0:000:00

Zegar z wahadłem na kredensie

Historia Aleksandra, ur. 1936

Tykanie było tak głośne, że aż mnie drażniło. Siedziałem przy stole w kuchni, a to „tik… tak… tik… tak…” wchodziło mi w głowę, jakby ktoś palcem stukał w blat. Władysława krzątała się przy piecu, mieszała w garnku i co chwilę zerkała na kredens, gdzie stał ten mój nabytek. Niby zwykły zegar z wahadłem, drewniana skrzynka, lakier przetarty, szybka trochę porysowana. Porządny na oko, tylko że chodził, jak mu się podobało.

„Aleksander, przestań się na niego tak gapić” — rzuciła, niby zwyczajnie, ale ja słyszałem, że ją to też męczy.

A ja się gapiłem, bo mi było głupio. Nie lubię, jak coś przynoszę do domu i zaraz wychodzi, że z tym jest kłopot. A tu od razu wyszło. Wziąłem go, bo mi się spodobał. Lubiłem takie rzeczy: że jest mechanizm, że ma ciężar, że trzeba nakręcić, że to sobie chodzi swoim rytmem. I to wahadło, jak się buja w tę i z powrotem, człowiekowi jakoś spokojniej w głowie. Tylko ten egzemplarz miał humory.

Stał na kredensie pod ścianą i co jakiś czas, zamiast równo tykać, robił „tik… tik… tak…”, jakby się potykał. Wahadło zwalniało, przyspieszało, a potem nagle cichło. I wtedy w kuchni robiło się aż za cicho, bo człowiek się przyzwyczaja do dźwięku. A po chwili znowu ruszał, jakby nigdy nic.

Podeszedłem i otworzyłem drzwiczki. Zawias skrzypnął tak sucho, że mnie aż w zębach zatrzymało. W środku pachniało starym drewnem i metalem, jak w szufladzie z narzędziami. Dotknąłem wahadła palcem — zimne. Popchnąłem delikatnie. Zegar ruszył, tykanie wróciło, na moment nawet równo.

Władysława westchnęła.

„Mówiłam ci, że jak już coś takiego, to chociaż sprawdzone. A ty… no, ty musisz sam.”

„Ja go sprawdzałem” — odburknąłem. I od razu mi się zrobiło głupio, bo w sumie sprawdzałem, ale tak… na oko. Człowiek czasem chce wierzyć, że będzie dobrze, bo mu się coś spodobało.

W kuchni było ciepło, od pieca szło takie ciężkie, przyjemne powietrze. Czułem zapach cebuli na tłuszczu i dymek z drewna, bo paliło się, jak było trzeba. Za oknem szarówka, wilgoć na szybie, a na parapecie kubek po herbacie, już chłodnej. I ten zegar, co miał wprowadzić porządek, a robił zamieszanie.

Najgorsze było to, że dzieci patrzyły. Marcin udawał, że go to nie obchodzi, ale siedział przy stole i co chwilę podnosił wzrok znad zeszytu. Aneta kręciła się koło matki, a potem przystanęła i powiedziała:

„Tato, on jest zepsuty?”

Tak prosto, bez złośliwości. I mnie to uderzyło, bo w ich oczach chciałem być taki, że jak coś przynoszę, to działa. A tu proszę.

„Nie jest zepsuty” — powiedziałem za szybko. „On tylko… trzeba go ustawić.”

Władysława nic nie powiedziała, ale ten jej wzrok znałem. Nie zły, tylko taki: „no, no, pokaż.”

Wziąłem zegar w ręce, ostrożnie, bo ciężki był. Drewno chłodne, gładkie w jednym miejscu, a w drugim chropowate, jakby ktoś kiedyś za mocno przetarł. Postawiłem go z powrotem, ale trochę inaczej, bardziej równo. Kredens niby stał prosto, ale podłoga w domu nie zawsze trzymała poziom, wiadomo. Podłożyłem pod jedną nogę zegara złożoną kartkę. Wyciągnąłem, wsunąłem, poprawiłem. Zegar znowu tykał.

„Widzisz?” — rzuciłem, jakbym wygrał.

I akurat wtedy wahadło zwolniło. „Tik… tak… tik…” i cisza. Stanął.

Marcin prychnął, tak cicho, ale usłyszałem. Nie śmiał się ze mnie wprost, tylko tak… no, młody był. A mnie aż w środku ścisnęło. Złość i wstyd naraz.

„Marcin” — powiedziałem ostrzej, niż chciałem. On od razu spuścił wzrok. Władysława postawiła garnek na blasze i wycierała ręce w ścierkę, powoli, jakby dawała mi czas, żebym ochłonął.

„Daj mu spokój” — powiedziała spokojnie. „Zegarowi też.”

No i niby miała rację, ale ja nie umiałem tak odpuścić. Jak już coś jest w domu i nie działa, to mnie to gryzie. A poza tym lubiłem takie zegary. Lubiłem je rozkręcać, czyścić, patrzeć, jak to w środku pracuje. Tylko że nie każdy daje się tak od razu.

Poszedłem po mały śrubokręt. Miałem taki schowany, nieduży, z cienkim końcem. Jak go wziąłem do ręki, poczułem chłód metalu i jakoś mi się pewniej zrobiło. Usiadłem przy stole, przysunąłem zegar bliżej, tak żeby światło z lampy padało do środka. Żarówka świeciła żółtawo i robiła cień na ścianie, taki wyraźny.

Otworzyłem drzwiczki szerzej. Widać było kółka, sprężyny, wszystko drobne, a jednak mocne. Dotknąłem palcem jednego elementu — brudny był, palec mi się zrobił czarny. Pachniało kurzem i czymś jak smar.

„Nie brudź obrusu” — Władysława od razu.

„Nie brudzę” — odbiłem, ale już podłożyłem gazetę pod zegar. No bo w sumie brudziłem.

Aneta podeszła bliżej, ciekawa. Stała obok mnie i patrzyła, jakbym robił nie wiadomo co.

„Mogę dotknąć?” — spytała.

„Nie, bo to delikatne” — powiedziałem, już spokojniej. „Popatrz tylko.”

Władysława wróciła do swoich rzeczy, ale ja czułem, że słucha. Marcin dalej siedział przy zeszycie, tylko już bez tego prychania.

Próbowałem ustawić to, co mi się wydawało, że trzeba. Delikatnie, po milimetrze, śrubokrętem. Zegar ruszał, stawał. Ruszał, stawał. I za każdym razem, jak stawał, robiło mi się gorąco w twarzy. Niby drobiazg, a człowiek się zapiera, jakby od tego zależało nie wiadomo co.

W końcu wahadło ruszyło i zaczęło chodzić równo. „Tik… tak… tik… tak…” Spokojnie, miarowo. Usiadłem wygodniej, odetchnąłem.

„No… teraz” — mruknąłem bardziej do siebie niż do nich.

I wtedy zegar zaczął bić. Do dziś nie wiem, czemu akurat wtedy. Najpierw jeden dźwięk, potem drugi, i poszło całe bicie, głośne, metaliczne. Aneta podskoczyła.

„O rany!” — wyrwało jej się i złapała się za uszy.

Władysława odwróciła się gwałtownie od pieca.

„Aleksander!” — zawołała, jakby to była moja wina, że on bije.

A ja też się przestraszyłem, bo to było nagłe i ostre. Dźwięk rozszedł się po kuchni, odbił od ścian. Marcin aż się uśmiechnął, ale szybko to schował.

Zegar skończył bić i znowu tykał, równo. Tylko że w kuchni została taka cisza po tym huku, jak po trzaśnięciu drzwiami.

„No i widzisz” — powiedziała Władysława, już spokojniej. „Nawet jak chodzi, to musi narobić hałasu.”

„Zegar ma bić” — odpowiedziałem, trochę z przekory. „Taki już jest.”

„Taki już jest…” — mruknęła i wróciła do garnka.

Aneta przytuliła się do jej boku, jeszcze trochę wystraszona. Ja pogładziłem ją po głowie, szybko, jednym ruchem.

„Już nie będzie cię tak zaskakiwał” — powiedziałem do niej. „Jak raz zadzwoni, to wiesz.”

Skinęła głową, ale patrzyła na zegar podejrzliwie.

Władysława mieszała w garnku, zapach robił się coraz lepszy. Marcin pisał, skrobał ołówkiem po papierze. Ja siedziałem i słuchałem, czy wahadło trzyma rytm. Trzymało. I niby wszystko wracało do swojego.

Władysława jakby mi zajrzała do głowy, bo nagle powiedziała, nie odwracając się:

„Ty się nie złość. Ja tylko… ja się boję, że wydasz pieniądze, a potem będziesz się z tym szarpał.”

„Ja się nie szarpię” — odpowiedziałem odruchowo.

„No właśnie widzę” — rzuciła i w tym było trochę śmiechu, takiego jej, ciepłego.

Siedziałem chwilę cicho. W końcu powiedziałem:

„Jak będzie dobrze chodził, to będzie stał tu. Jak nie, to wyniosę go do drugiego pokoju.”

„Albo do kąta, żebyś go miał na oku” — dodała.

„No, może” — mruknąłem.

I wtedy Marcin, który dotąd siedział cicho, podniósł głowę i powiedział:

„Tato, może on staje, bo mu się nie podoba, że go pilnujesz.”

Władysława parsknęła śmiechem, aż musiała oprzeć się o blat. Aneta też się uśmiechnęła, już bez strachu. A ja chciałem się oburzyć, ale tylko mi kącik ust drgnął.

„No, mądry jesteś” — powiedziałem do Marcina, bez jadu. „To przestań gadać i pisz.”

Odwróciłem się niby demonstracyjnie, popatrzyłem w okno na krople na szybie. Słuchałem. „Tik… tak… tik… tak…” Równo.

„No i chodzi” — powiedziała Aneta, jakby wygrała.

„Chodzi” — odparłem. „Niech chodzi.”

Władysława postawiła na stole talerze. Ciepło z pieca mieszało się z zapachem jedzenia, a tykanie zostało gdzieś z boku, jak tło, do którego się człowiek przyzwyczaja.

Po jedzeniu jeszcze raz podszedłem do kredensu. Zegar tykał, wahadło bujało się równo. Dotknąłem lekko drewnianej obudowy, tak odruchowo, jak się dotyka rzeczy, żeby sprawdzić, czy stoi pewnie.

Władysława spojrzała na mnie znad zlewu.

„No?” — zapytała.

„No nic” — odpowiedziałem. „Niech sobie chodzi.”

A potem, wiadomo, każdy robił swoje. Ja tylko co jakiś czas zerkałem kątem oka, czy nie stanął, choć udawałem, że mnie to nie obchodzi. Tykał dalej. Raz głośniej, raz ciszej, zależy jak się w kuchni ruszało, jak się drzwi uchyliły, jak drewno w piecu trzaskało. W Niedźwiedziu takie rzeczy człowiek słyszy od razu, bo dom nie jest wielki i wszystko się niesie.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię