Kropelka
Historia Jana, ur. 1934
Palce mi zesztywniały. To nie był zwykły chłód od okna, tylko taki, co wchodzi do środka dłoni i zostaje w kościach. Siedziałem przy kuchennym stole, który służył mi za warsztat, a przede mną leżały te wszystkie małe, drewniane części. Kadłub, pokład, kilka listewek, które miały być wręgami. W pudełku od zapałek miałem śrubki, takie malutkie, mniejsze od główki od szpilki. To miał być statek, taki żaglowiec, ale na razie wyglądał jak garść patyczków po zapałkach. Za oknem mrok był gęsty, listopadowy. W bloku cisza, tylko czasem z sąsiedniego mieszkania dochodził przytłumiony głos radia. Maria z dziećmi już spała. Anna miała z pięć lat, Piotrek był jeszcze malutki, ledwo chodził. To były te godziny, które należały tylko do mnie.
Klej w szklanej tubce z metalowym końcem był gęsty i biały. Nazywał się „Kropelka”. Żeby go wycisnąć, trzeba było mocno ścisnąć palcami, a on wychodził opornie, gęstą, lepką nitką. Zapach był ostry, chemiczny, taki, że szczypał w nozdrza. Ale ja lubiłem ten zapach. To był zapach skupienia, zapach czegoś, co dopiero ma powstać. Przykleiłem pierwszą wręgę do dennika. Trzymałem palcem, liczyłem w myślach do trzydziestu, tak mi poradził ten znajomy, który mi pierwszy zestaw dał. Puściłem. Listewka od razu odpadła i przykleiła się do mojego palca. Westchnąłem. Przetarłem miejsce szmatką, zdrapałem stary klej scyzorykiem, spróbowałem jeszcze raz. Znowu to samo.
Wstałem, podszedłem do kranu. Puściłem ciepłą wodę na dłonie, żeby rozgrzać palce. Patrzyłem w ciemność za oknem. Wiedziałem, że tam, daleko za miastem, płynie Wisła. Ciemna, zimna, zupełnie inna niż latem. Pomyślałem, że ten statek, jak go skończę, będzie stał na półce i będzie przypominał właśnie tę wodę, ten ruch, coś, co jest daleko od kuchennego stołu i od szarego bloku. Wróciłem, wytarłem ręce do sucha. Klej znów był twardy. Przekłułem końcówkę tubki grubą igłą, którą zawsze trzymałem w pudełku. To pomogło. Wycisnąłem małą kroplę, naprawdę malutką, taką jak ziarnko grochu. Rozsmarowałem ją cienko patyczkiem do uszu. Przycisnąłem. Tym razem trzymałem dłużej, może z minutę. Czułem, jak drewno powoli przylepia się do drewna. Puściłem. Zostało.
Uśmiechnąłem się do siebie, taki cichy, samotny uśmiech. To była pierwsza, najmniejsza zwycięska bitwa tej nocy. Potem poszło trochę lepiej. Jedna wręga, druga, trzecia. Układałem je w równych odstępach, mierząc oczkiem, bez linijki. Lubiłem, kiedy wszystko „siadało” równo, kiedy czuło się porządek. Kadłub zaczął nabierać kształtu. Z góry wyglądał jak szkielet ryby, taki delikatny. Dotknąłem go opuszkiem palca. Był chropowaty, pachniał świeżo heblowanym drewnem i tą ostrością kleju. Nagle usłyszałem ciche kwilenie z drugiego pokoju. Piotrek. Odłożyłem kadłub, wstałem, ale zanim zdążyłem zrobić krok, usłyszałem szelest pościeli i ciche szepty Marii. „Ciii, już dobrze, śpij”. Zamilkł. Stanąłem w drzwiach kuchni, nasłuchiwałem. Cisza. Wróciłem do stołu.
Teraz przyszła pora na pokład. To była cienka sklejka, trzeba ją było dopasować do tych wszystkich wręg. Przykładałem, przytrzymywałem, ale nie kleiłem. Sprawdzałem, czy wszędzie przylega. W jednym miejscu odstawała. Wziąłem mały pilniczek, ten do paznokci, i zacząłem delikatnie ścierać drewno z wręgi. Piłowanie wydawało cichy, szorstki szelest, jakby ktoś pocierał o siebie dwa kawałki papieru ściernego. W świetle lampy unosiła się drobna, złota kurzawa. Patrzyłem na to i myślałem o tym, jak w pracy, na portierni, też czasem trzeba było coś dopasować. Nie drewno, tylko ludzi, przepustki, rozkazy. Tam nie było miejsca na takie dłubanie, na poprawianie. Tam wszystko musiało pasować od razu, bo inaczej był kłopot. A tu, przy tym stole, mogłem ścierać, dopasowywać, aż będzie idealnie. To była zupełnie inna sprawa.
Kiedy już sklejka leżała jak ulał, zacząłem ją przyklejać. To była najtrudniejsza część. Klej musiał być na każdej wrędze, ale nie za dużo, żeby nie wyciekł i nie zrobił brzydkich zgrubień. Pochyliłem się nisko, prawie dotykając czołem drewna. Światło lampy padało prosto na statek, reszta kuchni tonęła w półmroku. Czułem napięcie w karku. Przyciskałem pokład palcami, przesuwając się od rufy do dziobu. Drewno delikatnie uginało się pod palcami, aż w końcu zaskakiwało, przylepiając się na dobre. Kiedy skończyłem, odchyliłem się na krześle. Przeciągnąłem się. W kręgosłupie coś trzasnęło. Statek wyglądał już nie jak szkielet, tylko jak prawdziwa łupina. Miał kształt. Dotknąłem pokładu. Był gładki i ciepły od moich rąk.
Zegar w pokoju wybił drugą. Za oknem było czarno jak w smole. Nie czułem zmęczenia, tylko taką dziwną, cichą radość. Coś zrobiłem. Coś, co przed chwilą było kupką drewienek, teraz stało na stole i było statkiem. Małym, nieukończonym, ale statkiem. Wiedziałem, że przede mną jeszcze maszty, reje, olinowanie, malowanie. Miesiące pracy. Ale ten moment, kiedy kadłub jest zamknięty, to jest jak postawienie fundamentów pod dom. Już wiadomo, że coś będzie.
Nagle usłyszałem ciche kroki. Maria stała w drzwiach kuchni, owinięta w szlafrok. Spała w nim, bo w mieszkaniu bywało chłodno. Patrzyła na mnie, a potem na statek na stole. – Jeszcze nie śpisz? – zapytała cicho, głosem zachrypniętym od snu. – Zaraz, zaraz – powiedziałem. – Tylko to posprzątam. Podeszła, stanęła za moim krzesłem. Położyła mi dłoń na ramieniu. Jej ręka była ciepła. – Ładny – szepnęła, pochylając się, żeby lepiej przyjrzeć się kadłubowi. – Duży będzie? – Nie, taki średni. Do półki. Przez chwilę staliśmy tak w ciszy. Czułem jej ciepło i zapach mydła, który zawsze zostawał na jej skórze po wieczornej toalecie. To był zapach domu, zupełnie inny niż zapach kleju i drewna. – Idź już spać, Janku – powiedziała, gładząc mnie po ramieniu. – Rano wstajesz do pracy. – Wiem. Zaraz. Odwróciła się i wyszła, a jej szlafrok zaszelescił po podłodze. Zostałem sam z tym niedokończonym statkiem i z zimną kuchenną nocą. Zacząłem zbierać narzędzia. Pilniczek do pudełka, klej zakręciłem, patyczki do uszu wyrzuciłem. Światło lampy padało teraz na pusty już w większości stół i na ten jeden kadłub, który wyglądał jak mała, drewniana łódka wyrzucona na brzeg. Wziąłem go delikatnie do ręki. Był lekki. Obróciłem go, popatrzyłem od spodu. Wszystkie wręgi trzymały się mocno, klej nie wyciekł. Byłem z tego zadowolony. Położyłem go ostrożnie na wysokiej szafce, tam, gdzie dzieci nie sięgały. Stał tam w ciemności, czekając na następny wieczór.
Zgasiłem lampę. W kuchni zrobiło się ciemno, tylko odblask latarni ulicznej wpadał przez okno, rzucając długie, poszarpane cienie na podłogę. Stałem przez chwilę przy stole, patrząc w tę szarą poświatę za oknem. Myślałem o tym, jak ten statek, kiedy już będzie gotowy, będzie stał na półce. Nikt nie będzie wiedział, ile w nim jest tych zimnych wieczorów, tych chwil niepewności, kiedy klej nie chciał trzymać, i tej cichej satysfakcji, kiedy wreszcie coś się udało. Będzie po prostu drewnianym modelem. Ale dla mnie zawsze będzie miał w sobie zapach „Kropelki” i uczucie szorstkiego drewna pod palcami, i tę ciszę, która wypełniała kuchnię, gdy cały blok spał. Wszedłem do sypialni cicho, żeby nie obudzić Marii. Położyłem się na wznak i patrzyłem w sufit, gdzie tańczyły odblaski od przejeżdżających gdzieś daleko samochodów. Palce, choć umyte, wciąż czuły lekką sztywność, jakby pamiętały kształt kadłuba. Zamknąłem oczy. Jutro znów brama, przepustki, wpisy do księgi. Ale gdzieś z tyłu głowy już czekał ten statek i myśl o kolejnym wieczorze przy stole.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię