Serwetka haftowana przy lufciku
Historia Teresy, ur. 1977
Pamiętam jeden taki wieczór, dzieci już spały, a ja zostałam sama w kuchni. Nic szczególnego, żadnego święta, żadnych gości. Zwykły dzień, tylko ja byłam jakaś taka roztrzęsiona. Niby człowiek wraca do domu, a w środku dalej jakby nie mógł się zatrzymać.
Cały dzień chodziłam po cudzych rzeczach, po cudzych podłogach, po cudzych łazienkach. Wróciłam zmęczona tak, że plecy mnie bolały od schylania. A mimo tego nie mogłam się położyć i zasnąć. Jak się kładłam, to i tak nasłuchiwałam: czy dzieci oddychają równo, czy coś nie stuknie na klatce, czy Andrzej nie wejdzie zmęczony i zły. Taki stan, że jesteś u siebie, ale głowa jakby jeszcze nie w domu.
W kuchni było cicho. Lodówka czasem mruknęła, w rurach coś przeskoczyło, takie drobiazgi. Zapaliłam lampkę nad stołem, tę zwykłą, co daje żółte światło, i od razu zrobiło się przytulniej, ale też jakby ciaśniej. Tylko stół, krzesło i moje ręce. Na parapecie był uchylony lufcik, bo ja lubię, jak trochę powietrza wchodzi, nawet zimą. Ciągnęło chłodem. W środku pachniało herbatą, bo zrobiłam sobie w szklance w koszyczku. I był jeszcze taki zapach z szuflady, wiecie, nici i materiału. Ja to czuję od razu.
Wyjęłam z szafki pudełko z haftem. Serwetka, taka do położenia na stół, pod wazon czy coś. Jasna tkanina, już trochę pozaznaczana, bo ja sobie lubię najpierw popatrzeć, gdzie co ma iść, a potem dopiero szyję. Rozłożyłam materiał i przejechałam palcami po brzegu. Tu już było gładko od ściegów, a tu jeszcze surowo. Lubię ten moment, jak jeszcze nie jest skończone. Bo wtedy mam poczucie, że ja to ogarnę, że to ode mnie zależy.
Usiadłam i wzięłam igłę. I od razu mnie tknęło, bo nitka mi się rozdwajała i nie chciała wejść w ucho. Niby głupstwo, a potrafi człowieka wkurzyć, jak już jest zmęczony. Próbowałam raz, drugi, język mi się sam wysunął, bo ja tak mam, jak się skupiam. W końcu weszło. No i wtedy już poszło. Pierwsze wkłucie, przeciągnięcie, ścieg. Materiał tylko cichutko zaszurał, prawie nic.
I wiecie co, ja wtedy poczułam ulgę. Tak po prostu. Jakby mi trochę zeszło z karku. W dzień jestem cały czas w ruchu: tu trzeba zdążyć, tam umyć, tu wyprać, tam doczyścić. A przy hafcie nikt ode mnie nic nie chce. Materiał nie gada, nie marudzi, nie sprawdza. Jest i tyle.
Szyłam po kolei, a w głowie jeszcze mi chodził ten cały dzień. Ręka ściera kurz z półki, woda leci do wiadra, schylam się, wstaję, znowu schylam. I nagle mnie tknęło, że ja cały dzień dotykam cudzych rzeczy, a to jest pierwsza rzecz tego dnia, która jest moja. Moja w tym sensie, że nikt mi nie powie: a czemu tak, a czemu nie. Nikt nie przejedzie palcem, czy dobrze wytarte. Tylko ja to widzę. I zrobiło mi się ciepło w środku, tak bez powodu, a jednak z powodu.
Z zewnątrz było słychać samochód, jak przejechał, taki cięższy, bo to się inaczej niesie. Przez lufcik wpadł dźwięk i zaraz ucichło. A ja dalej: wkłucie, przeciągnięcie, ścieg. Wkłucie, przeciągnięcie. I w pewnym momencie zorientowałam się, że nie zaciskam szczęki. Ja często nawet nie wiem, że ją zaciskam, dopiero jak puszczę, to czuję różnicę.
I wtedy przyszła mi do głowy Magda. Jak była malutka, nosiłam ją po kuchni, żeby zasnęła. I Paweł, jak się budził i od razu płakał, jakby mu się świat kończył. I ja, młodsza, w tym samym mieszkaniu, w tej samej kuchni. Wtedy mi się wydawało, że jak usiądę, to zaraz ktoś powie: o, siedzi. A tu siedziałam i robiłam coś, co niby też jest robotą, bo ręka pracuje i oczy pracują, ale to było moje. Tylko moje.
W pewnym momencie usłyszałam skrzypnięcie w pokoju. Zamarłam. Igła w ręku, nitka naciągnięta, ja w pół ruchu. Serce mi przyspieszyło, bo od razu: czy któreś dziecko wstało, czy coś się stało. Słuchałam, aż mi się zrobiło gorąco w uszach. Po chwili znowu cisza. Taka zwykła nocna cisza. I ja sobie pomyślałam, że ja jestem ciągle czujna, nawet jak siedzę. Jakby kawałek mnie cały czas stał przy drzwiach.
I wtedy przyszło mi takie uczucie, smutne. Że ja jestem zmęczona nie tylko plecami. Zmęczona tym, że ciągle trzeba pamiętać, przewidywać, być gotową. Uderzyło mnie to nagle i łzy mi stanęły w oczach. Nie że jakieś wielkie płakanie, tylko tak, że człowiekowi się zbiera. Pierwsza myśl była zła na samą siebie: Teresa, no przestań, co ty. Nad serwetką będziesz płakać?
Ale zaraz potem dałam spokój z tym gonieniem siebie. Pozwoliłam, żeby te łzy były. Wytarłam policzek wierzchem dłoni, uważając, żeby nie dotknąć mokrym materiału, bo bym sobie narobiła plam i nerwów. I to też takie moje, nawet jak mi ciężko, to ja myślę, żeby nie pobrudzić.
Zrobiłam przerwę i upiłam herbaty. Już była letnia, mocna, trochę gorzka. Trzymałam szklankę w dłoniach i patrzyłam na haft. Jeszcze niedokończony, ale już było widać kawałek wzoru. I poczułam taką cichą dumę. Nie że ktoś ma podziwiać, tylko że ja to umiem. Że mimo zmęczenia potrafię usiąść i zrobić coś równo, spokojnie.
Wróciłam do szycia. Igła wchodziła gładko, nitka się układała. Czasem musiałam poprawić, bo jak się człowiek zagapi, to pójdzie krzywo i potem widać. I pamiętam, że nitka mi się zaciągnęła i zrobił się supełek. Mały, ale uparty. Już miałam odruch, żeby szarpnąć, żeby szybko to załatwić, ale się powstrzymałam. Pochyliłam się, przybliżyłam materiał do światła i paznokciem delikatnie rozluźniłam. Powoli. Jak puściło, to aż mi się lżej zrobiło, serio. Śmieszne, bo to tylko supełek, a człowiek się cieszy.
Szyjąc, myślałam też o tym sprzątaniu. Że jak jest czysto, to nikt nie mówi nic. Jak nie jest, to od razu widać. Dużo rzeczy robiłam tak, że znikały. Umyjesz podłogę, ktoś wejdzie i już ślady. Wyprasujesz koszulę, założy, zagniecie. A haft zostaje. Leży potem na stole i jest. I ja chyba wtedy potrzebowałam czegoś, co zostaje, choćby takiej serwetki.
Nie wiem, ile siedziałam. Nie patrzyłam na zegarek, bo jak patrzę, to od razu zaczynam liczyć, co jeszcze, ile czasu, kiedy wstać. A tu nie chciałam. Tylko w pewnym momencie usłyszałam kroki w przedpokoju, ciche, ostrożne. I zobaczyłam Andrzeja w drzwiach. Stał chwilę, jakby nie chciał przeszkadzać. Kurtka jeszcze na nim, butów do końca nie zdjął. Zmęczony był, to było widać.
Już miałam powiedzieć: zaraz kończę, albo że idę spać. Tak się człowiek tłumaczy odruchowo. Ale nie powiedziałam. Spojrzałam na niego i rzuciłam tylko: Siedzę chwilę. I to „chwilę” wyszło mi inaczej, tak normalnie, bez proszenia.
On kiwnął głową, wszedł, zdjął kurtkę, mruknął, że zimno na dworze. Podszedł do czajnika, jakby miał robić herbatę, ale machnął ręką. Postał obok i popatrzył na materiał. Nic nie skomentował, ani że ładne, ani że nie. Po prostu popatrzył i poszedł do pokoju.
Jak tylko zniknął, poczułam, że we mnie znowu coś się napina. Bo człowiek od razu myśli, czy zaraz coś powie, czy będzie miał pretensję, że nie śpię. I to jest głupie, bo byłam dorosła, u siebie, a jednak miałam w środku takie pilnowanie się. Wtedy mi przyszło do głowy, że ja potrzebuję takich chwil dla siebie. Nie ukradkiem, nie po cichu, tylko tak po prostu.
Szyłam dalej, już wolniej, bo oczy mi się kleiły. Lampka robiła jasną plamę na materiale, a reszta kuchni była w półmroku. W oknie było czarno, tylko odbijało się światło i ja w nim, pochylona. Słyszałam swój oddech i ten drobny szelest nitki, jak przechodzi przez tkaninę.
Potem schowałam igłę w poduszeczkę, tę małą z pudełka, żeby się nie zgubiła. Zwinęłam materiał, zamknęłam pudełko. Zgasiłam lampkę i przez moment postałam w ciemniejszej kuchni, z tym chłodem od lufciku. Dotknęłam dłonią blatu, taki odruch, jakby sprawdzić, czy wszystko jest.
Położyłam się cicho, żeby nie obudzić dzieci, i leżałam chwilę, słuchając domu. W głowie było spokojniej. Palce jeszcze pamiętały materiał, to delikatne tarcie. I zasypiając, myślałam tylko o tym, gdzie zacznę następny fragment wzoru.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię