Paweł i narzędzia na stole
Historia Wojciecha, ur. 1964
Pamiętam taki zwykły dzień w domu, Paweł był jeszcze mały. Kręcił się jak bąk. Miał w sobie to, że wszystko trzeba było dotknąć, sprawdzić, rozkręcić, najlepiej od razu. Ja siedziałem przy stole w pokoju i dłubałem przy jakimś drobiazgu. Nic wielkiego, coś mi nie pasowało i chciałem to poprawić. Jak zawsze miałem porozkładane narzędzia: śrubokręt, kombinerki, parę kluczy. Leżało to na blacie, pod ręką. I widziałem kątem oka, że on krąży obok. Niby się bawił czymś swoim, ale co chwilę zerkał na stół.
Maria była w drugim pokoju. Coś tam robiła, raz szuflada trzasnęła, raz kroki, takie domowe odgłosy. U mnie ciszej, tylko metal czasem stuknął o metal, jak coś przesunąłem. Paweł w końcu podszedł bliżej i mówi, że on też chce. Że też umie. I już mu ręka idzie po śrubokręt, ten mój ulubiony, z ciemną rączką.
Powiedziałem mu, że może, tylko niech robi jedną rzecz. Nie chodziło o to, żeby go odganiać. Po prostu ja nie lubię, jak się robi bałagan na stole, a on miał talent do odkładania rzeczy byle gdzie. On popatrzył na mnie tak ostrożnie, jakby czekał, że zaraz usłyszy zakaz i tyle.
Wziąłem małe pudełko po śrubkach, takie zwykłe, plastikowe, i postawiłem przy nim. Mówię: jak bierzesz, to potem odkładasz tu. Pokazałem mu raz, drugi, powoli. On stał i patrzył, a ja sam czułem, że mnie trochę ciągnie, żeby mu wszystko poprawiać od razu. No ale to był dzieciak.
Dałem mu śrubokręt. Złapał go za sam koniec, tak jak dzieci łapią, i zaczął nim stukać o stół. Mnie to od razu zirytowało. Hałas i jeszcze narzędzie mi szkoda było. Już miałem mu powiedzieć ostrzej, ale Maria zajrzała na chwilę z tamtego pokoju, tylko spojrzała i zniknęła. I jakoś mi przeszło, w sensie, opanowałem się.
Zamiast mu wyrywać, wziąłem drugi śrubokręt i pokazałem, jak trzymać. Że normalnie, pewniej, a nie za czubek. Powiedziałem krótko, żeby nie stukał, bo to nie młotek. Skrzywił się, bo jemu się to pewnie wydawało fajne, ale przestał. Popatrzył na moje ręce i spróbował tak samo, trochę koślawo, ale już lepiej.
Potem wróciłem do tego pudełka. Nie gadałem dużo, tylko co jakiś czas przypominałem: tu odkładamy. I pamiętam, że pierwszy raz odłożył prawie dobrze, bo położył obok, dosłownie na centymetr. Już się odwracał, jakby miał uciec do swoich spraw, a ja spojrzałem i aż mi się chciało śmiać, bo to było takie jego, blisko, ale nie.
Nie robiłem wykładu. Pokazałem palcem: do środka. Cofnął się, wziął śrubokręt z powrotem, włożył do pudełka i spojrzał na mnie, czy teraz jest w porządku. Kiwnąłem głową.
Później jeszcze mu się zdarzało zapomnieć. Zostawił coś na stole, raz na krześle. Mnie to męczyło, bo ja mam ten odruch, że wszystko ma leżeć na swoim miejscu, ale nie chciałem się z nim szarpać. Mówiłem tylko: popatrz, gdzie to powinno być. A on wracał, rozglądał się, czasem burknął, że nie wie. To mu pomagałem tak, że spojrzałem w stronę, gdzie leżało, ale nie podawałem mu do ręki.
I pamiętam, jak w tym pokoju pachniało. Trochę kurzem, trochę metalem, a z kuchni szło ciepło, bo Maria coś robiła do jedzenia. Paweł w pewnym momencie zamknął to pudełko za mocno, wieczko trzepnęło i sam się tego dźwięku przestraszył. Po chwili się roześmiał, takim krótkim śmiechem, jakby mu ulżyło. Ja też się uśmiechnąłem, pod nosem.
Siedzieliśmy jeszcze przy stole. On trzymał to pudełko, jakby to było coś ważnego, i co chwilę zerkał, czy może jeszcze coś wziąć. A ja dłubałem dalej przy swoim, zerkając tylko, czy znowu nie zaczyna kombinować ze śrubokrętem po swojemu.
Masz własne wspomnienia? Zapisz swoją historię.
Wystarczy email. Bez hasła. Twoja historia też jest warta opowiedzenia.
Zapisz swoją historię