ona była winna, i w końcu poszłam.
Po drodze weszłam do klatki. Pachniało wilgocią i czymś smażonym z czyjegoś mieszkania. Zatrzymałam się na półpiętrze, wyciągnęłam z torby tę pękniętą butelkę i zobaczyłam, że poszła rysa, cienka, ale była. Zakręciłam ją mocniej, choć to już nic nie dawało, i włożyłam do reklamówki, którą miałam zgniecioną na dnie torby. Zawiązałam supeł, mocno.
Dopiero wtedy poczułam, jak byłam spięta w autobusie. Oparłam się na chwilę o zimną poręcz na schodach, odetchnęłam i ruszyłam dalej. Torba dalej pachniała cytryną, aż mnie to trochę drażniło, ale już bez tej paniki. Po prostu szłam, słyszałam swoje kroki na schodach i potem na chodniku, i tyle.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię