0:000:00

Wykipiała zupa nocą

Historia Teresy, ur. 1977

Syknęło tak, że aż mi ręka z igłą drgnęła. Najpierw był taki cichy gwizd, jakby ktoś przez zęby wciągnął powietrze, a potem ten ciężki dźwięk, kiedy piana przelewa się przez garnek i spada na palnik. Od razu poczułam zapach, nie samej zupy nawet, tylko gazu i przypalonego, takiego słodkawego, duszącego. Lampka na stole świeciła żółto i robiła krąg światła na obrusie, a reszta kuchni była już ciemna, jak to wieczorem w bloku, kiedy nie chce się zapalać wszystkiego, bo dzieci śpią.

Siedziałam przy stole z tamborkiem, z haftem, co go wtedy dłubałam po kawałku. Nitka mi się plątała, bo byłam zmęczona, i wzięłam to do ręki bardziej z nerwów niż z chęci. W domu było cicho, takie cicho, że słychać lodówkę i zegar. Magda spała w swoim pokoju, Paweł też już dawno przestał się kręcić. Andrzej był wtedy często poza domem, wyjeżdżał za pracą na dłużej, i to był taki czas, że wszystko było na mojej głowie. Dzieci jeszcze małe, człowiek niby daje radę, ale chodzi jak napięta struna.

Wymyśliłam sobie, że ugotuję zupę na następny dzień, żeby rano nie latać. Zwykła rzecz. Tylko że jak już zasnęli, to usiadłam na chwilę z tą igłą, bo mi w głowie dudniło od całego dnia. Haft mnie uspokajał. Ręce robiły swoje, a myśli mogły sobie lecieć, byle nie za ostro.

No i zupa wykipiała.

Wstałam gwałtownie, krzesło zaskrzypiało po linoleum i od razu mnie to ukłuło, bo miałam w głowie: zaraz się obudzą. Podbiegłam do kuchenki i przekręciłam pokrętło, ale za późno, bo piana już była na palniku i na tej metalowej obręczy, co się jej nigdy porządnie nie domywa. Zrobił się kwaśny smród przypalenizny i warzyw, para uderzyła mnie w twarz. Serce mi waliło, jakbym nie wiadomo co zepsuła, a to przecież garnek.

Złapałam ścierkę, tę w kratkę, co zawsze leżała na oparciu krzesła, i próbowałam zdjąć garnek, ale uchwyty były gorące. Poparzyłam palce, syknęłam i aż mnie złość wzięła na samą siebie. Taka złość, że łzy mi stanęły, ale nie było czasu na to. Przesunęłam garnek na zimny palnik i patrzyłam, jak to wszystko skwierczy na tym drugim, jakby mi kuchnia na złość robiła hałas.

Najgorsze było to, że w tej chwili, kiedy stałam nad kuchenką, poczułam się bezradna. Dziś to mi się wydaje śmieszne, bo ja nie byłam bezradna. Ja załatwiałam dom, szkołę dzieci, zakupy, rachunki, jakieś dodatkowe roboty. A wtedy, w tej kuchni, nagle mi się zrobiło ciasno w środku. Jakby to wykipienie było dowodem, że nie trzymam wszystkiego w garści, że mi się rozlewa, tak jak ta piana.

Wzięłam gąbkę i zaczęłam ścierać, ale od razu zrobiła się maź. Gorąca, śliska, lepka. Pociągnęłam szufladę po druciak, szuflada stuknęła, a ja sama do siebie prawie szeptem: cicho, Teresa. I w tym moim „cicho” nie chodziło tylko o dzieci, bardziej o to, żeby mi w środku nie zaczęło huczeć.

Wtedy usłyszałam z pokoju taki mały dźwięk, jakby ktoś się przekręcił na poduszce, i stanęłam jak wryta. Z gąbką w ręce, w tym smrodzie, w półprzysiadzie. Czekałam, czy się otworzą drzwi, czy usłyszę kroki. Nic. Znowu tylko lodówka, zegar i ciche pykanie palnika, który już stygł.

Wróciłam do szorowania, ale ręce mi się trzęsły. Nie z zimna, tylko z tego napięcia, co się nosi cały dzień, a wieczorem ono wcale nie znika. Druciak zgrzytał po metalu, aż mi zęby cierpły. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja szoruję za mocno, jakbym chciała zdrapać nie tylko przypaleniznę, ale wszystko, co mnie uwiera.

Zupa w garnku jeszcze bulgotała cicho, już spokojniej. Podniosłam pokrywkę, para poszła w górę i na chwilę zapach zrobił się normalny, domowy, marchew, seler. I to było takie mylące: z jednej strony zwykła kuchnia, a z drugiej ja z tym nerwem, że nie dopilnowałam najprostszej rzeczy.

Odstawiłam garnek na bok i poszłam po ścierkę do podłogi, bo już widziałam, że mi skapnęło na kafelki przy kuchence. Dotknęłam tego palcem, było ciepłe i tłuste. Wytarłam, ale ślad został. I wtedy mnie tknęło, że ja mam w domu pełno takich śladów, których nie widać od razu, a ja je znam na pamięć. Zadrapanie na framudze, bo kiedyś wnosiłam coś ciężkiego. Plamka na ścianie przy stole, bo Paweł chlapnął herbatą. Wgniecenie na blacie, bo Magda coś upuściła. I ja to wszystko poprawiam, zakrywam, żeby było „porządnie”, jakby od tego zależało, czy ja daję radę.

Wróciłam do stołu, ale nie usiadłam od razu. Spojrzałam na haft zostawiony w tamborku. Igła tkwiła w materiale, nitka była naciągnięta, jakby czekała. Obok leżały nożyczki, naparstek, mała kupka nitek. Taki mój kącik, gdzie wszystko miało swoje miejsce.

I wtedy poczułam wstyd. Że stoję w kuchni i mam ochotę się rozpłakać przez wykipiałą zupę. Wstyd jest dziwny, bo on nie jest o tym, co się stało, tylko o tym, co sobie człowiek dopowie. A ja sobie dopowiedziałam od razu: że nie daję rady, że wszystko mi się wymyka. Nie chciałam tego nawet kończyć w głowie.

Usiadłam w końcu, ale nie wróciłam od razu do haftu. Oparłam łokcie o stół i patrzyłam na palce. Na jednym miałam drobne zaczerwienienie po poparzeniu, nic wielkiego, ale szczypało. I to szczypanie było takie konkretne, przyziemne. Pomyślałam tylko, że przejdzie, że do rana będzie spokój.

Wzięłam igłę, przeciągnęłam nitkę, ale znów mi się supeł zrobił. Zwykle bym się na to wściekła, a wtedy po prostu się zatrzymałam i rozplątywałam powoli, paznokciem, cierpliwie. W kuchni nadal czuć było przypaleniznę, ale już słabiej. W czajniku woda zrobiła się letnia, nalałam sobie do kubka i wypiłam kilka łyków. Smakowała jak zawsze, trochę metalem, bo stała.

Zaczęłam haftować. Jeden ścieg, drugi. I jakoś napięcie zaczęło mi schodzić z ramion. Tak po cichu, że nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam nasłuchiwać, czy dzieci się obudzą. Potem usłyszałam na klatce schodowej czyjeś kroki, ciężkie, jakby ktoś wracał późno. Przeszło za drzwiami i ucichło. W bloku to było normalne, zawsze coś skrzypiało, ktoś trzaskał, ktoś szurał kapciami.

Wstałam jeszcze raz i zobaczyłam, że na kuchence zostało takie brązowe kółko. Przypalone, nie do zdarcia od razu. Stałam nad tym i miałam odruch, żeby już koniecznie doszorować, domknąć, żeby rano nie patrzeć. Sięgnęłam po proszek do szorowania, posypałam na mokrą gąbkę i zapach proszku zmieszał się z przypalenizną. Zrobiło się takie powietrze jak przy sprzątaniu, jakby to nie był mój dom, tylko robota.

Zatrzymałam rękę w pół ruchu. Popatrzyłam na to kółko i na gąbkę, i jakoś mi się odechciało tej walki. Przetarłam delikatniej, tyle, ile zeszło, resztę zostawiłam. Zakręciłam gaz, przeszłam dłonią po blacie, tak z przyzwyczajenia, czy nic nie stoi krzywo, i wróciłam do stołu.

Haft zaczął mi wychodzić równiej. Nitka układała się gładko, a ja pilnowałam brzegu, żeby się nie pruło. Lampka grzała trochę, żarówka dawała takie ciepłe światło, że oczy same mi się mrużyły. W kuchni było jeszcze ciepło po palniku i w tym cieple siedziało się inaczej.

Z pokoju dzieci dobiegło cichutkie mruknięcie, takie przez sen. Uśmiechnęłam się pod nosem, odruchowo, i wróciłam do ściegów. Zupa stała na kuchence, już nie bulgotała. Wiedziałam, że rano i tak ją zjedzą, nawet jeśli trochę straciła na smaku.

Siedziałam jeszcze chwilę przy tamborku i robiłam swoje, aż nitka się skończyła. Kiedy ją odcięłam, nożyczki cicho trzasknęły. Potem tylko przesunęłam tamborek kawałek dalej, żeby nie spadł, i jeszcze przez moment patrzyłam na stół, na tę lampkę i na ręce, które wreszcie przestały się spieszyć.

- Koniec -

Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.

Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.

Zapisz swoją historię