0:000:00

Pierwszy zjazd na sankach z wzgórza

Historia Aleksandra, ur. 1936

Śnieg sypał się z nieba jakby sam Bóg postanowił nam zrobić prezent. Kiedy otworzyłem drzwi, poczułem ten rześki, mroźny powiew, który przynosił ze sobą zapach drzew i świeżo spadłego śniegu. Miałem wtedy czternaście lat i czułem, że ten dzień przyniesie coś wyjątkowego. Cała wieś była przykryta białym puchem, a dzieciaki w każdym zakątku szalały, budując bałwany i lepiąc śnieżki.

W moim sercu tliła się ekscytacja, bo tego dnia miałem pierwszy raz zjechać na sankach ze wzgórza, które widziałem z okna. Mama przygotowała mi kanapki, twierdziła, że muszę mieć siłę na szaleństwa, a ja z uśmiechem przytaknąłem. Zjadłem je w pośpiechu, bo nie mogłem się doczekać, aż wyjdę na zewnątrz.

Za chwilę stałem na pięknym, białym stoku, który wyrastał za domem. Wzgórze było idealne, od razu poczułem, jak serce mi bije mocniej. Śnieg był miękki i puszysty, a słońce odbijało się w nim, tworząc tysiące iskier. W grupie znajomych zbierała się cała banda, gotowa do działania.

Kiedy wsiadłem na sanki, czułem, że to będzie najlepszy zjazd. Po chwili wszyscy krzyczeliśmy z radości, ciesząc się każdą sekundą. Zjeżdżaliśmy w dół, a śnieg sypał się na wszystkie strony. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, żeby nie wpaść w krzaki na końcu stoku.

Nagle, w pewnym momencie, postanowiłem spróbować czegoś szalonego. Zjechałem na sankach na stojąco. Szybko nabrałem prędkości i czułem się jak ptak. Wtedy przytrafiło się coś strasznego. Sanki zaczęły się ślizgać, a ja straciłem równowagę. Upadłem na śnieg, zjeżdżając kilka metrów w dół.

Czułem, jak w powietrzu unosi się śnieg, a z ust wydobywał się gruby oddech. Zanim zdążyłem wstać, usłyszałem chichot i śmiechy moich kolegów. Trochę się zawstydziłem, ale zaraz po tym poczułem, że to była tylko zabawa.

Kiedy w końcu wstałem, podszedł do mnie jeden z kolegów, z uśmiechem na ustach. „Dobrze się spisałeś!” — powiedział. Wtedy wszyscy zaczęli oklaskiwać. Zrozumiałem, że upadek był tylko częścią tej wspaniałej zabawy. Po chwili znów wsiadłem na sanki, ale tym razem już na siedząco. Zjeżdżałem, czując, że to najwspanialszy dzień w moim dzieciństwie.

Po kilku godzinach zabawy, zmęczeni, ale szczęśliwi, zebraliśmy się przy ognisku. Słońce powoli zachodziło, a niebo przybierało kolor pomarańczowy. Wszyscy siedzieli wokół, a ja czułem się częścią czegoś wielkiego, czegoś, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Mieliśmy przy sobie coś ciepłego do picia. Ktoś przyniósł termos z herbatą, a inny zorganizował jabłka. W takiej atmosferze rozmawialiśmy o wszystkim, śmialiśmy się i planowaliśmy kolejne przygody.

To był dzień, który na zawsze wrył się w moją pamięć. Czułem radość, beztroskę i bliskość z przyjaciółmi. Choć z biegiem lat wszystko się zmienia, to ten zimowy dzień w Niedźwiedziu pozostanie ze mną na zawsze, jako wspomnienie prostego, ale pięknego dzieciństwa.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię